I
Właściwie to nie pierwszy raz Valenta Kosminę zaniepokoiła myśl, że ktoś mógłby go wplątać, zwieść albo też sam przez głupotę lub nieuwagę zabrnąłby w coś, z czego z trudem by się później wydostał. Tę myśl, tę obawę dobrze znał i, rzecz jasna, wytrącała go ona z równowagi, jednak nigdy na tyle, aby nie mógł się jej pozbyć. Trzeźwo myślący człowiek może bowiem sam siebie w taki czy inny sposób przekonać, że zachowuje się jak należy, że trzyma się wystarczająco mocno w ryzach, dzięki czemu jego życie może spokojnie, godnie toczyć się do swego gorzkiego końca.
Podobnie już kiedyś męczyła go bezsenność i były okresy, w których – wtedy jeszcze mimo tej lub innej pracy – nie wiedział, co ma sam ze sobą począć. Nawet myśli zdarzały się dziwne i bezużyteczne. A sny – jeszcze bardziej. br>
Tymczasem zaś miasto, mimo widocznych wszędzie wyludnionych mieszkań i budynków, nadzwyczaj głośno wrzało swym przytłumionym rozgwarem. Ludzie, przeważnie starsi, wciąż dokądś szli i prześcigali się, i gonili, i nad ulicami, drogami i alejami opadała dusząca mgła. I czasem wydawało mu się, że coś jest nie w porządku z tymi podstarzałymi, młodzieńczo poprzebieranymi ludźmi na ulicach, że wielu z nich tak naprawdę w ogóle nigdzie już nie mieszka… Pojedyncze, oddalone od siebie dymki białej pary spośród natłoku dachów i kopuł, dzwonnic i blokowisk wciąż tak samo leniwie wiły się do nieba. Obserwując je z okna pokoju na piętnastym piętrze bloku, wyobrażał sobie, że pochodzą z masarni, choć nigdy tak naprawdę tego nie sprawdził. I nad tymi dalekimi, aż pod wschodni horyzont odsuniętymi dymkami, zwykle przy pierwszym brzasku rosła chmura podobna do góry.
Czasami wydawała się zimna i szara, czasem dzika, czasem blada i niewyraźna, a czasem przyjemnie ciepła i miła, kusząca i otoczona tlącą się zorzą. Nawet sam jej kształt był za każdym razem inny. I do głowy Valenta – choć tak naprawdę nie wie, kiedy i dlaczego – zakradł się pomysł, aby za pomocą tych różnorodnych zmian na chmurze przewidywać, co może mu się przydarzyć w ciągu dnia, czego powinien unikać i co zrobić, aby wszystko było w porządku i tak, jak być powinno.
Później, kiedy już przeszedł na emeryturę, kiedy synowie wyprowadzili się do swoich własnych blokowych przyszłości, zaś żona, która odeszła na emeryturę o jakiś rok wcześniej, poddała się wpływowi środków uspokajających i seriali telewizyjnych; kiedy właściwie nie musiał się już troszczyć o sprawy służbowe ani rodzinne – wtedy może najłatwiej byłoby mu się pozbyć tych, czasem naprawdę męczących i głupich myśli o ludziach na ulicach i o chmurze. Jednak nawet wtedy nie zebrał się na odwagę. Zaczął odczuwać podejrzane kłucie przy sercu… Oczywiście z niczego nie chciał zwierzyć się nawet żonie. Wstydziłby się. Czułby się w jakiś sposób poniżony, zaś wizerunek pełen wyniosłej i cierpliwej pewności siebie, który – szczególnie z fajką w zębach – już od jakiegoś czasu dość zawzięcie pielęgnował i prezentował, zostałby zdemaskowany i stałby się zwykłą nikczemnością i łgarstwem.
Tak naprawdę był całkiem dumny z przekonującej siły swego wizerunku – wymagającego oczywiście, aby go nieustannie podtrzymywać i poświęcać mu uwagę – co sprawiało, że czasem, kiedy akurat nadarzyła się okazja, należało zboczyć z drogi i pofatygować się do drzwi tego czy innego biura adwokackiego lub notariusza i w terminarzu zapisać sobie godziny otwarcia… Mimo że ludzie oczywiście nigdy nie dowierzali, zawsze czaili się i spoglądali jakoś dziwnie, jakby z lekceważącą, a zarazem złowieszczą mgiełką w oczach, to jednak ostatnimi czasy zauważał, że zarówno żona, jak i tych kilku znajomych z bloku zaczęli odnosić się do niego inaczej – jakby niechcący, nieświadomie budził dyskomfort. Również z tego powodu, czyli z ich powodu, „góra” nabierała tej swojej przerażająco kluczowej wagi – i również z ich powodu odczytywania jej ostrzeżeń i znaczeń nie ośmielał się ani nie chciał się wyrzec.
