Jani Virk: Miłość w powietrzu (fragmenty)

IV Marzec

Jest jedenasta rano, opróżniłem pół szklanki tequili, zmieszanej z sokiem z cytryny, siedzę w pokoju gościnnym i zmieniam dolną strunę e w mojej gitarze elektrycznej Paul Red Smith. Od rana, od kiedy odprowadziłem Ulę do szkoły i wróciłem do domu, ćwiczę Samba i ty Santany. Nie idzie mi, na uszach mam słuchawki, wzmacniacz jest tej samej marki co ten ze studia, w którym Santana nagrał kawałek, wszystkie tony gram dokładnie tak, jak są zapisane w nutach i odegrałem je już niezliczoną ilość razy, ale brzmienie i rytm gitarowego solo w pewnym miejscu, które wciąż powtarzam, różni się od oryginału i doprowadza mnie do rozpaczy. Nie mogę ustalić, czy przy dociskaniu struny i przesunięciu po gryfie gitary jestem na poziomie tonów o tysięczną sekundy za szybki czy się spóźniam, o setną milimetra za wysoko czy za nisko, wydaje mi się, że mógłbym je grać w nieskończoność, a i tak mi nie wyjdzie.
Myślałem, że mogę odegrać cały kawałek dokładnie do ostatniego tonu i prostodusznie grałem go tak przez lata; dopiero kiedy wczoraj wieczorem po długim czasie uważnie przesłuchałem cały oryginalny Samba i ty, stało się dla mnie jasne, że najwyraźniej nigdy nie przesłuchałem części tej solówki na tyle skupiony, żeby usłyszeć, jak jestem od niego daleko. Gdzieś w środku czwartej minuty wyrzuca mnie, nieodwołalnie gubię rytm i później co najmniej przez dziesięć tonów nie chwytam go w odpowiednim tempie. Dwie godziny starałem się ze słuchawkami na uszach po dociśnięciu struny e na siedemnastym polu chwycić wstęp do Santany, dopóki struna nagle nie pękła i zawibrowała w powietrzu jak przecięty wąż, który ostatni raz błyskawicznie świśnie w powietrze i później nieruchomo upada.
Rzecz będzie miała konsekwencje, myślę upojony alkoholem, każdy człowiek ma w sobie swój wewnętrzny metronom, którym mierzy naturalny porządek rzeczy, ich zgodność z kosmosem i sprawdza kosmiczną równowagę. Dla mnie jest to suita wiolonczelowa 4 Bacha, Samba i ty Santany, wersy Strnišy z utworu Kosmos, które znam na pamięć o każdej porze, trzeźwy czy pijany, czujny czy we śnie, żywy czy martwy, „kosmos – oto mój świat, jak własną kieszeń go znam, kosmos – o tak, kiedyś jeszcze wybiorę się tam”, i Pieśń jeźdźca Lorci, w której nigdy, nigdy nie dotrzesz do Cordoby, nawet jeśli przeczytasz wiersz niezliczoną ilość razy. Jeśli ktoś może w nich zmienić tony i słowa, rozmyślam pijany i nalewam sobie kolejną szklankę tequili z sokiem z cytryny, to znaczy, że już nic nie jest pewne, że upadło wszystko, co tworzyło podstawy świata, wszystko, co gwarantowało jego trwałość, znaczy, że równowaga nie została zachwiana i jasne jest, dokąd to doprowadzi: poruszanie i dźwięczenie kosmicznych strun z czasem się zatrzyma i rozerwie się jak moja struna e i ze wszystkiego pozostanie tylko jeden wielki cmentarz umierających syczących węży, nieruchomych metalowych zwojów bez rezonansu, rozłożonych bełkotliwych sylab słów, wszystko razem będzie łatwym łupem wszechobecnych czarnych dziur, które kiedyś, tak czy inaczej, wszystko w siebie wciągną. I wszędzie panować będzie chłód, nieznośny lodowy mróz bez śladu stopy człowieka, bez przepoconej skóry zakochanych, bez milionów oczekujących dziecięcych spojrzeń w jakąś przyszłość, której nigdy nie będzie.
