Jani Virk: Drzwi

Oczywiście nie jest prawdą to, co mi wówczas wielokrotnie zarzucano, że nie miałem co począć na świecie. Jeśli nie było innego, dwa razy w tygodniu pierwszym dziennym autobusem, 5:05, jeździłem do Lublany. Już to nie było łatwe: dziś czemuś takiemu prawdopodobnie już bym nie podołał. Twarze podróżnych były puste i spracowane, zaś ich ubrania przypominały zardzewiałe klatki w ogrodzie zoologicznym. Nie czułem z nimi żadnej solidarności. Chociaż ubranie wielokrotnie śmierdziało mi alkoholem albo wymiotami, chociaż moje dżinsy były wytarte na kolanach, chociaż mój płaszcz w kolorze winnej czerwieni z gładkiego aksamitu miał zepsuty zamek, a z lewej tenisówki już przed miesiącami odpadł język, nie miałem z nimi nic wspólnego. Wiecie, ja jestem człowiekiem uduchowionym. I to jest duża różnica. Ludzi z autobusu nienawidziłem bardziej, niż chciałem to sobie wówczas przyznać. Gdybym nie bał się samotności, poczucie, że jesteśmy sobie bliscy, nie mogłoby mnie zdradzić.
Do Lublany w takie dni przyjeżdżałem chwilę przed szóstą. Spacerowałem po Miklošičevej do Tromostovja, a potem na rynku przed kioskiem, w którym przed wpół do siódmej nigdy nie było sprzedawcy, ze sterty świeżo dowiezionych gazet podbierałem jeden egzemplarz i szedłem na poranną kawę do Albańczyka nad Lublanicę. Piętnaście po siódmej zwijałem gazetę, wciskałem ją pod pachę i szedłem w kierunku wydziału teologicznego.
To, że na teologiczny chodziłem słuchać wykładów z kosmologii, mojej dziewczynie naprawdę było nie w smak. „To słowo jest mi obce” – mówiła. W rzeczywistości zaś w ogóle nie wiedziała, co oznacza. „Nie tylko tobie, wszystkim jest obce,” odpowiadałem jej. Ale nie dodawałem, że istnieją różne stopnie niewiedzy i obcości. Są ludzie, dla których obcość może być także bliska. Stawała się przy mnie niepocieszona. Wcześniej było jej obojętne, czy chodzę na wykłady na wydział filologiczny; sama mnie przekonywała do tego, żebym opuszczał wykłady i przychodził do niej w czasie, kiedy dzieci w przedszkolu, w którym pracowała, miały obowiązkowe spanie. Nie liczyłem, ile razy w pomieszczeniu na dziecięce zabawki położyłem ją na pluszowych misiach i od tyłu podniosłem suknię. A teraz nagle trzeba było chodzić na wykłady, choć zaniedbywałem je już co najmniej dwa miesiące. Albo chociaż gdzieś dorywczo pracować. Albo coś innego. Naraz miała mnóstwo dobrych pomysłów, co mógłbym zrobić. Wszystko wydawało jej się dla mnie odpowiednie, tylko nie kosmologia. Potem, kiedy w drodze z kina kiedyś podczas sprzeczki wbrew wszystkiemu zapytałem ją, co w gruncie rzeczy znaczy kosmologia, przez kilka sekund uporczywie milczała, potem zaś, co było namacalnym dowodem jej wściekłości, podrapała mnie po ręce. W takich przypadkach także z powodu jej samej nigdy nie byłem ani delikatny, ani wyrozumiały. Pośród dobrze dobranych wyzwisk jednym tylko ruchem zerwałem jej na środku ulicy guziki z jej koronkowej koszuli, pod którą nie miała stanika. (Co jej, zanim wyszliśmy z jej wynajmowanego mieszkania, także wypomniałem, jednak nie trafiło to do niej) Momentalnie dobry tuzin głupawych, lubieżnych męskich oczu zaczął gapić się w jej nagie piersi. Odszedłem, ale po kilku sekundach przyleciała za mną. Rękami mocno trzymała koszulę razem. Wpadła we mnie, musiałem ją objąć ramieniem. Do jej samochodu milczeliśmy. Kiedy zaś jechaliśmy w kierunku jej piwnicznego mieszkania, zapłakała i później podczas chlipania powiedziała, że ona może nienawidzić również te rzeczy, których znaczenia nie zna. Jakiż byłem naiwny, dopiero wtedy poczułem, że kiedyś być może się rozejdziemy. „Czy to możliwe, że mogą się naprawdę kochać mężczyzna, który jest uduchowiony i kobieta, która nie jest?” – pytałem siebie i czułem wielką pustkę, gdyż przeczuwałem odpowiedź.
