Goran Vojnović: Czefurzy raus! (fragmenty)

Kim jest czefur? Czefur to osoba, która żyje na terytorium określonego państwa, a nie jest członkiem tamtejszej większości narodowej. W naszym przypadku są to ludzie, którzy przybyli z ziem leżących na południe lub wschód od rzeki Kupy. Do czefurów zaliczamy w większości przypadków także ich potomków. W swojej fizjonomii różnią się od członków większej części populacji niskim czołem, złączonymi brwiami, podkreślonymi kośćmi policzkowymi i silniejszą dolną szczęką. Ich podstawowe cechy zachowania: kochają wygodne życie, przeklinają, lubią alkohol, słabszą płeć, piłkę nożną. Uwielbiają kicz i złotą biżuterię. We krwi mają sztuki walki i nierzadko są agresywni, także całkiem bez uzasadnionego powodu. Ich czas aklimatyzacji jest w większości przypadków bardzo długi.
z utworu Čefur Roberta Pešuta Magifico

czefur -a, m (słow. čefur) przesiedleniec z południowych republik byłej Jugosławii (XX w.), zapisywany także čifur, čufur, čefurka, čifurka, čufurka, čefurski, čifurski, čufurski, wszystko obraźliwie. Prawdopodobnie zapożyczone z chorw., serb. Čift, Čivut 'Żyd', co najczęściej jest pejoratywnym określeniem członka tego narodu. Słoweńskie -ur zamiast źródłowego -ut według wzoru nemčur powstało z powodu pejoryzacji.
Marko Snoj, Słoweński słownik etymologiczny