Kiedy przed laty na pokładzie kosmicznej sondy Voyager I wysłali w gwiazdy wraz z jakimiś innymi ludzkimi rzeczami nagranie Johnny B. Goode Barry'ego, popełnili błąd, o tym jestem już od dawna przekonany. We kosmosie nie ma istot, które tańczyłyby przy starym więźniu Chucku. Nie mam nic przeciw niemu, ale istoty pozaziemskie lepiej by nas zrozumiały, gdybyśmy im rozesłali Kosmos Strnišy i Samba i ty Santany, gdyby tak zrobiono, na pewno już dawno przybyliby nas przywitać z góry czy z dołu, czy jakkolwiek obrócisz tę naszą całkiem osamotnioną ziemię. Co lepiej unaocznia odpowiedź na bezkresną ciszę kosmosu, rozmyślam podczas obracania przycisku gitary i strojenia nowej struny, kto mógłby lepiej opisać wielki i ciepły smutek człowieka, który siedzi na tylnych łapach i delikatnym głosem wzywa pana, którego nigdzie nie ma, jego przemijający, pulsujący, opuszczony jak zapomniana latarnia punkt świadomości i nadziei, rozrzuconych po nieskończonych przestrzeniach ciemności, jeśli nie Santana albo Strniša?
Ponownie wypijam łyk tequili, wzdrygam się od ostrego taniego alkoholu, który jest wmieszany w zaczyn tequili i obrzydliwie podchodzi mi z powrotem do gardła. Myślę, że powinienem wyjechać do Meksyku, jeśli bym chciał dostać prawdziwą tequilę ze stuprocentowej agawy i gdybym naprawdę chciał zrozumieć rytm Santany. Tak, powinienem wyjechać do Meksyku, włóczyć się po opuszczonych płaskowyżach, pośród kaktusów, po dżungli Chiapas, pośród Indian, chodzić po ich pustyniach, żeby kurz zatkał mi kanały słuchowe, i żebym mógł je otworzyć dopiero prawdziwą tequilą z Jalisca, a nie tym bełtem, który kupiłem w tanim lublańskim hipermarkecie. Zamiast patrzeć przez okno w szary zimowy dzień nad dachami domów, w śnieg, poczerniały od dymu i smogu i Bóg wie czego jeszcze, siedziałbym na werandzie jakiegoś małego pensjonatu w jakimś meksykańskim miasteczku, o którym nikt nie wie, i gapił się na opuszczony rynek, po którym wałęsa się chudy pies, przez który tu i tam przemknie dziecko z piłką albo powoli kołyszącym krokiem przejdzie kobieta w czerni, z którego w bezczasowe powietrze podnosi się kurz, w który czasem wdzierają się dźwięki mariachi, zapach potu, krwi, miłosnego drgania dwóch, stu, tysięcy ciał, zapach rozpaczliwej nicości, wszechobecnej śmierci, obwieszonej bujnymi ozdobami życia.
Ale nie, nie jestem w Meksyku, siedzę w szarym bloku na obrzeżach Lublany na krawędzi kanapy i stroję gitarę, podczas brzęczenia struny, która chwyta właściwą frekwencję, ostro dzwoni dzwonek i zakłóca mój spokój.
Listonosz, myślę, kurde. Nie uśmiecha mi się wstawać, jestem rozdrażniony bezskutecznym nagrywaniem Santany, roztrzęsiony nędzną imitacją tequili, człowiek nie zjawia się w odpowiednim momencie, myślę z niezadowoleniem, chyba że ma w torbie przygotowaną pocztę z wiadomością, że wygrałem milion euro. Kurde, powtarzam, kiedy ostry dźwięk już drugi raz w ciągu kilku sekund bezwzględnie wdziera się w moje rozdrażnione kanały słuchowe, kurde, mruczę w kierunku drzwi i czuję, jak wzrasta we mnie instynktowna krwiożerczość źle oswojonego psa, któremu swędzenie w zębach przypomina zakrwawione kawałki mięsa, wyrwane z żywego ciała i którego teraz niepowstrzymanie ciągnie ku listonoszowi, bo w nieodpowiednim momencie nadepnął na delikatny nerw jego instynktu.
Powstrzymuję się, czekam, aż dzwonienie opuści moją głowę, ponownie uderzam w strunę e i jeszcze zanim jej dźwięk dociera do moich uszu, w pomieszczeniu znów rozchodzi się ostre, natrętne dzwonienie.