„Kosmologia, kosmologia” – czasem jej potem szeptałem w trakcie sapania na pluszowych misiach i wtedy się zazwyczaj tak dziko kochała, że słoma w pluszowych misiach skrzypiała nieznośnie. „Czy złośliwość, która ma swój pozytywny cel, może być odbiciem duchowości?” – zadaję sobie to pytanie. „Istnieje pozytywny cel?” – wielokrotnie zadaję sobie to pytanie .
W każdy poniedziałek i w każdą środę za pięć wpół do ósmej siadałem w auli wydziału teologicznego. Twarze ludzi, którzy zajmowali miejsca wokół mnie, nie były specjalnie uduchowione. Podobnie czułem się pośród bladych, pryszczatych twarzy studentów mechaniki, kiedy kilka razy siedziałem na wykładach z dobrym przyjacielem. Również wykładowca, sądząc po wyglądzie, mógłby ostatecznie być kierowcą dalekobieżnego autobusu. Mówił o przeróżnych teoriach o wszechświecie, o starogreckich, średniowiecznych i całkiem współczesnych. Opowiadał o granicach wszechświata, o atomach i próżni w nich, o rozpadzie wszechświata, o jego głównym punkcie, o milionach i miliardach lat. Słowa zawsze nawlekał starannie, z umiejętną retoryką znawcy, który jest zmęczony opowiadaniem wciąż tych samych rzeczy. Niektórzy studenci gorliwie zapisywali do zeszytów zdania, „uważa się, że wszechświat, jest długi tyle i szeroki tyle”, „uważa się, że niektórych gwiazd, już nie ma, a wciąż jeszcze dają światło”, „uważa się, że wszechświat jest, mierzoną w milionach, bardzo niepewną rzeczą, i pytanie jest, co znajduje się za jego krawędzią”, inni przygotowywali się do następnego wykładu, niektórzy zaś pod ławką przeglądali magazyny. Wykładowca ziewał w równomiernych odstępach. Oczywiście, jeśli chodzi o godzinę, było jeszcze bardzo wcześnie.
Całymi tygodniami dwa razy w tygodniu od wpół do ósmej do dziewiątej siedziałem w auli wydziału teologicznego i z otwartym mózgiem pływałem po wszechświecie. Czasami zdarzało mi się, że całymi dniami zachowywałem w sobie to uczucie, i z czasem satysfakcjonowało mnie, że szedłem na wykład tylko raz na tydzień albo nawet na czternaście dni. Moja przyjaciółka wielokrotnie mi zarzucała, że jestem wyrzucony ze świata. „Wyrzucony ze świata” – mówiła i zawsze wyobrażałem sobie przy tych słowach, jak któregoś razu w jej przedszkolu rodzice śpiących dzieci nakrywają nas na pluszowych misiach i mnie, małego i nieistotnego, wyrzucają przez okno, ja zaś zaczynam płynąć w powietrzu i cały lekki i ledwie jeszcze fizyczny unoszę się coraz wyżej nad ziemią i odpływam później we wszechświat.
Dochodziło między nami do coraz większych nieporozumień i już rozmyślałem, czy jednak nie ustąpić, ze względu na święty spokój, a jeszcze bardziej ze względu na to, że już nie chciała pożyczać mi pieniędzy i samochodu, którego ja, chłopak z prowincji, wielokrotnie, jak to mówią, potrzebowałem na gwałt. Ale wówczas zdarzyło się coś, co odwiodło mnie od mojego zamiaru.