Čefurji raus!
popularne graffiti z lublańskich ulic

Dlaczego nie mam swojego klubu piłkarskiego

Nie mam swojego klubu piłkarskiego! Ze wszystkiego właśnie to mnie wkurwia najbardziej. Gdybym mieszkał w Belgradzie, kibicowałbym Crvenej Zvezdzie i byłbym Zvezdaszem. Delija od urodzenia do śmierci! Gdybym mieszkał w Sarajewie, byłbym Maniakiem, kibicem Željezničara. A tu jest wszystko po chuju. Olimpiji nie możesz kibicować, jeśli grasz w Slovanie, tak jak ja. A Slovanowi nie możesz kibicować, bo to wiocha. Dupa, nie klub. Mam być Red Tiger? Jasne! I co jeszcze! Piłkarze Slovana grają w D-klasie. A stadion ma tysiąc miejsc stojących. A Olimpija to klub maminsynków. Same murgielskie pedałki tam grają. Oczywiście, że nie kibicuję Olimpiji. Nie zostałbym Green Dragonem za żadne skarby. Nie wiem dlaczego. Cóż, bieda. Pieprzę to. Może naprawdę problem jest w tym, że jestem czefurem. Ale właśnie dlatego, że jestem czefurem, dobija mnie to, że nie mam klubu. Mam to we krwi. Tę potrzebę posiadania klubu piłkarskiego, za który sprałbym każdego, kto pisnąłby o nim złe słówko.
Wydaje mi się, że moim kolegom, Słoweńcom, w ogóle nie przeszkadza to, że nie mają klubu. Mają to w dupie. A mnie to potrafi tak rozpierdolić od środka, że najchętniej bym komuś zajebał. Tej pieprzonej tradycji tu nie ma. Jeśli urodzisz się w Barcelonie, starzy kupią ci dres Ronaldinho, legitymację klubową i w niedzielę jadą z tobą na Nou Camp oglądać derby z Realem, a później całe życie chodzisz na mecze. I jak się ożenisz, chodzisz na mecze z żoną, i później z dziećmi, i później z wnukami i tak dalej. I Barca jest dla ciebie świętością. Jeśli ktoś tylko powie Real albo Ronaldo, lejesz go. Bez dyskusji. Pięści w ruch! A kiedy przyjdziesz do szkoły w dresie Eto’o, jesteś gościu. Jeśli założysz dres Raula, dostaniesz w łeb. Nie tak jak w Słowenii, gdzie jesteś największym frajerem, jeśli przyjdziesz do szkoły w dresie Cimeta. I możesz chodzić przez Prešerec w dresie Mariboru, a nikt nie rozwali ci nosa.
Mój stary, Radovan Đorđić, jest kibicem Zvezdy. Również ja nim byłem, gdy byłem mały, kiedy oglądałem kasety z meczami Radovana, gdy byli mistrzami świata. Stojanović, Radinović, Najdovski, Šabanađović, Belodedić, Jugović, Prosinečki, Savičević, Binić, Mihajlović, Pančev. Oglądałem ich w meczu z Milanem, kiedy było jeden do zera dla Zvezdy i przerwali mecz z powodu mgły, a później w powtórzonym meczu przegrali w karnych. Oglądałem ich w meczu przeciw Köln, kiedy Stojanović doznał kontuzji, a rezerwowy bramkarz Milojević wpuścił trzy bramki w drugiej połowie. A potem w końcu rozwalili wszystkich po kolei i zostali mistrzami Europy. Moja matka, Ranka, opowiadała mi, że u nas w domu to było szaleństwo, pełna chata była. Koledzy ojca, stare czefury. Wszyscy kibicowali Zvezdzie w taki sposób, że spokojnie oglądali mecz, wymądrzali się, a nagle się rozległo: „Pooodaaaaj! No nieee! Ty samolubny skurwysynu! Kurwa twoja mać, ty głupi kretynie! Ty ośle, wypierdalaj! Daj Bóg, żeby ci się nie udało własnej żony stuknąć!”. I później znów wszyscy mądrzy do następnej sytuacji dla Zvezdy. Mój stary jest Bośniakiem, ale właściwie to Serb i od urodzenia kibicował Crvenej Zvezdzie i jeździł kibicować na mecze do Belgradu i Sarajewa. Tylko ja nie mogę być Delija. Nie wiem dlaczego. To wszystko jest skomplikowane, kurwa. Niby kibicuję Zvezdzie, ale żeby to był mój klub, bez sensu. To jest dla Belgradczyków. Jeśli jesteś gościu, kibicujesz klubowi ze swojego miasta. Tylko że Lublana to dziwne miasto.
Może to dlatego, że jestem czefurem. Gdybym był Słoweńcem, u siebie kibicowałbym Olimpiji i pewnie chodziłbym na hokej. Mój tatuś, Janez, spokojnie by usiadł i opowiadałby mi, jak to Olimpija w latach siedemdziesiątych była mistrzem kraju w koszykówce, i jak w osiemdziesiątych zremisowała z Crveną Zvezdą, która była mistrzem świata, i jak później grała z Milanem, i w tym meczu ostatni raz zagrał Marco van Basten, i Olimpija przegrała tylko 3:0. Przecież to jest to. Jeśli raz kibicowałeś klubowi, który był mistrzem świata, nie możesz się przestawić i rajcować remisowymi wynikami, honorowymi porażkami, eliminacjami do Ligi Mistrzów, Pucharem Słowenii i wysokimi zwycięstwami nad NK Beltinci. No kurde, nie da się. Przecież kibicowałem koszykarzom Olimpiji, kiedy byli w Final Four w Rzymie, i kiedy rozmontowali Panathinaikos z Dominique’em Wilkinsem i Kinder z Predragiem Daniloviciem. Później, kiedy zaczęli przegrywać z Krką i Laško, przeszło mi. Nie ma tu tej wrodzonej tradycji. To jest coś czefurskiego we mnie. Albo jesteś najlepszy na świecie, albo temperuj ołówki, jakby powiedział Radovan.