Znam ten uparty sposób, człowiek, który zadzwonił, nie zrezygnuje, odkładam gitarę, wstaję i podchodzę do drzwi. Kiedy chwytam za klamkę, ponownie ostro dzwoni, nerwowo i szybko przekręcam zamek i gwałtownie otwieram drzwi. Na zewnątrz w czerwonym dresie adidasa z białymi podłużnymi paskami na bokach rękawów i spodni stoi moja sąsiadka z góry, Zala, przygryza wargę, jakby była zakłopotana, i jakby ją trochę bawił mój nieuporządkowany wygląd albo Bóg wie co na mojej twarzy.
O, mówię, to ty.
O, mówi, to ja, jak zgadłeś?
Czeka, aż się uśmiechnę, zaśmieję czy jak to nazwać.
Przeszkadzam ci, masz gości? kontynuuje, kiedy bez słów gapię się w nią.
Nie, jestem sam, mówię.
Znasz się trochę na technice? kontynuuje po chwili ciszy, w której stara się dojść, co jest ze mną nie tak, wywaliło mi korek.
Patrzę na nią i staram się sprzedać trzeźwy widok, wzrok wędruje mi ku górnej części jej dresu, ku zamkowi, którym najwyraźniej w pośpiechu przycięła sobie jedwabną piżamę.
Coś nie tak? pyta.
Kiwam przecząco. Nie znam się na technice, mówię, ale korek mogę ci wymienić.
Na potwierdzenie moich słów kiwam i patrzę na nią, jakby to było wszystko i teraz może uspokojona odejść. Nie wiem, jak jej wyjaśnić, że mam problem z chwytaniem równowagi i ukrywam, że za dużo wypiłem, za dużo jak na tę wczesną porę, za dużo jak dla mnie.
Pracuję przy komputerze, mówi, mógłbyś wymienić go teraz... jutro muszę oddać tekst.
Kurde, myślę, ledwo stoję, potrzebuję spokoju, mogłaby poczekać na swojego reżysera, rozmyślam i niezdecydowanie kiwam. Jean jest w Kolumbii, z teatrem, inaczej bym ci nie przeszkadzała, mówi. W zwojach mózgowych, rozmiękczonych od alkoholu, na ekran świadomości wciska mi się strach, że kobieta czyta moje myśli, kurde, mówię sobie, trzeba powstrzymać napływ wyobrażeń o jej ciepłej bieliźnie pod jedwabną piżamą i jeszcze cieplejszej skórze pod jej bielizną, trzeba będzie uważać, żeby pożądanie, które nagle zaczęło o wiele mocniej niż cała wypita tequila rozchodzić mi się po instalacji moich nerwów, nie zalała całkiem wyobraźni i języka.
Masz jakiś bezpiecznik, pytam mizernie, jakby mi się nie chciało z nią rozmawiać i nią zajmować.
Nie mam pojęcia, odpowiada, chyba nie. Mam iść do sklepu?