Któregoś dnia w auli wydziału teologicznego dokładnie o wpół do ósmej pojawiła się kobieta, której do wtedy jeszcze nigdy nie widziałem i, zaraz po tym jak ją zauważyłem, usiadła w pierwszej ławce przy oknie. Słońce wschodziło nad dachem sąsiedniego domu i właśnie tam, gdzie siedziała ona, rzucało promień światła. Na parę chwil wydało mi się, że się rozpłynęła i że już jej tam nie ma. Dopiero później, kiedy przez dłuższy czas nieprzerwanie i z całą ostrością spojrzenia przedzierałem się przez warstwę rozproszonego powietrza, znów ją ujrzałem. Często się zdarza, że zauważam kobietę, która mi się podoba. Wiem, czym jest rozkosz estetyczna i czym jest rozkosz erotyczna. Jednak to, co się wówczas działo w auli teologicznego, nie miało z rozkoszą żadnego związku. Półtorej godziny z miłym bólem w piersiach nieustannie wpatrywałem się w plecy i włosy kobiety, której imienia nie znałem, której nawet nie spojrzałem w twarz. „Wieczność, wszechświat, czarne dziury, eksplozje na słońcu, zderzenia komet” – mówił wykładowca, a jego słowa odbijały się od mojego spojrzenia i padały na kobietę przy oknie.
Po wykładzie pośród znudzonych, pryszczatych studentów przepchałem się ku wyjściu i na schodach złapałem kobietę z pierwszej ławki. Kiedy spojrzałem w jej twarz, na moment się zmieszałem. Na pewno była ode mnie starsza, jednak w żaden sposób nie mogłem odczytać, ile ma lat. Na jej twarzy, która była jeszcze piękniejsza, niż to sobie wyobrażałem, było wahanie, w którym lata się zatarły. Miała dwadzieścia pięć, trzydzieści czy trzydzieści pięć lat? Zaprosiłem ją na kawę i zgodziła się. „Ostatecznie możemy ją wypić u mnie w domu” – powiedziała. „Nie znoszę barów i ich hałasu.” Kiedy szliśmy przez puste ulice, powiedziała mi o swojej chorobie, przez którą kilka miesięcy nie mogła chodzić na wykłady. „A dlaczego w ogóle chodzisz na te wykłady – zapytałem. Nie odpowiedziała. Nie usłyszała mnie? Powtórzyłem pytanie. Nie odpowiedziała.
Mieszkała na trzecim piętrze starego domu. Weszliśmy do dużego pokoju, w którym było pełno starych przedmiotów i pajęczyn. Pod oknem stało składane łóżko, na ścianie naprzeciwko wisiało zakurzone lustro; obok niego były stare dębowe drzwi z żelaznym ryglem, podobne do wejściowych. Myślałem, że prowadzą do łazienki albo ubikacji, jednak z dzbankiem na kawę wyszła po wodę na korytarz. „Ubikacja jest na zewnątrz” – powiedziała w drzwiach.
Później podczas picia kawy rozmawialiśmy o kosmologii. Mówiła miękko i powoli i nie rozumiałem uśmieszku na jej twarzy. Kiwała się, jakby nie była cielesna, a przy tym rozpaliła we mnie tak silne pragnienie, żeby dotknąć jej ciała, że ledwie się okiełznałem. Zauważyła moje podekscytowanie i uśmiechając się zapytała, czy nie byłoby lepiej, gdybym poszedł. „Oczywiście” – powiedziałem i spojrzałem na rękę, na której nie miałem zegarka, „już czas”. Wstałem, pożegnałem się i trochę zmieszany ruszyłem ku drzwiom z żelaznym ryglem.
„Nie tutaj” – powiedziała zaniepokojona i w zakurzonym lustrze ujrzałem, jak się ku mnie zbliża. Chwyciła mnie za rękę i odprowadziła mnie ku drzwiom wejściowym.
Od tego dnia znów regularnie chodziłem na wykłady kosmologii. Moja dziewczyna nieustannie mi groziła, że mnie ostatecznie skreśli. „Jesteś nieobecny, tylko mnie wykorzystujesz i nawet do przedszkola już nie przychodzisz” – mówiła. I nawet temu nie zaprzeczałem. Jeszcze sam nie wiedziałem, dlaczego właściwie przy mnie trwa. Gdyby nie było jej samochodu, który mi ułatwiał życie, nie byłoby niczego, co by mi w istocie mogła dać. Wszystkim, co mnie interesowało, była kobieta z auli. Dwa razy w tygodniu po wykładzie chodziłem do niej na kawę i rozmawiałem z nią o kosmologii. Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy i nie potrafiłem oddzielić duchowego i cielesnego uroku. Nie dała mi żadnego sygnału, że ona je oddziela. I żadnego, że ich nie oddziela. I kiedy zacząłem chodzić do niej także w dni, kiedy nie było wykładów z kosmologii, przyjęła to jako oczywistość. Zawsze była w domu i zawsze było tak, jakby mnie oczekiwała. I wciąż na nowo, nim mnie pożegnała, wypowiadała w naszych rozmowach zdanie, które znaczyło dla mnie najwięcej i którego całkowicie nie rozumiałem. „Cieleśnie czuję wieczność” – mówiła i tak się przy tym uśmiechała, że z problemem pozostawałem na krześle. „Wiesz, co to znaczy?” – pytała mnie i pochylała się ku mnie tak, że z jej pięknej twarzy mogłem wzrokiem ześlizgiwać się za jej bluzeczkę prawie do sutków.