Moi koledzy kibicują Zvezdzie. Dejan kibicuje. I Aco. Tylko że ich starzy są z Serbii. My, Bośniacy, patrzymy na to trochę inaczej. Radovana wkurwiają ci czetnicy , Arkan , Ceca , Gurović z tatuażem Draže Mihajlovicia i to, że zrobili ze Zvezdy klub, który musi tak jak Olimpija grać w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Pierdolę to. Dejan owija czerwony szalik kibica wokół szyi i podpala się na meczach Zvezdy z Finami, Węgrami, Estończykami i innymi patałachami. Aco podpala się tylko na Chorwatów, a ja tylko na Niemców. To mi zostało po tym koledze ojca, który kiedyś przeszedł z zagrzebskiego Dinama do Zvezdy i potem tłumaczył, jak różne są to kluby i ludzie w nich. Kiedy w Zagrzebiu przygotowują się przed losowaniem Ligi Mistrzów, niezręcznie przebąkują: „Wiecie chłopcy, jak byłoby fajnie, gdybyśmy nie trafili na tych Niemców już w pierwszej rundzie. Może byśmy przeszli do drugiej rundy. Tylko żeby nie było Niemców”. W tym samym czasie w Zvezdzie nadymają się: „Tylko żebyśmy trafili na Niemców, wyjebiemy im starą jak w czterdziestym piątym, kurwa ich szwabska mać. Pięć bram im wjebiemy!”. Nie to, żeby wówczas Niemcy rozsypali się każdy po kolei, tylko oczywiście szanse są większe, jeśli podchodzisz do meczu z jajami. I mnie to rajcuje. Pierdolę mecz, do którego podchodzisz z kalkulacją, że sukcesem będzie już minimalna porażka. To nie jest mentalność. Dlatego czasem jak się zbierzemy – Aco, Dejan i ja, i jeszcze wyciągniemy Adiego, rajcujemy się jugoreprezentacją. My mamy swojego boga, to jest Dejan Bodiroga! Koszykarzom kibicujemy razem, ale nie mogę kibicować siatkarzom, piłkarzom wodnym i innym dupkom. Piłka nożna i koszykówka. Może jeszcze piłka ręczna. Cała reszta jest bez sensu.
Fužiny powinny mieć swój klub piłkarski. To by była jazda. Przecież jest nas dwadzieścia tysięcy. Z nielegalnymi trzydzieści tysięcy. Nie licząc narkomanów. FC Fužiny. Bo to jest cool. Albo kibicujesz wielkiemu klubowi, który walczy o tytuł mistrza świata, albo małemu, wiejskiemu, podwórkowemu, który przegrywa wszystkie mecze, i wszystko razem to niezły żart, i na meczach zbiera się stu mądralińskich, i po każdym meczu kogoś załatwią, i wszyscy się nawalą. Lublana jest gdzieś pomiędzy miastem i wsią i jej kluby są gdzieś pomiędzy dobrymi i nijakimi. FC Fužiny byłoby rozwiązaniem. Na to by się dało chodzić. Fužiny rulez!
Przecież już przez jakiś czas wyglądało na to, że będziemy mieli swój klub. Starzy regularnie, w każdą niedzielę, przynosili siatki na boisko i się grało. Przy boisku emeryci grali w szachy, ktoś przywiózł cały bagażnik piwa, trybuny były pełne dzieciarni i tych dorosłych czefurów, którzy nie mogą grać w piłkę, bo mają wodę w kolanie i podobne gówna. A przede wszystkim nigdy nigdzie nie było widać żadnej kobiety i nie było słychać żadnego słoweńskiego słowa. Jedynie listonosz Matej grał, a wszyscy wołali na niego później Słoweniec, bo był jedynym, który nie był czefurem. Z tego powodu na naszego stróża Vlada wołali Tuđman<. Bo był ze Slavonskiego Brodu. Pierdolić to, że nie był Chorwatem. A na Smajlagicia wszyscy wołali Janša , bo raz demonstrował, żeby Janšę wypuścili z kicia. I się grało. To naprawdę była zabawa. My chodziliśmy to oglądać i śmialiśmy się z uwag starych. Najśmieszniej oczywiście było, jak się słyszało tych, którzy trochę nauczyli się słoweńskiego, a zapomnieli trochę czefurskiego i teraz mówili jakąś mieszanką. Po fužińsku. Więc padały uwagi: „Podaj mi piłka! Skręciłem sobie kostko! Szczypie mnie w płecy!”. A oprócz tego jeszcze te wszystkie nazistowskie i rasistowskie przekleństwa, które w śmiechu wyrzucali z siebie wszyscy ci stróżowie, hydraulicy, szoferzy, konduktorzy, budowniczowie i inni fužińscy czefurzy, którzy wszyscy po kolei mieli w sobie społeczno-polityczne konotacje dawnej wspólnej przestrzeni: „Strzelaj, Słoweniec! Jebała cię w usta Milka Planinc ! O, ty kurwo ustaszowska ! A wy, Bośniacy, jesteście głupi czy ślepi? Sam stoję przed bramką, a ty mnie nie widzisz!”.
A potem wszystko szlag trafił. Nawet już w szachy nie grają ci inwalidzi. Nie ma już opcji FC Fužiny. NK Olimpija też się rozpadła i już jej nie ma. To i tak jest całkiem komiczne. Wyobrażacie sobie, żeby się rozpadła Barca? Albo Bayern? Albo Liverpool? Ludzie wyszliby na ulice, byłyby demonstracje. Rozwaliliby parlament. Za jaja powiesiliby wszystkich za to odpowiedzialnych. Ale nie tutaj. Znika największy klub piłkarski w kraju i nikomu nie spadł nawet włos z głowy. Ale gdyby zamknęli filharmonię, wszyscy artyści by gdzieś poszli i mądrzyli się o tradycji, kulturze i nie wiem czym jeszcze. A jak spieprzysz klub, przeciw któremu Marco van Basten rozegrał ostatni mecz, nie ma problemu. Przecież to tylko sportowcy. Głupi, niewykształceni, niekulturalni. Przecież i tak tylko czefurzy grają w piłkę nożną. A wszyscy mają krótkie i krzywe nogi. To jest ta pieprzona mentalność. Brak szacunku. Jak ma się człowiek fascynować czymś, czym wszyscy gardzą? A potem plotą jakieś bzdury o asymilacji. To wymaga czasu. Przyjeżdżają robotnicy z byłej Jugosławii i oni mają się zachwycać Prešernem i Cankarem. I co jeszcze. Jakby się u siebie zachwycali swoimi poetami. Ja bym się chętnie zachwycił klubem piłkarskim. Ale nie mogę. Właśnie. I później moja słoweńska część tożsamości cierpi. Czefurska również. Jak mam się zasymilować i stać się niby jakimś Słoweńcem, skoro nie mam klubu piłkarskiego. Nie da się. I to mnie wkurwia.