II
Również tego ranka, czyli ranka, kiedy gazety powiadomiły o zabójstwie na Brežinach, z fajką w zębach, na jeszcze trochę niebieskawym po nocy niebie obserwował „górę”. W myśli znów wplątywało mu się coś ze zwyczajowo męczącego półsnu; najczęściej wydawało mu się, że słyszy głos, nienależący do żony, jakieś śpiewające, dziecięce wołanie albo może sam śpiew, pozostawiający zawsze w świadomości o poranku przygnębiające uczucie pustki. I kiedy „góra” osiadła, kiedy między warstwami rozciągniętych chmur zatliły się na czerwono pierwsze promienie zorzy, również i wtedy ogarnęły go pełne zwątpienia obawy przed budzącym się dniem, ludźmi, i dymkami pary, i miastem, powoli i leniwie otwierającym swoją głodną paszczę na stada i sny, i myśli, i przestraszone chmary gołębi nad pobliską dzwonnicą i kopułą. Znów gdzieś głęboko, potajemnie ogarniało go jakieś niezrozumiałe zniecierpliwienie, jakby mu ktoś – nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie – coś polecił, rozkazał, coś ważnego, pilnego; musi więc teraz bezzwłocznie załatwić tę sprawę lub wyruszyć w drogę bądź dokądkolwiek, pomimo że brakuje tego, co choć trochę określałoby to „tam” i „dlaczego”; jakby w głowie coś dźwięczało: „Idź! Pospiesz się!”. To właśnie, czyli coś o brakującym, utraconym znaczeniu i celu, wyganiało go w pośpiechu w tłum, do tramwaju czy dokądkolwiek; goniło, może z czarną aktówką w ręce i rzecz jasna ze znacząco poważnym wyrazem twarzy, od drzwi do drzwi z szyldami biur adwokatów lub notariuszy, do holu, a za minutę-dwie znów na ulicę i dalej, niczym w ciągłym pośpiechu i przejęciu tym pośpiechem, z wyglądem wskazującym, oczywiście, na ogólną wagę i istotę sprawy. Wytrząsnął więc fajkę. Ubrał się w nienaganny szary garnitur, zawiązał krawat, włożył dobrze wypastowane buty i pospieszył do windy, w międzyczasie kilkakrotnie spoglądając na zegarek, podobnie jak robią to wszyscy ludzie biznesu, bowiem dobrze wiedzą, czym jest czas. A później na dole, na klatce, tak nieobecnie, chłodno i obojętnie skinął głową komuś właśnie wychodzącemu do pracy albo dokądkolwiek indziej, wziął ze skrzynki gazetę i w takim samym pośpiechu wrócił do mieszkania.
Dopiero później, w pokoju, kiedy ze świeżo zapaloną fajką zasiadł w fotelu przed oknem, kiedy sobie, tak jak miał w zwyczaju, najpierw obejrzał nagą dziewczynę z cukierkowym uśmiechem ze środkowej strony i zaraz potem, nie tracąc czasu na głupstwa, ze zdecydowaniem znawcy, za pomocą jednego wyćwiczonego ruchu, rozłożył przed sobą stronę z wiadomościami giełdowymi, wyciszył się, zatopił w lekturze i pozwolił myślom zagłębić się wśród podznaczeń i nadznaczeń, wśród okazji widocznych tylko dla znawcy oraz dobrze ukrytych pułapek, w które on, jeśli kiedykolwiek znalazłby się w takiej sytuacji, naturalnie przenigdy by nie wpadł. Lubił to kłębienie się myśli i rodzące się obrazy swojej własnej wartości. W jakiś sposób wciągały go w siebie, w konieczne akty bohaterstwa, podczas gdy publicznie ujawnione informacje tak różnią się od prawdy, a łódź bezpiecznie płynie dobrze przemyślanym, starannie zaplanowanym kursem, i po jasnym polu nad dymkami pary spokojnie pływają białe, jakby świeżo wykąpane owieczki. Następnie przewrócił stronę i przez chwilę, ot tak sobie, czytał o jakiejś aferze z zakupem browarnianych kotłów, po czym, wciąż na tej samej stronie, w lewym dolnym rogu, jego uwagę przykuł tytuł: ZABÓJSTWO NA BREŽINACH. W artykule było napisane, że w Willi Carlina sąsiedzi przez przypadek znaleźli ciało szanowanego i majętnego wdowca Metodego Maria Pavlina. Że przyczyną śmierci było niezwykle precyzyjne „chirurgiczne cięcie” na szyi, i że pierwsze tropy wskazują na zabójstwo. Że eksperci dla dobra śledztwa nie podają jeszcze żadnych szczegółów, mimo tego jednak dodali, że ze względu na pozostawienie różnych wyjątkowo cennych przedmiotów i gotówki prawdopodobnie nie wchodzi w grę zabójstwo w celach rabunkowych. Według dziennikarza w niedługim czasie naturalnie można spodziewać się bardziej szczegółowych raportów specjalistów, jako że całe Brežiny są głęboko poruszone i wstrząśnięte.