Wszystkim, co mi z tego okresu pozostało w pamięci, było przychodzenie do niej i wychodzenie od niej. Świat i moje życie były przezroczyste i niepotrzebne, kiedy z nią nie byłem.
Któregoś dnia nasza rozmowa przeciągnęła się do wieczora. Kiedy, nim zamierzałem odejść, pochyliła się ku mnie i ujrzałem łagodne ruchy jej piersi, nie mogłem się już opanować. Objąłem ją i ręką powoli powędrowałem za bluzeczkę. Dotknąłem jej sutka, który były twardy i szorstki i połaskotał mnie po palcu. Nie broniła się, tak miękko i delikatnie się poddawała, że zadawałem sobie pytanie, czy dotykam jej w rzeczywistości czy tylko w mojej wyobraźni. Wstałem i zaniosłem ją do łóżka. Potem powoli ją rozebrałem i twarzą wtuliłem się jej chłodną skórę. Pogłaskała mnie i zaczęła odpinać mi guziki. Kochaliśmy się długo, do późnej nocy.
„Teraz idź” – powiedziała, kiedy skończyliśmy. Ubrałem się, chwyciła mnie za rękę i odprowadziła ku drzwiom. Przesunęła rygiel i mnie wypuściła. Na końcu języka zebrały mi się słowa do pytania. Pocałowała mnie w policzek i otworzyła drzwi. Kiedy przez nie przechodziłem, w zakurzonym lustrze przy drzwiach widziałem jej uśmiech. Potem wkroczyłem w pustkę. I padłem. Za sobą usłyszałem miękki trzask drzwi. Plecami w dół spadałem w głębinę i patrzyłem w niebo, pełne gwiazd. Usłyszałem huk, jakby gdzieś w pobliżu złamało się ptasie skrzydło. I w powietrzu momentalnie odczułem uczucie wieczności. I…

(1989)

Źródło: "Čas kratke zgodbe. Antologija slovenske kratke zgodbe"; red. Tomo Virk, Beletrina, Ljubljana 1998, s. 191-199.

Przekład: Tomasz Łukaszewicz

Jani Virk: Vrata

Seveda ni res, kar so mi takrat večkrat očitali: da na svetu nisem imel kaj početi. Če ne drugega, sem se dvakrat na teden s prvim delavskim avtobusom, 5:05, odpeljal proti Ljubljani. Že to ni bilo lahko: danes česa takšnega verjetno sploh ne bi več zmogel. Obrazi sopotnikov so bili prazni in zdelani, njihova oblačila pa so me spominjala na zarjavele kletke v živalskem vrtu. Nobene solidarnosti nisem čutil do njih. Čeprav mi je obleka večkrat smrdela po alkoholu ali bruhanju, čeprav so bile moje kavbojke na kolenih strgane, čeprav je imel moj vinsko rdeči suknjič iz gladkega žameta pokvarjeno zadrgo in mi je z leve superge že pred meseci odpadel jezik, z njimi nisem imel nič skupnega. Veste, jaz sem duhoven človek. In to je velika razlika. Ljudi iz avtobusu sem sovražil bolj, kot sem si takrat hotel priznati. Če se ne bi bal samote, me občutek, da smo si blizu, ne bi mogel varati.
V Ljubljano sem ob takih dneh prihajal nekaj pred šesto. Sprehodil sem se po Miklošičevi do Tromostovja, potem pa pred trafiko na tržnici, v kateri pred pol sedmo nikoli ni bilo prodajalca, s kupa sveže pripeljanih časopisov izmaknil en izvod in šel na jutranjo kavo k Albancu ob Ljubljanici. Petnajst čez sedmo sem časopis zvil, ga vtaknil pod pazduho in odšel proti teološki fakulteti.