Nie trzeba, odpowiadam i z wysiłkiem grzecznie się uśmiecham. Poczekaj ma mnie, przyjdę za dziesięć minut, ociężale mówię przez krążącą spiralę tequili paraliżującą mój język i zamykam drzwi. Idę do łazienki, nad umywalką odkręcam zimną wodę i piję, staram się skierować myślami w najsłabsze części ciała potok zbawiennego płynu pochodzącego z podziemnego zbiornika pod bagnem, wypełnionego chłodną stuletnią, tysiącletnią, prastarą wodą i uszlachetnionego całkiem świeżym przeczyszczonym moczem i pestycydami, wyobrażam sobie, jak woda pełznie po moich żyłach i wypłukuje z nich zasuszone kłęby tequili w żrących kroplach sztucznego alkoholu i zabiera ze sobą to świństwo, które mnie zwala z nóg od środka, czoło mam oparte o chłodną ceramikę i piję, dopóki nie zacznie mi wyrzucać wody z powrotem z ust i odprowadzać ją rurami w dół, w odpływy, w kanały, w nowy cykl przeczyszczania, zbierania i podnoszenia w kierunku wysuszonych ludzkich ciał. Kiedy idę pod prysznic, przeszywa mnie absurdalna myśl, że ktoś powinien nakręcić film o wyciągniętym oku, które krąży po tym ukrytym ciemnym wodnym obiegu. Biorę prysznic i wlokę się po ubranie, na chwilę położę się do łóżka, mówię sobie, tylko na chwilkę zamknę oczy, mówię sobie przyjaźnie, sam sobie nagle bardzo bliski i przychylny, rozpięty między rozumującego anioła stróża mojej bezradności i tępe nieposłuszne ośle ciało, wchodzę pod kołdrę i zasypiam jak kamień. Po pół godzinie budzę się cały przepocony, rozmiękczony i ściśnięty, jakby mnie za szyję ścisnęła wszechogarniająca, jednak całkiem moja śmierć, i wpuściła do ciała poczucie bezgranicznej pustki, w której już nie ma żadnego ciała i ludzkiego wspomnienia, przede wszystkim mojego. Mniej więcej tak czułoby się wołowe udo na haku w rzeźni, gdyby mogło zaznawać w zwierciadle jakiejś mięsnej świadomości, rozmyślam, skrajnym trudem woli zmuszam się, aby wstać i uwolnić się od chorobliwego uczucia rozpadu. Skrapiam się kombinacją perfum i wody po goleniu, wciągam ubranie i sprawdzam swoją równowagę, czuję, że upojenie zniknęło ze mnie, że je odespałem i oprócz zasuszonych śladów alkoholu w mózgu i wszechobecnego panicznego strachu wszystko ze mną w porządku. Teraz nie pragnę już spokoju, z szafy w przedpokoju biorę komplet bezpieczników i prędko opuszczam mieszkanie. Uświadamiam sobie, że jestem śmieszny w swoim pośpiechu, dziecięcy w swoim lęku, że mojej sąsiadce z góry znudziło się czekanie i w tym czasie poszukała pomocy u kogoś innego, dokładnie nade mną przesuwa się wszechwidzące oko jak kamera pod sufitem studia filmowego i niemiłosiernie mnie obnaża, drwię ze swoich własnych kroków, to i tak lepiej, że śmieję się sam z siebie, niż gdybym się sam siebie bał, myślę.
Dwa piętra wyżej Zala właśnie wychodzi z mieszkania, zamyka drzwi i z pedantycznie umalowaną, ale chłodną i ponurą twarzą obserwuje moje szybkie nadejście. Już z daleka macham jej bezpiecznikami, jeden z nich na pewno będzie odpowiedni, wyjaśniam prostodusznie, jakbym przychodził dokładnie o umówionym czasie, a nie prawie pół godziny później. Ledwo je znalazłem, dodaję, kiedy już jestem u góry na jej piętrze, możesz sobie wyobrazić, w jakim chaosie znajdują się mieszkania mężczyzn, którzy mieszkają bez kobiet, staram się zażartować.
Patrzy na mnie powściągliwie&wściekle, jasne jest, że nie wierzy w moje słowa i rozmyśla, jak ma zareagować na moje spóźnione przyjście. Nieprzerwanie trzyma klucz na wpół zamkniętych drzwi i najwyraźniej sprawdza pod swoją nieruchomą twarzą, co ma pomyśleć o człowieku, z powodu którego musiała swój drogocenny czas zamiast na pisanie recenzji o ostatniej książce zniesławionego lokalnego psychoanalityka przeznaczyć na makijaż.
Gdybym był jej mężem, chłopakiem albo kochankiem, wyrzuciłaby mnie, myślę, kiedy z całkiem bliska mogę obserwować jej zastygłe, wściekłe, zaciśnięte, pociągające wargi. Spieprzaj, stary, ogłaszają mi bez słów, jak możesz pozwolić tak długo czekać takiej kobiecie, jaką jestem ja. Nie widzisz, ile musi na sobie zmienić taka ładna dziewczyna, żeby w ogóle się wybrać między ludzi, chociażby tylko do sklepu po bezpiecznik? Wiesz w ogóle, ile to zajmuje czasu?