W to ostatnie Valent oczywiście wątpił. W końcu w tak wielkim mieście wieści o różnych zabójstwach pojawiają się jeśli nie codziennie, to przynajmniej bardzo często. Nawet ktoś mieszkający w sąsiedztwie miejsca zbrodni odczuwa z tego powodu wyłącznie pewien dyskomfort, może zamyśli się trochę przy tej czy innej osobliwości lub szczególe, lecz wszystko to jest bez wątpienia dalekie od głębokiego poruszenia i wstrząsu. Takie „poruszenia i wstrząsy” pasują do krewnych, przyjaciół, może co najwyżej najwęższego kręgu sąsiadów i znajomych, podczas gdy dla większości ludzi mieszkających nawet dwie czy trzy ulice dalej cała sprawa to tylko ciekawostka, temat krótkich pogaduszek czy barowego mędrkowania, oczywiście zaczynającego tracić swoją ekscytującą świeżość już tego samego dnia. A kilka ulic dalej w jedną i drugą stronę od miejsca zbrodni jest to już zapewne przede wszystkim bezosobowy – to prawda, że intrygujący – lecz jakby powszechny problem, że można nad nim tylko wzruszyć ramionami. A im dalej w głąb miasta, wszystko to staje się zupełnie normalną, szarą i nieciekawą codziennością.
I Valent Kosmina do takiej wiadomości z pewnością, tak jak co dzień odniósłby się z obojętnością, gdyby nie dotyczyła właśnie Brežin, czyli przyjemnej bogatej dzielnicy z kasztanowymi alejami, skrytą w ogrodach majestatycznością starych willi i cichymi, sennie oświetlonymi ulicami, po których, mimo że nie było to zbyt blisko, zwykł się ostatnimi laty przechadzać. Jako że tylko tam mógł się poczuć choć trochę naprawdę szlachetnie i tylko ta wieczorna przechadzka w czarnym, szykownym stroju wieczorowym mogła być dla niego dopełnieniem dnia. Odczuwał jakiś rozkoszny spokój, kiedy tak dostojnie ubrany, zrównoważonym, zamyślonym krokiem spacerował pod kasztanami i z całą pewnością wielu przechodzących myślało, że jest jednym z miejscowych. Bez tego brežińskiego, szlachetnego uczucia życie wydawałoby mu się niemalże podłe. Tak naprawdę była dla niego odrażająca choćby myśl, że miałby się po jakimś marnym parku przechadzać się jak zwykły emeryt.
Oczywiście zawsze troszczył się o to, aby żona o tych przechadzkach niczego się nie dowiedziała. Naopowiadał jej o jakimś dystyngowanym towarzystwie emerytowanych profesorów i lekarzy z wyższych sfer, którzy co wieczór oczekują go w kawiarni. Może nawet uwierzyła. Tak czy inaczej, ostatnimi czasy, wieczorami, całkiem bez problemu i kiedy tylko zapragnął, mógł wyjść z domu. Przyzwyczaiła się. Odpowiadało jej to…
Jednak fakt, że także poprzedniego wieczoru przechadzał się po Brežinach, zaczął mu się wydawać dość nieprzyjemnym, a nawet nieco przerażającym zbiegiem okoliczności. Nie mógł pozostać ślepy na to, że tak jak każdego innego razu, również i tego wieczoru widzieli go przechadzającego się ci, którzy go już zapamiętali, którym za każdym razem rzucał się w oczy i którzy bez wątpienia mogliby go bardzo dokładnie opisać śledczym. A już na pewno każdy z obsługi lokalu Mały Raj, gdzie dość regularnie zachodził.