Dlaczego czefurzy puszczają muzę w samochodzie

Dzięki temu, że Adi dostał klucze od samochodu, żeby go odwieźć na parking, możemy jechać na przejażdżkę do miasta. A Mirsad szybciutko przeleci Samirę. Żeby potem miał spokój.
Meraś Mirsada oczywiście śmierdzi pieprzonymi choinkami. Model ma osiem choinek w samochodzie, a każda wali tak, że nie możesz oddychać. Plus to, że czefur ma w samochodzie kaseciaka. Przecież nie możesz mieć w merolu kaseciaka. Gdzie to widziałeś. To jest tylko dlatego, że Mirsad ma jakieś stare kasety Lepej Breny i Dragany Mirković , a nie chce kupić CD-playera, bo nie mógłby słuchać tych kawałków. A tego, że możesz ściągnąć wszystkie Lepe Breny z internetu w pół godziny, on nie przyjmuje do wiadomości. A co Mirsad wie o internecie. Kasety wciąż jeszcze są dla niego cool. I przewijanie i tak dalej.
Zawsze, jak Adi dostanie samochód, wciskamy się do środka i wrzucamy muzę na full, i wozimy się po Fužinach, trąbimy i tak dalej, a potem jedziemy do miasta. To jest szaleństwo. I tak nie możemy rozmawiać, bo wszystko się trzęsie, bo muza tak daje, że wszystko trzeszczy. Ale cool jest widzieć, jak wiara patrzy, jak przejeżdżasz i zapodajesz najbardziej czefurskie kawałki.
– Wszystko się trzęsie w moim mercedesie!
Jesteśmy najwięksi, najwięksi. Jesteśmy cyganami, cyganami. Coś jest w tym puszczaniu muzy w samochodzie, z otwartymi szybami, z powolną jazdą, z wszystkimi tymi numerami. Najlepszą zabawą jest widzieć ludzi, którzy wywracają oczami. Bo wiesz, że im ta muza nie pasuje, że wykończyliby nas albo wysłali z powrotem do Bośni, dlatego jedziesz dziesięć na godzinę po mieście i puszczasz Mile Kiticia, żeby wszyscy cię słyszeli.
– Blond cyganko! Blond cyganko! Ty skróciłaś swoje włosy krucze, całe miasto dziś od plotek huczy. Blond cyganko! Blond cyganko!
Co jest? Twoja mać! Co się gapisz? Chcesz w łeb? Nikt nie może ci nic zrobić, możesz być mądry i możesz być czefur, czy im pasuje czy nie. W samochodzie nie musisz się zastanawiać, co ludzie myślą o tym, że jesteś czefurem. Przejeżdżasz i masz wszystko w dupie. Nie wiedzą, kim jesteś, nie wiedzą, gdzie mieszkasz, jak się nazywasz, nic nie wiedzą. Coś nie jest jasne? Jak się nie powstrzymam, to pięści pójdą w ruch. Jesteś silny. To jest to. Nie ma wstydu i nie boisz się, że ci ktoś coś wygarnie, a jeszcze mogą być dobre jaja. W ogóle jak jedziesz przez Prešerec i pytasz ludzi, gdzie jest Plac Prešerna. Albo jak widzisz jakąś naprawdę grubą kobietę.
– Ciooociuuu! Dlaczego jesteś taka gruba? Będziesz miała dziecko?
– Małaaa! Ale jesteś ładniutka! Jak Boga kocham! Pójdziesz ze mną na burek?
– Pedale! Ej, pedałku! Chcesz chuja w dupę?
I jedziesz dalej. A ludzie wywracają oczy. Nie masz takiego głupiego uczucia, jak wtedy, kiedy cię pytają, czy Đorđić jest z miękkim czy z twardym č, skąd pochodzą twoi rodzice albo jak nauczycielka słoweńskiego przed całą klasą oznajmi ci, że w eseju używasz kroatyzmów. Jakie kroatyzmy, jebał ci Ćiro Blažević mamusię. Bośniacyzmy, a nie kroatyzmy.
Nie ma tego. Ty tylko powoli jedziesz po mieście i zapodajesz narodnjaki. Chuj wam wszystkim w dupę. Wszyscy wy, którzy na nas patrzycie, jakbyśmy uciekli z ZOO i wywracacie oczami, i myślicie, dlaczego ich wszystkich nie wykurzyliśmy, a nie tylko osiemnaście tysięcy. Dla was wszystkich zapodajemy te nasze kawałki na full i wozimy się po mieście, i was prowokujemy. Patrzcie, patrzcie, piękniejszych jeszcze długo nie zobaczycie. Wypieprzę wam waszą mamuśkę.
– Zbrojenie wyciągasz ze szczęścia fundamentu, nikt mi nie odbierze takiego diamentu.
Dejan jest najostrzejszy. Jego mama jest Słowenką i najbardziej się wczuwa, i wychyla się z okna, i wykrzykuje czefurskie kawałki. Aco steruje muzą i zmienia kasety Mirsada, Adi kręci kierownicą z zimnym łokciem, a ja śmieję się ludziom w oczy.
– Proszę pani, zgubiłem zebrę, taką afrykańską, w prążki. Widziała ją może pani? Właśnie przechodziła? Jak to nie? A pani wie, co to jest zebra?
To jest najlepsza zabawa. Jedziesz sobie merolem i robisz sobie jaja. To jest życie, a nie jazda na nartach, badmintony, sauny, bowlingi i te słoweńskie wsiowe zabawy. I Nuše Derendy i Saše Lendero.
– Przyjacielu Đemo, jadę do San Remo, przypilnuj mi Faty, gdy śpiewam sonaty!
To jest zabawa.