Nie mogłem wcześniej, prostodusznie odpowiadam na jej gadatliwo niemą ripostę, zasnąłem, kontynuuję później wprost i stanowczo przerywam jej srogi bezruch, który do nikąd nie prowadzi. Brzmi śmiesznie, ale zdarza się. Nie ma co ukrywać, zanim przyszłaś zadzwonić, wypiłem pół litra tequili, a później mnie wzięło, prawda? Gdybym ćwiczył codziennie, pewnie by do tego nie doszło, dodaję.
Czuję się trochę głupio, przychodzę pomóc kobiecie, a jeszcze muszę się jej tłumaczyć, żeby mi w ogóle pozwoliła zmienić bezpiecznik, stoję przed nią jak jakiś nieporadny nastolatek, który po raz pierwszy widzi z bliska wystrojoną kobietę, która nie jest mamą, i już tylko moją skromną obecnością błagam ją o wybaczanie, w głupi, niezgrabny sposób pozwalam wepchnąć się w podległą rolę kochanka z wyrzutami sumienia, chociaż między nami nie ma nic, oprócz trzech albo czterech przedpołudniowych rozmów przy kawie w jej mieszkaniu o wszystkich możliwych bzdurach, o feministycznych autorkach, o problemach współczesnego teatru we współczesnym świecie i problemach jej męża we współczesnym teatrze, o jej ulubionych filozofach Spinozie&Lacanie, o psychoanalitycznych powodach artystycznych wzlotów i podobnych gadatliwych terapiach, które w rzeczywistości nawet w najmniejszym stopniu mnie nie interesują, co nie znaczy, że z określonych, całkiem namacalnych powodów, nie pragnąłem kontynuować takich rozmów.
Wydaje mi się, że moim szczerym słowom wierzy dokładnie w tak małej mierze jak moim kłamstwom przed nimi, milcząc przekręca zamek i otwiera drzwi. Z prawdą jest problem, myślę, całkiem nieważne jest, co jest prawdą, liczy się tylko to, jak twoje słowa wpływają na człowieka i jak bardzo mogą go w ogóle przekonać.
W dwóch ruchach wymieniam bezpiecznik, Zala w tym czasie znika gdzieś we wnętrzu mieszkania. Waham się, nie wiem, co się dzieje z kobietą, nie podoba mi się zabawa w chowanego, jestem za stary na takie gry, właściwie najchętniej bym wyszedł i tak też robię. Kiedy zamykam drzwi, na tyle głośno, że musiała usłyszeć, po kilku chwilach znów się otwierają, a powietrze przeszywa jej wściekły i jednocześnie niepewny głos, który wzywa mnie z powrotem.
Gdzie ci się tak spieszy, kawa na ciebie czeka, chociaż już jest zimna, mówi, kiedy wchodzę za nią z powrotem do mieszkania. W pokoju gościnnym sadza mnie w fotelu i później nerwowo kręci się wokół komputera, co chwilę uderzając wściekle palcami po klawiaturze i klnie. Popatrz, wcięło mi pół strony tekstu, syczy, pieprzona elektryka, pieprzony komputer, mówi do mnie teraz jeszcze bardziej poufale. Przeklinanie do niej pasuje, podoba mi się ten kontrast, brzydkie słowa pasują do jej ładnych, pełnych, wrażliwych warg i do jej umalowanej twarzy, wszystko razem działa jakoś tak, jakby była zadbaną modelką w bieliźnie z katalogu C&A, w ustach cygaro, murzyński palec albo coś podobnego.
Tak czy inaczej, dziękuję, że przyszedłeś wymienić bezpiecznik, kontynuuje, w międzyczasie dzwoniłam do Jeana do Kolumbii, ale nie odebrał.
Pewnie śpi, nie? mówię spokojnie, albo gdzieś z jakimiś miejscowymi trochę wciąga, nie? W końcu Kolumbia, dorzucam.
Jakaś dziura w Kolumbii, dodaje w moim kierunku i uśmiecha się swoimi błyszczącymi, białymi zębami. Tam być może jest wszystko od Marqueza do zasranej zabójczej narkomafii, tylko nie to, żeby Jean tam wciągał.
No dobra, nie wciąga, odpowiadam. W takim razie robi coś innego, odpuszczam, nie miałem na myśli nic szczególnego.