Krótko mówiąc, wydało mu się bardziej niż prawdopodobne, że przy tej okazji śledczy z pewnością powypytują też w okolicznych lokalach. Że wtedy barmanki i „rajskie” bliźniaczki opowiedzą również o nim. To znaczy, przede wszystkim o jego wczorajszym zachowaniu, może nie całkiem zwyczajnym. A mianowicie, w tymże lokalu z powodu trochę gorszego samopoczucia akurat wczoraj wieczorem zatrzymał się tylko na chwilę i drugiej buteleczki czerwonego wina prawie nie ruszył, po czym, nie czekając na barmankę, wytrząsnął popiół z fajki, położył banknot na stole i wyszedł. To prawda, że dokładnie tak albo podobnie zachowywał się już wcześniej. Jednak tego sobie teraz prawdopodobnie nie przypomną – tak więc mogłoby to skierować uwagę śledczych na niego. To oczywiście byłoby wyjątkowo nieprzyjemne. Nawet kłopotliwe. Przecież jako zapewne wkrótce zdemaskowany fałszywy bogacz, a dla niektórych nawet mieszkaniec Brežin, bez wątpienia wpadłby w tarapaty i, w najlepszym przypadku, przed sąsiadami i przed żoną stanąłby w wielkim zakłopotaniu i wstydzie.
Z początku pomyślał, że na wszelki wypadek przynajmniej na jakiś czas zaprzestanie brežińskich przechadzek i w ogóle będzie się trzymał z dala od Brežin.
Ale wkrótce zdał sobie sprawę, że dopiero to mogłoby się okazać błędem tragicznym, może nawet nie do naprawienia. Że dopiero to naprawdę i na pewno wzbudziłoby wątpliwości.
Myśl, że prawdopodobnie już wkrótce znajdą prawdziwego sprawcę, o ile jeszcze go nie znaleźli, stanowiła dla niego pewne pocieszenie.
Jednak jakoś nie mógł w nią uwierzyć.
A im bardziej rozmyślał, tym bardziej wszystko mu się plątało, tworząc mroczną niepewność, niepokój, który później ledwie udawało mu się ujarzmić i zatrzymać w sobie, choć skutkowało to bólem w żołądku.
Było za późno, aby tego ranka mogła mu pomóc „góra”.
Na próżno próbował sobie przypomnieć, czy kiedyś przypadkiem na którejś z brežińskich fasad zauważył nazwę „Carlina”. Niestety, dotychczas nie zwracał uwagi na takie szczegóły. Wieczorem trudno jest je dostrzec. I nie jest się tak uważnym. Poza tym te ciemne fasady są w większości umieszczone za wysokimi żelaznymi ogrodzeniami i zasłonięte krzakami i drzewami w ogrodzie.
W gazecie nie podali ulicy. Ani dokładniejszego czasu wydarzenia. Więc tak naprawdę nie mógł wiedzieć, czy może za każdym razem nie przechodził obok tej willi. I przez to może całkiem często widywano go w jej pobliżu. Co jest oczywiście poszlaką do wykorzystania w śledztwie. Której się będą trzymać. Uparty, sztywny, chłodny śledczy na pewno sucho wypytywałby akurat o to, akurat dokładnie o to i oczywiście nie ma możliwości, żeby uwierzył w zwykłe przechadzki.
Kiedy usłyszał żonę, gdy jak każdego ranka, z łóżka, z sypialni, skręciła do łazienki, jeszcze silniej i jakoś tak lodowato ścisnęło go w żołądku.
Źródło: Žabot V., Sukub, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, 2009
Przekład: Ewa Ziewiec
I
Pravzaprav je Valenta Kosmino že tudi prej kdaj zaskrbelo ob misli, da bi ga kdorkoli pahnil, zavedel ali da bi morda kar sam po nerodnosti ali nemarnosti zabredel v nekaj, iz česar bi se potem le težko izkopal. To misel, to bojazen, je skratka poznal in ga je kajpada begala. Vendar pa nikoli tako, da se je ne bi mogel tudi znebiti. Priseben človek se pač tako ali drugače prepriča, da je kratko in malo ustrezen, da se ima dovolj strogo pod nadzorom – in da torej življenje lahko mirno, spodobno teče do svojega bridkega konca.