Przekład: Tomasz Łukaszewicz

Książka Czefurzy raus! w polskim tłumaczeniu ukaże się w styczniu 2010 roku nakładem Wydawnictwa Międzymorze

Goran Vojnović: Čefurji raus! (fragmenti)

Kdo je čefur? Čefur je oseba, ki živi na ozemlju določene države, vendar ni pripadnik tamkajšnje nacionalne večine. V našem primeru so to ljudje, ki prihajajo iz krajev južno ali vzhodno od reke Kolpe. Med čefurje v večini primerov štejemo tudi njihove potomce. Po svoji fiziognomiji se od pripadnikov večinskega dela populacije razlikujejo po nizkem čelu, skupaj raščenih obrveh, poudarjenih ličnicah in močnejši spodnji čeljusti. Njihove osnovne vedenjske značilnosti so: ljubijo lagodno življenje, preklinjajo, radi imajo alkohol, nežnejši spol, nogomet. Obožujejo kič in zlat nakit. Pri srcu so jim borilne veščine in so nemalokrat agresivni tudi povsem brez pravega razloga. Njihova aklimatizacijska doba je v večini primerov zelo dolga.
iz pesmi Čefur Roberta Pešuta Magnifica

čefur -ja m 'priseljenec iz južnih republik nekdanje Jugoslavije' (20. stol.), pisano tudi čifur, čufur, čefurka, čifurka, čufurka, čefurski, čifurski, čufurski, vse slabšalno. Verjetno prevzeto iz hrv., srb. Čift, Čivut 'Žid', kar je v večini govorov slabšalna oznaka pripadniku tega naroda. Slovensko -ur namesto izvornega -ut se je po zgledu nemčur vzpostavilo zaradi slabšalnosti.
Marko Snoj, Slovenski etimološki slovar