To, da sem na teološko hodil poslušat predavanja iz kozmologije, moji punci ni bilo prav nič všeč. “Ta beseda mi je tuja,” je govorila. V resnici pa sploh ni vedela, kaj pomeni. “Ni samo tebi, vsem je tuja,” sem ji odgovarjal. Nisem pa dodal, da obstajajo različne stopnje nevednosti in tujosti. So ljudje, ki jim je tujost lahko tudi domača. Nezadovoljna je postajala z mano. Prej ji je bilo vseeno, če ne hodim na predavanja na filozofsko fakulteto, sama me ja navajala na to, da sem zanemarjal predavanja in hodil k njej v času, ko so imeli otroci v vrtcu, v katerem je delala, obvezno spanje. Nisem štel, kolikokrat sem jo v prostoru za otroške igračke položil čez plišaste medvedke in ji od zadaj dvignil haljo. Zdaj pa bi bilo nenadoma treba hoditi na predavanja, pri tem, da sem jih zanemarjal že vsaj dva meseca. Ali pa vsaj kje honorarno delati. Ali kaj drugega. Naenkrat je imela vse polno dobrih idej, kaj bi lahko počel. Vse se ji zdelo primerno zame, samo kozmologija ne. Ko sem jo potem nekoč na poti iz kina med prepirom kljub vsemu vprašal, kaj pravzaprav pomeni kozmologija, je nekaj sekund trdovratno molčala, potem pa me je, kar je bil otipljiv dokaz njenega besa, popraskala po roki. V takih primerih tudi zaradi nje same nikoli nisem bil ne nežen ne uvidiven. Med dobro namerjenimi zmerljivkami sem ji sredi ulice z enim samim potegom potrgal gumbe na njeni čipkasti srajci, pod katero ni imela modrca. (Kar sem ji, preden sva odšla iz njenega podnajemniškega stanovanja, tudi poočital, ne da bi kaj zaleglo.) V trenutku je dober ducat neumnih, pohotnih moških oči začelo bolščati v njeno golo oprsje. Šel sem stran, čez nekaj sekund pa je pritekla za mano. Z rokama je trdno držala srajco skupaj. Zarinila se je vame, moral sem jo objeti čez rame. Do njenega avta sva molčala. Ko pa sva se peljala proti njenemu kletnemu stanovanju, je zajokala in mi potem med hlipanjem rekla, da ona lahko sovraži stvari tudi, če ne ve, kaj pomenijo. Naiven kot sem bil, sem šele takrat začutil, da se bova nekoč mogoče razšla. “Je možno, da se lahko zares ljubita moški, ki je duhoven, in ženska, ki to ni?” sem se spraševal in čutil veliko praznino, ker sem slutil odgovor.
“Kozmologija, kozmologija,” sem ji včasih potem zašeptal na uho med sopenjem na plišastih medvedkih in takrat se je ponavadi tako divlje ljubila, da je slama v plišastih medvedkih neznosno škripala. “Je hudobija, ki ima svoj pozitiven cilj, lahko odraz duhovosti?” se večkrat sprašujem. “Obstaja pozitiven cilj?” se večkrat sprašujem.
Vsak ponedeljek in vsako sredo sem pet pred pol osmo sedel v predavalnici teološke fakultete. Obrazi ljudi, ki so se posedli okrog mene, niso bili posebno poduhovljeni. Podobno sem se počutil med bledimi, mozoljavimi obrazi študentov strojne fakultete, ko sem nekajkrat presedel predavanja od dobrem prijatelju. Tudi predavatelj bi bil po izgledu sodeč navsezadnje lahko sprevodnik na medkrajevnem avtobusu. Govoril je o različnih teorijah o vesolju, o starogrških, srednjeveških, in povsem sodobnih. Pripovedoval je o mejah vesolja, o atomih in praznini v njih, o razpadu vesolja, o središčni točki, o milijonih in milijardih let. Besede je vedno nizal za neprizadeto, z veščo retoriko poznavalca, ki je utrujen od pripovedovanja vedno istih stvari. Nekateri študentje so si v zvezke vneto zapisovali stavke, “vesolje je, kot pravijo, dolgo toliko in široko toliko”, “nekaterih zvezd, kot pravijo, ni več, pa še vedno oddajajo svetlobo”, “vesolje, kot pravijo, je, merjeno v milijonih let, zelo negotova stvar, in vprašanje je, kaj je za njegovim robom”, drugi so se pripravljali za naslenje predavanje, nekateri pa so pod klopjo listali revije. Predavatelj je vsake toliko zazehal. Seveda, merjeno v urah, bilo je še zelo zgodaj.