Co przez to rozumiesz, mówi, do czego zmierzasz? wwierca się we mnie słowami.
Nic, mówię. Niekiedy słowa znaczą tylko to, co mówisz i nic się za nimi nie kryje, ok?
Rusza się od komputera, nagle wstaje i podchodzi do kanapy obok mojego fotela, bierze ze stołu pudełko papierosów i zapala jednego.
Za słowami zawsze się coś kryje, mówi mi głosem, który nie znosi kompromisu i bez ruchu spogląda na mnie. Poczytaj Freuda albo Lacana albo mojego promotora Kolara z wydziału, prawdziwe znaczenie kryje się w nieświadomym, związane jest z libidalną ekonomią i popędem śmierci.
Patrzę na nią tak samo bez ruchu, jak ona na mnie, w ogóle nie staram się zrozumieć, o czym mówi, nie mam ani ochoty ani koncentracji, żeby rozwikływać jej dyskursywne mądrości, zbyt wymagające jak na przedpołudniową godzinę, właściwie, przynajmniej dla mnie, zbyt wymagające jak na jakąkolwiek godzinę dnia.
Tak czy inaczej do niczego nie zmierzałem, powtarzam i ostrożnie ją obserwuję. Podoba mi się pedagogiczny żar w jej oczach, stanowcza wierność nauczonej teorii. Zamiast postępować z nim mądrze, postępuje sexy i bezkompromisowo, na jej twarzy nie ma nawet cienia wątpliwości, z jednakowo ślepą wiarą, jakby któraś z osobistych strażniczek Kadafiego bez baczenia na cenę własnego ciała złapała zabójczą kulę, tak ona bez baczenia na cenę własnego ciała złapała błędne teorie i przez swoje sexy&wilgotne wargi skierowała w kierunku jedynej właściwej, wystudiowanej prawdy, bez żadnego kompromisu.
Jean nie robi nic z tych rzeczy, o których myślisz, mówi powoli z akcentem, ostateczność swoich słów potwierdzając półokrągłym ruchem palców, a następnie z zadowoleniem wypuszcza w powietrze kółeczko dymu.
Naprawdę jej Jean w ogóle mnie nie interesuje, co robi i czego nie robi, jego naga obecność w bambusowej ramie na ich wspólnej lennonowej fotografii całkowicie mi wystarcza i jeszcze mi za dużo, jego nagie, chudawe, porośnięte ciało z kościstymi członkami niczym mnie nie podnieca, jedyne, co mnie przeszywa w związku z nim to zawistne zdziwienie, co przy tym nudnym, nieinteresującym zjawisku i chorowitej postaci na fotografii a także w realnym życiu robi taka ładna i sexy kobieta.
No więc robi coś, o czym nie myślę, czego sobie nie wyobrażam, co się kryje z tyłu, mówię i na znak kapitulacji pojednawczo rozkładam ręce.
Kryje z tyłu... mówi powoli i kąśliwie. Masz na myśli homoseksualność? nie przestaje i świdruje mnie swoim wzrokiem.
Czuję się, jakby wysyłała we mnie sondę z przebranymi policjantkami, które bateriami świecą we wnętrze moich zwojów mózgowych i na stole operacyjnym przestarzałych pojęć sprawdzają źródło moich poglądów.
Kiwam przecząco i bez słów obserwuję jej rozdrażniony&agresywny wyraz, który sprawia tylko, że jest jeszcze bardziej pociągająca, który za jej umalowaną twarzą na krawędzi słodkiego kiczu i bezpłciowego baroku odkrywa powstrzymany wulkan bezwstydnej, erotycznej energii.
Milczę, uderzam palcami po gładkim oparciu fotela i bawię się zgadywaniem, jak długo wytrzyma bez słów.
Kiedy pracuję, jestem spięta, Zala mówi jakieś niepotrzebne wyjaśnienie, wszystko mnie denerwuje.
Zrozumiałe, mamroczę bez żadnego akcentu w niekreślonym kierunku, żeby z moich słów nie powstała znów jakaś całkiem inna projekcja w jej głowie.
Nie masz pojęcia, ilu ludzi tylko czeka, żeby odkryć cokolwiek, na co mogliby nawlec swoją zawiść, kontynuuje pokazując ręką z powrotem w kierunku komputera. W moich tekstach musi być każda definicja, każde spojrzenie, każdy przecinek.