Čefurji raus!
priljubljen grafit z ljubljanskih ulic

Zakaj nimam svojega fuzbal kluba

Nimam svojega fuzbal kluba! Od vsega mi gre to v bistvu najbolj na kurac. Če bi živel v Beogradu, bi navijal za Crveno zvezdo in bi bil Zvezdaš. Delija od rojstva do smrti! Če bi živel v Sarajevu, bi bil Manijak, navijač Željezničarja. Tuki je pa vse v pizdi. Za Olimpijo ne moreš navijat, če igraš za Slovan, tako kot igram jaz. Za Slovan pa ne moreš navijat, ker je to češko. To je pičkin dim od kluba. A naj bom Red Tiger? Itak! Pa kaj še! Fuzbalerji Slovana igrajo v žnj ligi. Štadion ima pa tisoč stojišč. Olimpija je pa klub očkatovih in mamičinih sinčkov. Sami pedrčki murgelski igrajo tam. Saj ne, da ne navijam za Olimpijo. Samo Green Dragon pa ne bi bil za noben denar na svetu. Ne vem, zakaj. Bedno je pač. Jebiga. Mogoče je res problem v tem, da sem čefur. Ampak zato, ker sem čefur, mi pa tudi mori to, da nimam kluba. To imam v krvi. To potrebo po fuzbal klubu, za katerega bi se sfajtal z vsakim, ki bi kaj sral čez njega.
Zdi se mi, da moje sošolce, Slovence, sploh ne jebe to, da nimajo kluba. Boli jih patak! Mene pa zna to tako razčefukat od znotraj, da bi najraje koga prefukal. Te kurčeve tradicije ni tukaj. Če se rodiš v Barceloni, ti starci kupijo dres Ronaldinha, člansko izkaznico kluba in te ob nedeljah peljejo na Nou Camp gledat derbi z Realom in potem celo življenje hodiš na tekme. In ko se poročiš, hodiš na tekme z ženo, in potem z otroki, in potem z vnuki in tako naprej. In Barca je zate svetinja. Če kdo samo reče Real ali pa Ronaldo, ga lemaš. Ni vprašanj. Šamari geri! In če prideš v šolo v dresu Etoja, si frajer. Če oblečeš dres Raula, dobiš po pički. Ne tako kot v Sloveniji, kjer si največji papak na svetu, če prideš v šolo v dresu od Cimeta. In sredi Prešerca lahko šetaš v dresu Maribora, pa ti ne bo nihče razbil njuške.
Moj fotr, Radovan Đorđić, je navijač Zvezde. Tudi jaz sem bil, ko sem bil majhen, ko sem gledal Radovanove videokasete s tekmami, ko so bili svetovni prvaki. Stojanović, Radinović, Najdovski, Šabanađović, Belodedić, Jugović, Prosinečki, Savičević, Binić, Mihajlović, Pančev. Gledal sem jih proti Milanu, ko je bilo ena nič za Zvezdo pa so zaradi megle prekinili tekmo, potem pa v ponovljeni tekmi izpadli na penale. Gledal sem jih proti Kölnu, ko se je Stojanović poškodoval, rezervni golman Milojević pa dobil tri gole v drugem polčasu. Potem so pa končno rasturili vse po spisku in postali evropski prvaki. Moja matka, Ranka, mi je pričala, da so bile to ludnice pri nas doma, polna bajta je bila. Fotrovi kolegi, stari čefurji. Vsi so navijali za Zvezdo na način, da mirno gledajo tekmo in neki pametujejo, potem pa se kar naenkrat vsuje: »Dooodaaaaj! Ma neee! Pa pička ti materina sebična! Mamu ti jebem, budalo jedna blesava! Konju jedan, marš u pičku materinu! Da bog da ženu promašio!« In potem spet vsi pametni do naslednje priložnosti za Zvezdo. Fotr je drugače Bosanec, samo je Srb pa je od rojstva navijal za Crveno zvezdo pa se fural v Beograd in Sarajevo na tekme navijat. Samo jaz ne morem biti Delija. Ne vem, zakaj. To je vse komplicirano u pičku materinu. Saj navijam za Zvezdo, ampak da bi bil pa to moj klub, mi je pa brez veze. To je za Beograjčane. Če si frajer, navijaš za klub iz svojega mesta. Samo Ljubljana je pač čudno mesto.
Mogoče je to zato, ker sem čefur. Če bi bil Slovenček, bi doma navijal za Olimpijo pa najbrž bi hodil na hokej. Moj očka Janez bi mirno sedel in mi razlagal, kako je bila Olimpija v sedemdesetih državni prvak v košarki pa kako je v osemdesetih v nogometu igrala neodločeno s Crveno zvezdo, ki je bila svetovni prvak, pa kako je potem igrala z Milanom in je na tej tekmi zadnjič igral Marco van Basten in je Olimpija izgubila samo 3:0. Saj to je to. Če si enkrat navijal za klub, ki je bil svetovni prvak, potem ne moreš prešaltati in se napaliti na neodločene rezultate, častne poraze, predkola Lige prvakov, Slovenski pokal in visoke zmage nad NK Beltinci. Jebiga, to ne gre. Saj sem navijal za košarkaše Olimpije, ko so bili na Final Four v Rimu pa ko so razmontiravali Panathinaikos z Dominiqueom Wilkinsom in Kinder s Predragom Danilovićem. Potem ko so pa začeli izgubljati s Krko in Laškim, mi je pa dol padlo. Ni tukaj tiste prirojene tradicije. To je nekaj čefurskega v meni. Ali si najboljši na svetu ali pa šilji olovke, kot bi rekel Radovan.