Ravno tako ga je že tudi kdaj prej mučila nespečnost in bila so obdobja, ko, takrat še kljub tej ali oni službi, nekako ni vedel, kam in kako sam s seboj. Tudi misli so bile kdaj čudne in neuporabne. Sanje še bolj.
Medtem pa je mesto, kljub povsod opaznim izpraznjenim stanovanjem in stavbam, čudno bučno hrumelo svoje zamolklo hrumenje. Medtem so zvečine starejši ljudje kar naprej nekam šli in se prehitevali in drveli in se je nad ulicami, cestami in avenijami dušljivo meglilo. In včasih se mu je zdelo, da je nekaj narobe s temi priletnimi, mladostno našemljenimi uličnimi ljudmi, da mnogi od njih v resnici sploh več nikjer ne živijo ... Posamični, daleč vsak sebi razmaknjeni dimci bele sopare, ki jih je, takole, z okna dnevne sobe v petnajstem nadstropju stanovanjske stolpnice, ne da bi kdajkoli preverjal, imel za klavniške, so se izmed nadrenjanih streh in kupol, zvonikov in blokovskih naselij ves čas enako lenobno vili v nebo. In nad tistimi daljnimi, tik pod vzhodno obzorje odmaknjenimi, se je navadno ob prvem jutranjem svitu bohotil gori podoben oblak.
Kakšenkrat se je zdel mrzel in siv, včasih divji, včasih bled in neizrazit, kakšenkrat pa prijetno topel in blag in vabeč in s tlečo zarjo obrobljen. Tudi sama oblika je bila vsakič drugačna. In v Valenta se je, ne da bi pravzaprav vedel kdaj in zakaj, kakor samo od sebe zalezlo, da je iz teh raznovrstnih sprememb na oblaku začel ugibati, kaj bi se mu lahko pripetilo čez dan, česa se mora izogibati in kaj storiti, da bo vse v redu in prav.
Pozneje, ko so ga torej upokojili, ko sta se sinova odselila vsak v svojo blokovsko bodočnost in se je kakšno leto pred njim upokojena žena vdala pomirjevalom in televizijskim nadaljevankam, ko mu skratka nič več ni bilo treba skrbeti zadelj raznih službenih in družinskih zadev, bi se morda te včasih prav mučne neumnosti s temi ljudmi in z oblakom še najlažje otresel. Vendar tudi takrat ni zbral poguma. Pri srcu ga je začelo sumljivo zbadati ... Vsekakor pa česarkoli v zvezi z vsem tem niti ženi ni hotel zaupati. Sram bi ga bilo. Čutil bi se celo nekako ponižanega in videz vzvišeno potrpežljive prepričanosti vase, ki ga je, še posebej s pipo v ustih, sicer že od nekdaj precej zavzeto gojil in razkazoval, bi se razgalil v navadno nizkotnost in zlaganost.
Pravzaprav je bil še zmeraj precej ponosen prav na prepričljivost tega svojega videza – ki ga je bilo kajpada treba vzdrževati, negovati, zaradi katerega je bilo, ko se je ravno ponudila priložnost, včasih dobro zaviti z ulice in se potruditi do vrat te ali one odvetniške ali notarske pisarne ter si v rokovnik zapisati delovni čas ... Čeprav so ljudje zmeraj in povsod seveda sumničili in prežali in so gledali čudno, kakor z nekakšno omalovažujočo in hkrati pretečo meglo v očeh; sploh pa je zadnji čas opažal, da so se tako žena kot tudi tistih nekaj znancev iz stolpnice začeli vesti do njega nekako drugače – kot da bi nehote, nevede vzbujal nelagodje. Tudi zaradi tega, zaradi njih, je "gora" dobivala tisti svoj mučno trajni pomen – in tudi zaradi njih se razbiranju njenih svaril in pomenov ni ne drznil ne maral odpovedati.