Tedne in tedne sem dvakrat na teden od pol osmih do devetih sedel v predavalnici teološke fakultete in z odprtimi možgani plaval po vesolju. Včasih se mi je dogajalo, da sem dneve in dneve obdržal v sebi ta občutek, in sčasoma mi je zadoščalo, sa sem šel na predavanje samo še enkrat ali pa celo na štirinajst dni. Moja prijateljica mi je večkrat očitala, da sem vržen iz sveta. “Vržen iz sveta,” je govorila in ob teh besedah sem si vedno predstavljal, kako naju v njenem vrtcu nekoč starši spečih otrok odkrijejo na plišastih medvedkih in me, majhnega in neugledenega, vržejo skozi okno, jaz pa zaplavam po zraku, in se ves lahek in komaj še fizičen dvigujem vedno višje nad zemljo in potem odplavam v vesolje.
Med nama je prihajalo do vedno večjih nesporazumov in že sem premišljeval, če ne bi vseeno popustil, zaradi ljubega miru, še bolj pa zaradi tega, ker mi ni več hotela posojati denarja in avtomobila, ki sem ga, dečko s periferije, mnogokrat, kot se reče, krvavo potreboval. Takrat pa se je zgodilo nekaj, kar me je odvrnilo od moje namere.
Nekega dne se je v predavalnici teološke fakultete točno ob pol osmih pojavila ženska, ki je do takrat še nikoli nisem videl, in se je, takoj zatem ko sem jo opazil, usedla v prvo klop ob oknu. Sonce se je dvigovalo nad streho sosednje hiše in prav tja, kjer je sedela ona, metalo snop svetlobe. Za nekaj trenutkov se mi je zdelo, da se je razpšila in da je ni več tam. Šele kasneje, ko sem se več sekund nepemično in z vso ostrino pogleda prodiral skozi plasti razpršenega zraka, sem jo spet zagledal. Pogosto se dogaja, da opazujem žensko, ki mi je všeč. Vem, kaj je ugodje estetike in kaj je ugodje erotike. Toda tisto, kar se je takrat dogajalo v predavalnici teološke, ni imelo z ugodjem nobene zveze. Uro in pol sem z lepo bolečino v prsih nepremično strmel v hrbet in lase ženske, ki ji nisem poznal imena, ki je niti nisem videl v obraz. “Večnost, vesolje, črne luknje, eksplozije na soncu, trk kometov,” je govoril predavatelj in njegove besede so se odbijale od mojega pogleda in padale na žensko ob oknu.
Po koncu predavanja sem se med zdolgočasenimi, mozoljavimi študenti prerinil proti izhodu in na stopnicah ujel žensko iz prve klopi. Ko sem zagledal na njen obraz, sem se za hip zmedel. Vsekakor je bila starejša od mene, vendar nikakor nisem mogel razbrati, koliko let ima. Na njenem obrazu, ki je bil lepši, kot sem si ga predstavljal, je bil nihaj, v katerem so se leta zabrisala. Jih je imela petindvajset, trideset ali petintrideset? Povabil sem jo na kavo in sprejela je. “Navsezadnje jo lahko spijeva pri meni doma,” je rekla. “Ne maram bifejev in hrupa v njih.” Ko sva hodila čez prazne ulice, mi je povedala za svojo bolezen, zaradi katere že nekaj mesecev ni mogla hoditi na predavanja. “In zakaj sploh hodiš na ta predavanja?” sem jo vprašal. Ni mi odgovorila. Me ni sišala? Ponovil sem vprašanje. Ni mi odgovorila.
Stanovala je v tretjem nadstropju stare hiše. Stopila sva v veliko sobo, v kateri je bilo polno starih predmetov in pajčevin. Pod oknom je stala zložljiva postelja, na steni nasproti pa je viselo prašno zrcalo; ob njem so bila stara hrastova vrata z železnim zapahom, podobna vhodnim. Mislil sem, da vodijo v kopalnico ali stranišče, vendar je z lončkom za kavo odšla po vodo na hodnik. “Stranišče je zunaj,” je rekla med vrati.