Moji kolegi navijajo za Zvezdo. Dejan navija. Pa Aco. Samo njuni starci so iz Srbije. Srbijanci. Mi Bosanci malo drugače gledamo na to. Radovanu grejo na kurac ti četniki, pa Arkan, pa Ceca, pa Gurović s tetovažo Draže Mihajlovića, pa to, da so iz Zvezde naredili klub, ki mora tako kot Olimpija igrati predkolo Lige prvakov. Jebeš to. Dejan fura rdeči navijaški šal okoli vratu in se pali na Zvezdine tekme proti Fincem, Madžarom, Estoncem in drugim šalabajzerjem. Aco se pali samo na Hrvate, jaz pa samo na Nemce. To mi je ostalo od tistega fotrovega kolega, ki je nekoč iz zagrebškega Dinama prestopil v Zvezdo in je potem razlagal, kako različna sta kluba in ljudje v njih. Ko se v Zagrebu pripravljajo pred žrebom Kupa šampiona, nerodno mencajo: »Znate dečki, kak bi bilo super, da ne naletimo na te Njemce već u prvom kolu. Bi morti prošli u drugo kolo. Samo da ne budu Njemci.« V istem času pa se v Zvezdi duvajo: »Samo da dobijemo Nemce, da im jebemo kevu ko četrdesetpete, mamicu im jebem švapsku. Pet komada ima da im uvalimo!« Saj ne, da so takrat Nemci rasturali vse po vrsti, samo šanse so pa seveda večje, če greš v tekmo z jajci. In na to se jaz palim. Jebeš tekmo, v katero greš z računico, da bo uspeh že minimalen poraz. To ni mentaliteta. Zato se Aco, Dejan in jaz, pa še Adija kdaj navlečemo, palimo na jugoreprezentanco. Mi imamo svoga boga, to je Dejan Bodiroga! Za basketaše navijamo skupaj, meni pa se ne da navijat za odbojkarje, vaterpoliste in ostale šupke. Fuzbal in basket. Mogoče še rokomet. Ostalo je brez veze.
Fužine bi morale imeti svoj fuzbal klub. To bi bilo zakon. Saj nas je dvajset tisoč. Z ilegalci trideset tisoč. Če ne štejem narkomanov. NK Fužine. Ker to je fora. Ali navijaš za velik klub, ki se bori za naslov svetovnega prvaka, ali pa za mali, seljački, medblokovski, ki izgublja vse tekme in je vse skupaj dobra fora in se na tekmah zbere sto pametnjakovičev in po vsaki tekmi nekoga istamburajo in se ga vsi naroljajo. Ljubljana je nekje vmes med mestom in vasjo in njeni klubi so nekje vmes med dobrimi in nikakvimi. NK Fužine bi bil rešitev. Na to bi se dalo furati. Fužine zakon!
Saj je nekaj časa že kazalo, da bomo dobili klub. Starci so namreč redno, vsako nedeljo prinesli mreže na fuzbal plac in se je igralo. Ob igrišču so penzioneri igrali šah, nekdo je pripeljal poln prtljažnik piva, tribune so bile polne mularije in tistih odraslih čefurjev, ki ne morejo igrati fuzbala, ker imajo vodo v kolenu pa podobne buče. Predvsem pa nikjer nikoli ni bilo videti nobene ženske in ni se slišalo nobene slovenske besede. Edino poštar Matej je igral, ki so ga vsi potem klicali Slovenac, ker je bil edini, ki ni bil čefur. Iz istega razloga so našega hišnika Vladota klicali Tuđman. Ker je bil iz Slavonskega Broda. Jebeš to, da ni bil Hrvat. Smajlagića so pa vsi klicali Janša, ker je enkrat demonstriral za to, da Janšo spustijo iz ćuze. In se je igralo. To je bil res užitek. Mi smo hodili to gledat in smo se smejali najavam starcev. Najbolj smešno je bilo seveda poslušati tiste, ki so se naučili malo slovenščine, pozabili pa malo čefurščine in so zdaj govorili neko mešanico. Fužinščino. Potem so padale najave: »Podaj mi žogu! Zvio sam si gležanj! Ščipa me u hrbtenicu!« Povrh pa še vse te nacistične in rasistične žaljivke, ki so jih v smehu stresali vsi ti hišniki, vodoinštalaterji, šoferji, kondukterji, građevinci in ostali fužinski čefurji in ki so vse po vrsti vsebovale družbeno-politične konotacije nekdanjega skupnega prostora: »Pucaj, Slovenac! Jebala te Milka Planinc u usta! O jebem ti ustašu šeprtljavog! Ma jeste li vi Bosanci glupi ili ćoravi? Sam stojim pred golom, a ti me ne vidiš!«
Potem je šlo pa vse v kurac. Še šaha ne igrajo več tisti invalidi. NK Fužine ni več opcija. NK Olimpija je pa tudi razpadla in je ni več. To je itak čisto odštekano. Si predstavljate, da bi razpadla Barca? Ali pa Bayern? Ali Liverpool? Folk bi šel na ulice, bile bi demonstracije. Sesuli bi parlament. Za jaja bi obesili vse odgovorne. Ne pa to tukaj. Propade največji fuzbal klub v državi i nikom ništa. Če bi pa zaprli filharmonijo, bi se pa vsi umetniki nekaj šli in pametovali o tradiciji, kulturi pa ne vem še čem. Če pa zjebeš klub, proti kateremu je Marco van Basten odigral zadnjo tekmo, je pa vseeno. Saj so samo športniki. Neumni, neizobraženi, nekulturni. Pa itak samo čefurji igrajo fuzbal. Pa vsi imajo kratke in krive noge. To je ta jebena mentaliteta. Ni spoštovanja. Kako naj se človek nafura na nekaj, kar vsi prezirajo. Potem pa nekaj trabunjajo o asimilaciji. To gre počasi. Pridejo delavci iz bivše Juge in ti bi, da se napalijo na Prešerna in Cankarja. Pa kaj še. Kot da so se doma fural na svoje pesnike. Jaz bi se rad nafural na fuzbal klub. Pa se ne morem. Eto. In potem moj del slovenske identitete trpi. Čefurski pa tudi. Kako naj se asimiliram in postanem kao nek Slovenac, če pa nimam fuzbal kluba. Ne gre. In to me jebe.