Nekje daleč, globoko v spominu je sicer od časa do časa še zmeraj zatlela podoba neke doline, ki mu je menda nekoč bila dom. Vendar se ni mogel spomniti, če se je takrat, torej od tam, videlo kakšno goro. Morda. Vsekakor pa je bilo vse tisto iz otroštva do te mere zabrisano, da ni moglo pomeniti kakršnekoli gotovosti – in bi drobci, nejasni obrisi iz tiste doline prav tako kot iz davne resničnosti lahko ostali tudi iz sanj ... In k temu so se pritikale misli o teh ali onih živalih, ki se trumoma spuščajo z gorskih lepot in tišin, kar naprej, vsak dan znova so hitele v dolino – največkrat koze, velika črna čreda koz, da se je kar vse pobočje zdelo mehko in valovito. In jutranja jata golobov, ki je tukaj čez mestne strehe, med stolpnicami in kakor na begu pred nečim zavila pod "goro", včasih nikakor ni mogla pomeniti dobrega. Tudi gube in brazde pod zgornjim "grebenom" so resno svarile. Če se je na "slemenu" naredilo kot grba, je moral do polovice zagrniti zaveso, že na vse zgodaj prižgati pipo in ves tisti dan vsakič pred vsakimi vrati za hipec postati in z mislijo, da bo vse dobro, vse v redu, odgnati vsiljivo skrb, da se mu prav tokrat utegne zgoditi karkoli slabega ali celo nesreča. Tudi doma. Ko se je na primer namenil iz kuhinje v sobo ali v kopalnico: vsakokrat znova postati, pomisliti, dobiti jasen občutek zaupanja v srce, v odrešujočo misel in vse skupaj prikriti pred ženo ali pač pred komer si že bodi, ki bi utegnil karkoli opaziti. Nemalokrat se je v oblaku naredilo kakor nekakšen božanski obraz. Lahko je opazil črte strašljivosti, milostne naklonjenosti ali miline, in če se je spodaj, med tistim obvznožnim oblačjem v ozkih pramenih razpotegnila rdeča sled zarje, je vedel, katere čevlje sme obuti, katero srajco obleči, tudi kravata je morala biti ustrezna, za vsak primer ista kot ob dnevih, ko oblaka sploh ni bilo videti, in namesto na koze je bilo bolje misliti na bele, sveže okopane ovce, ki so se vsaka s po dvema mladičema mirno pasle pod strmim previsom.
II
Tudi v tistem jutru, se pravi v jutru, ko so časopisi prinesli vest o umoru na Brežinah, je s pipo v ustih na še nekoliko nočno modrikastem nebu opazoval "goro". Vmes se mu je med misli zopet pletlo nekaj iz že običajno mučnega polsna, v katerem se mu je največkrat zdelo, da sliši glas, ki ni bil ženin, nekakšno pojoče, otroško klicanje ali morda samo petje, ki je v budnost, v jutro, za seboj zmeraj pustilo tesnoben občutek praznine. In ko se je "gora" polegla, ko so se med plastovito razpotegnjeno oblačje rdeče raztleli prvi prameni zarje, ga je tudi tokrat zajela malodušna negotovost pred dramečim se dnem in ljudmi in dimci sopare in mestom, ki je počasi in leno odpiralo svoj lačni gobec po čredah, tudi sanjah, tudi mislih in splašeni jati golobov nad bližnjim zvonikom in kupolo. In zopet se ga je nekje globoko, potuhnjeno lotevala tista nekakšna odvečna ihta – kot da bi mu bil nekdo kdove kdaj, kdove kje nekaj naročil, zapovedal, nekaj pomembnega, nujnega, in bi nemudoma moral po tistih opravkih ali na pot ali kdove kam že, čeprav je tistega, kar bi vsaj malo pomenilo "tja" in "zato", nekako kakor za zmeraj zmanjkalo – kot da bi v glavi zvenelo: pojdi! pohiti! in bi že takšno, z zmanjkanim, izgubljenim namenom in ciljem, in torej samo po sebi, priganjalo, v gnečo, na tramvaj in kamor si bodi že, v hitenje, morda s črno aktovko v roki in vsekakor s pomenljivo resnobnim izrazom obraza, od vrat do vrat z izveski odvetniških ali notarskih pisarn in v preddverje in čez minuto, dve zopet na ulico in naprej, kakor v nenehni zamudi in skrbi zadelj te zamude in kajpada z videzom splošne pomembnosti in veljave. Iztresel je torej pipo. Oblekel brezhibno sivo obleko, si zavezal kravato, obul dobro zloščene čevlje in pohitel do dvigala in nekajkrat vmes pogledal na uro, kakor pač vsak poslovnež, ki dobro ve, kaj je čas, in potem spodaj, v preddverju, ravno prav odsotno, ravno prav hladno in mimogrede prikimal nekomu, ki je ravno odhajal v službo ali kamor si bodi, in iz nabiralnika vzel časopis in se prav tako kakor v zamudi vrnil v stanovanje.