Kasneje sva se med pitjem kave pogovorjala o kozmologiji. Govorila je mehko in počasi in nasmeška na njenem obrazu nisem razumel. Gibala se je, kot da ne bi bila telesna, ob tem pa v meni sprožila tako močno željo, da bi se dotaknil njenega telesa, da sem se komaj obrzdal. Opazila je mojo vznemerljivost in med nasmeškom je vprašala, če ne bi bilo bolje, da bi odšel. “Seveda,” se rekel in pogledal na roko, na kateri nisem imel ure, “čas je že”. Vstal sem, pozdravil in malce zmeden odšel proti vratom z železnim zapahom.
“Ne tukaj,” je rekla zaskrbljeno in v prašnem zrcalu sem videl, kako se mi približuje. Prijela me je za roko in me odpeljala k vhodnim vratom.
Od tistega dne sem spet redno hodil na predavanja kozmologije. Moja punca mi je neprestano grozila, da me bo dokončno odpisala. “Odtujen si, samo izkoriščaš me, in niti v vrtec ne prihajaš več,” mi je govorila. In tega niti nisem zanikal. Še sam nisem vedel, zakaj pravzaprav vztraja pri meni. Če ne bi bilo njenega avtomobila, ki mi je lajšal življenje, ne bi bilo ničesar, kar bi mi zares lahko dala. Vse, kar me je zanimalo, je bila ženska iz predavalnice. Dvakrat na teden sem po predavanju hodil k njej na kavo in se z njo pogovarjal o kozmologiji. Govorila sva in govorila in nisem znal ločiti duševne in telesne privlačnosti. Nobenega namiga mi ni dala, da ju ona loči. In nobenega, da ju ne loči. In ko sem začel hoditi k njej tudi ob dneh, ko ni bilo predavanj iz kozmologije, je to sprejela samoumevno. Vedno je bila doma in vedno je bilo, kot da me je pričakovala. In vedno znova je, preden me je odslovila, v najinih pogovorih izrekla stavek, ki mi je pomenil največ in ki ga nisem povsem razumel. “Telesno čutim večnost,” je govorila in se mi pri tem tako nasmihala, da sem s težavo obsedel na stolu. “Veš, kaj to pomeni?” me je spraševala in se sklanjala k meni, da sem z njenega lepega obraza lahko s pogledom zdrsel za njeno srajčko skoraj do bradavičk.
Vse, kar mi je v spominu ostalo iz tega obdobja, je bilo moje prihajanje k njej in odhajanje od nje. Svet in moje življenje sta bila prozorna in nepotrebna, kadar nisem bil z njo.
Nekega dne se je najin pogovor zavlekel do večera. Ko se je, preden sem nameraval oditi, sklonila proti meni in sem videl rahle nihaje njenih prsi, se nisem mogel več premigati. Objel sem jo in ji z roko počasi zdrsel za srajčko. Dotaknil sem se njene bradavičke, ki je bila trda in hrapava in me je požgečkala po prstu. Ni se branila, tako mehko in nežno se je prepuščala, da sem se spraševal, če se je dotikam v resnici ali le v svojih predstavah. Vstal sem in jo odnesel proti postelji. Potem sem jo počasi slekel in se z obrazom naslonil na njeno hladko kožo. Pobožala me je in mi začela odpenjati gumbe. Ljubila sva se dolgo, pozno v noč.
“Zdaj pojdi,” je rekla, ko sva končala. Oblekel sem se, prijela me je za roko in odpeljala proti vratom. Premaknila je zapah in me spustila. Pod jezikom so se mi nabrale besede za vprašanje. Poljubila me je na lice in odprla vrata. Ko sem stopal skoznje, sem v prašnem zrcalu ob vratih videl njen smehljaj. Potem sem stopil v prazno. In padel. Za seboj sem zaslišal mehek tlesk vrat. S hrbtom navzdol sem padal v globino in gledal v nebo, polno zvezd. Zaslišal sem pok, kot da bi se nekje v bližini zlomilo ptičje krilo. In v zraku sem za hip začutil občutek večnosti. In...

(1989)

Vir: "Čas kratke zgodbe. Antologija slovenske kratke zgodbe"; red. Tomo Virk, Beletrina, Ljubljana 1998, s. 191-199.