Zakaj čefurji nabijajo muziko v avtu

To, da je Adi dobil ključe od avta, da ga pelje na parking, to je bilo zato, da gremo lahko mi na eno vožnjo do mesta. Mirsad bo pa Samiro malo na hitarco napičil. Da ima potem mir.
Mečka od Mirsada itak smrdi po kurčevih smrekcah. Model ima osem smrekc v avtu, a že ena bazdi, da ne moreš dihat. Plus to, da ima ta čefur v avtu kasetar. Pa ne moreš imet v merdžotu kasetarja. Kje si to videl. Samo to je zato, ker ima Mirsad neke stare kasete od Lepe Brene pa od Dragane Mirković, pa noče kupit cd playerja, ker potem ne bi mogel poslušat teh komadov. A to, da lahko skineš vse Lepe Brene z interneta v pol ure, to pa on ne dojame. Kaj ve Mirsad, kaj je internet. Kasete so za njega še zmeraj zakon. Pa premotavanje pa to.
Mi se vsakič, ko dobi Adi avto, zbašemo not in potem nabijemo muziko do daske in se najprej furamo po Fužinama pa trobimo pa te scene, potem gremo pa do mesta. To je ludnica. Itak se ne moremo pogovarjat, ker se vse trese, ker muzika tako nabija, da vse hrešči. Ampak je pa zakon gledat, kako folk pogleda, ko se mimo pelješ pa nabijaš najbolj čefurske komade.
»Sedišta se tresu u mom mercedesu!«
Najjači smo, najjači. Cigani smo, cigani. Nekaj je v tem nabijanju muzike v avtu, pa z odprtimi šipami, pa s počasno vožnjo, pa vsemi temi štosi. Največji užitek je videti ljudi, kako zavijajo z očmi. Ker veš, da jim ne sede ta muzika pa da bi nas vse potamanili pa poslali nazaj v Bosno, in potem greš deset na uro po mestu in nabijaš Mileta Kitića, da te vsi slišijo.
»Plava ciganko! Plava ciganko! Ceo grad zbog tebe zna me, u crno si zavila me! Plava ciganko! Plava ciganko!«
Kaj je? Mamicu vam vašu! Kaj gledaš? A bi batine? Noben ti nič ne more in si lahko pameten in si lahko čefur, če jim paše ali pa ne. V avtu ti ni treba razmišljat, kaj si folk misli o tem, da si čefur. Pelješ se mimo in te boli kurac. Ne vejo, kdo si, ne vejo, kje živiš, kako se pišeš, nič ne vejo. A ti kaj ni jasno? Da ne bomo pobremzal pa bodo šake padale. Močen si. To je to. Ni srama, pa ne bojiš se, da ti bo kdo kaj sikal, pa še dobra zajebancija je lahko. Sploh če se pelješ čez Prešerca pa sprašuješ folk, kje je Prešernov trg. Ali pa če vidiš kako res debelo žensko.
»Teeetaaa! Zakaj si tako debela? A boš imela dojenčka?«
»Puncaaa! Kok si ti lepa! Majke mi moje! A bi šla z mano na burek?«
»Pederu! Alo pederčino! A bi mogoče kito v rito?«
In odpelješ naprej. Folk pa zavija z očmi. Nimaš nobenega takega glupega občutka, kot ko te vprašajo, a je Đorđić z mehkim ali trdim č, pa od kje so tvoji starši, pa ko ti slovarca pred celim klasom najavi, da v eseju uporabljaš hrvatizme. Kakve hrvatizme, jebo ti Ćiro Blažević mamicu. Bosančizme, ne pa hrvatizme.
Ni tega. Ti se samo počasi pelješ po mestu in nažigaš narodnjake. Ko vam svima jebe mater! Vsi vi, ki nas gledate, ko da smo pobegnili iz živalskega vrta, pa zavijate z očmi pa si mislite, zakaj jih nismo izbrisal vseh, ne pa samo osemnajst tisoč. Za vse vas nabijamo te naše komade do konca pa se furamo po mestu pa vas provociramo. Glejte, glejte, lepših še dolgo ne boste videli. Mamicu vam vašu nabijem.
»Armaturu čupaš iz temelja sreće, niko tako draga voljeti te neće.«
Dejan je najžešći. Njemu je mama Slovenka in potem mu najbolj dogaja in se nagne ven iz okna in se dere čefurske komade. Aco šalta muziko in menja Mirsadove kasete, Adi mota volan s komolčkom na vratih lepo, jaz pa rugam folk v glavo.
»Gospa, zgubil smo eno zebro, tako afriško, prugasto. A ste jo mogoče vidla? Lihkar je šla mim? Kako, da ne. A veste vi, gospa, kaj je to zebra?«
To je največji žur. Pelješ se lepo z merdžotom in se zajebavaš. To ti je život, ne pa smučanja pa badmintoni pa savne pa bovlingi pa te slovenske kmečke fore. Pa Nuše Derende pa Saše Lendero.
»Prijatelju Đemo, idem u San Remo, pričuvaj mi Fatu, dok pjevam sonatu.«
To je žur.