Šele potem, šele v dnevni sobi, ko je z znova prižgano pipo obsedel v fotelju pred oknom, ko si je, kot se je bil navadil, najprej ogledal golo, medeno smehljavo dekličko z osrednje strani ter takoj nato, ne da bi izgubljal čas z nepomembnostmi, z odločnostjo poznavalca, z eno samo izurjeno kretnjo razgrnil predse stran z borznimi poročili, se je nekoliko umiril, poglobil in dovolil mislim, da so zagomazele med podpomene, nadpomene in samo poznavalcu razberljive priložnosti in dobro prikrite pasti, katerim on, če bi se mu kdajkoli ponudila priložnost, seveda nikdar in nikoli ne bi nasedel. Rad je imel to gomazenje misli in porajajoče se prizore svoje lastne pomembnosti, ki so ga nekako potegnili vase, v junaštva, brez katerih seveda ne gre, ko tako, javno razgrnjeni, podatki nikakor niso resnica in ko ladja varno pluje po dobro zamišljeni, skrbno začrtani ruti in ko po jasnini nad dimci sopare spokojno plavajo bele, kot pravkar okopane ovčke. Potem je obrnil list in kar tako, za kratek čas prebral o nekakšni umazani igri z nakupom pivovarniških kotlov, nakar mu je, še na isti strani, v spodnjem levem kotu, pozornost pritegnil naslov: UMOR NA BREŽINAH. Pisalo je, da so v vili Carlini sosedje po naključju našli truplo uglednega in premožnega vdovca Metoda Maria Pavlina. Da je bil smrten nenavadno precizen "kirurški rez" na vratu in da prvi izsledki preiskave kažejo na umor. Da izvedenci zaradi interesov preiskave še ne govorijo o podrobnostih, da pa so kljub temu menda dodali, da glede na nedotaknjenost raznih izjemno dragocenih predmetov in gotovine verjetno ne gre za umor iz koristoljubja. Vsekakor, je pristavil poročevalec, v kratkem pričakujejo podrobnejša poročila izvedencev, saj da je vsa brežinska soseska globoko vznemirjena in pretresena.
O tem zadnjem je Valent seveda dvomil. Kajti v takem prevelikem mestu so vesti o raznih umorih če že ne vsakdanja, pa vsaj zelo pogosta zadeva. Celo človek iz iste soseske ob njih začuti zgolj nekakšno nelagodje, lahko se ob takšni ali drugačni posebnosti ali podrobnosti nekoliko zamisli, a vse to je kajpada daleč od resnično globoke vznemirjenosti in pretresenosti. Take "vznemirjenosti in pretresenosti" pač pripadajo sorodnikom, prijateljem, morda kvečjemu zares najožjemu krogu sosedov in znancev, medtem ko je za večino ljudi že dve, tri ulice stran vsa zadeva le še zanimivost, tema za kratkočasen klepet ali bifejska pametovanja, ki seveda še isti dan začnejo izgubljati svojo dražečo svežino. Čez prvo prometnejšo ulico na to in ono stran od kraja zločina gre že skoraj zagotovo za predvsem neosebno, resda perečo, vendar tako rekoč občo problematiko, ob kateri človek lahko le skomigne. Globlje po mestu, po ulicah, pa je vse to tako ali tako le še docela navadna, siva in nikomur zanimiva vsakdanjost.
In Valent Kosmina bi do take vesti zagotovo ostal čisto vsakdanje brezbrižen, če ne bi zadevala ravno Brežin, se pravi prijetno gosposko četrt s kostanjevimi drevoredi, v vrtove umaknjenimi dostojanstvi starih vil in tihimi, dremavo osvetljenimi ulicami, po katerih se je kljub oddaljenosti prav zadnja leta navadil sprehajati. Samo tam se je namreč lahko počutil vsaj nekoliko zares gosposkega. In samo tak večerni sprehod v črni, gizdalinsko elegantni večerni obleki mu je lahko izpolnil dan. Šlo je pač za nekakšno uživaško spokojnost, ko se je ves tak, dostojno oblečen, umirjeno zamišljenega koraka sprehajal pod kostanji in je marsikdo od mimoidočih zagotovo pomislil, da je eden brežinskih. Brez tega brežinsko gosposkega občutka bi se mu življenje zdelo skoraj nizkotno. Pravzaprav mu je še pomisliti bilo zoprno, da bi se po kakšnem zanikrnem parku sprehajal kot navaden upokojenec.
Seveda pa je ves čas skrbel, da žena tudi o teh sprehodih ni vedela ničesar. Natvezil ji je bil o nekakšni ugledni kavarniški druščini upokojenih profesorjev in zdravnikov, o nekakšnih prvakih skratka, ki da ga tako rekoč vsak večer pričakujejo. Morda je celo verjela. Vsekakor pa je v zadnjem času ob večerih, povsem brez težav in kadar se mu je le zahotelo, lahko odšel z doma. Kar sprijaznila se je bila. Kar ustrezalo ji je ...
To, da se je tudi sinoči sprehajal po Brežinah, se mu je namreč začelo kazati kot precej neprijetna in celo nekoliko mračno kočljiva okoliščina. Ni se mogel slepiti, da so ga kot vsakokrat na teh sprehodih tudi sinoči opazili tisti, ki so si ga bili zapomnili, ki jim je vsakokrat znova padel v oči in ki bi ga nedvomno lahko zelo natančno opisali preiskovalcem. Sploh pa kdorkoli od osebja v gostišču Mali raj, kamor je tako rekoč redno zahajal.
Več kot verjetno se mu je skratka zdelo, da bodo ob tej priložnosti preiskovalci vsekakor poizvedovali tudi po okoliških gostiščih. Da bodo torej točajke in "rajski" dvojčici poročale tudi o njem. Se pravi, predvsem o sinočnjem obnašanju, ki morda ni bilo čisto vsakdanje, kajti v tistem gostišču se je zaradi nekoliko slabšega počutja ravno sinoči ustavil le za kratek čas in se je druge četrtinke burgundca le komaj dotaknil, preden je, ne da bi počakal točajko, iztresel pipo, položil bankovec na mizo in šel. Resda se je natanko tako ali podobno obnašal že tudi kdaj prej. Vendar se tistega sedaj verjetno ne bodo spomnile – in bi torej utegnile pozornost preiskovalcev usmeriti nanj. To bi bilo kajpada sila neprijetno. Celo kočljivo. Saj bi se kot nedvomno kmalu razkrinkan lažni petičnež in za nekatere celo Brežinčan zagotovo znašel v škripcih ter v najboljšem primeru tudi pred sosedi, pred ženo v hudi zadregi in sramoti.
Sprva je resda pomislil, da bi za vsak primer vsaj za nekaj časa opustil brežinske sprehode in se sploh na daleč izogibal Brežin.
A se mu je kmalu zazdelo, da bi se ravno to utegnilo izkazati za hudo, morda celo nepopravljivo napako. Da bi skratka šele to zares in zagotovo vzbudilo sum.
Tolažba, da bodo nemara prav kmalu našli pravega storilca, če ga morda celo že niso, je sicer nekaj obetala.
Vendar nekako ni mogel verjeti vanjo.
In bolj ko je razmišljal, bolj se mu je vse skupaj zapletalo, mračilo, v negotovost, v nemir, ki ga je potem le še s težavo krotil in zadrževal v sebi in od katerega ga je bolelo v želodcu.
Prepozno je bilo, da bi si to jutro še lahko pomagal z "goro".
Zaman se je skušal domisliti, če je kdaj po naključju na katerem od brežinskih pročelij opazil ime Carlina. Take podrobnosti je doslej žal zanemarjal. Zvečer jih človek težko opazi. In ni pozoren. Sploh pa so tista temačna pročelja v glavnem odmaknjena za visoke železne ograje in zakrita z grmičjem in drevjem po vrtovih.
V časopisu niso navajali ulice. Tudi natančnejšega časa dogodka ne. Tako da pravzaprav ni mogel vedeti, če je morda kar vsakič šel ravno mimo tiste vile. In so ga torej morda prav pogosto videvali v njeni bližini. Kar je kajpada podatek. Ki se ga v preiskavi kajpada oprimejo. Ki se ga oklepajo. In zadrt, zapet, mrzel preiskovalni uradnik bi kajpada suho spraševal prav to, prav o tem in seveda nikakor ne bi mogel verjeti v zgolj sprehajanje.
Ko je zaslišal ženo, ki je kot vsak dopoldan, iz postelje, iz spalnice, najprej zavila v kopalnico, ga je še huje in kar nekam ledeno stisnilo v želodcu.
Vir: Žabot V., Sukub, Študentska založba, 2003