Kiwam twierdząco, jakbym rozumiał, chociaż nie wiem dokładnie, co chce mi powiedzieć.
Wszyscy myślą, że śpię ze swoim promotorem, wyrzuca niespokojnie w moim kierunku podczas wściekłego gaszenia niedopałka papierosa w popielniczce.
Wzruszam ramionami, rzecz byłaby właściwie całkiem zwyczajna, jednak nawet nie wiem, kto jest jej promotorem i jak widać, nie mam jej nic mądrego do powiedzenia.
Patrzy na mnie, uważnie i już nie tak zimno, czeka na moją odpowiedź, czeka, aż wyjdę jej naprzeciw. Wydaje mi się, że zastanawia się, czy w ogóle jej słucham.
A ty z nim nie sypiasz, rzucam, aby oddalić jej wątpliwość i przerywam ciszę, ale powiedzmy tylko go uwielbiasz. Fascynuje cię jego intelekt, oczytanie i to, że mimo różnicy wieku właściwie chciałby z tobą sypiać, rozgaduję się, przeskakuję kilka stopni jej spowiedzi i trafiam ją prosto w jej kobiecą próżność.
Skąd wiesz? Przesiada się, dalej niepewnie się waha i nierówno z przyjemnością wciąga w siebie dym, aż przez jej usta turla się wilgotny dźwięk, jakby odkurzacz z kąta przepełnionej łazienki wciągnął do rur kawałki podartego listu miłosnego albo pogniecionego przekazu pocztowego.
Nie wiem, zgaduję, mówię prostodusznie, studentki zazwyczaj uwielbiają swoich promotorów, albo ich nienawidzą, innej możliwości chyba nie ma.
Uśmiecha się, kiwa przecząco głową, jednak nic nie odpowiada. Wstaje i z barku bierze butelkę koniaku i dwa kieliszki. Nalewa, wznosimy toast, wypija swój koniak w sekundę, kiedy odkładam swój niewypity na stolik, wypija go też.
Później rozgaduje się o tym swoim promotorze, o jego żonie i dorosłej córce, malarce, którą poznała przed laty na jakiejś zabawie studenckiej. Wdała się z nią w związek miłosny, który trwał kilka miesięcy. To było oczywiście jeszcze zanim poznała Jeana, kiedy jeszcze nie wiedziała, czy bardziej jej pasuje życie z kobietą czy z mężczyzną, kiedy jeszcze nie wiedziała, jak mi wyjaśnia z prawie nienawistną srogością, gdzie łatwiej schroniłaby swoje ciało.
Mogłabym wybrać innego promotora, mówi powoli wydmuchując dym papierosa, ale oczywiście podświadomie ciągnęło mnie do niego, ojca mojej niegdysiejszej partnerki, mojej drugiej kobiecej połówki. Wydaje ci się, że jest w tym coś kazirodczego?
W stosunku młodych kobiet do starszych mężczyzn zawsze jest coś kazirodczego, rzucam.
Skąd wiesz, czytałeś Lacana, pyta z głową lekko odchyloną w bok i uwodzicielsko wydętymi wargami po nowym kieliszku koniaku.
Uważnie oglądam jej wargi i zęby, dopiero teraz zauważam, że na jednym z nich, na czwórce albo piątce, błyszczy się mała wygrawerowana gwiazdka.
Tak, Lacana mam w nocnej szafce, mówię prostodusznie, ale żeby zrozumieć starszych mężczyzn i to, że są pociągający dla młodych kobiet, nie trzeba czytać właśnie Lacana.
Hej, właśnie czytasz Lacana! Krzyczy, jakby to rozwiało jej wszystkie wątpliwości co do mnie i uśmiecha się, nalewa sobie nowy koniak, wznosi toast i od razu go wypija.
W nudnym blokowisku trafiam na sąsiada, który czyta Lacana, powtarza entuzjastycznie, kurwa, ale fajnie.
Nie mówię jej, że Lacana właściwie nie czytam, że nawet go jeszcze nie otworzyłem, jak też nie otworzyłem nawet Rozprawy o Bogu, człowieku i jego szczęściu Spinozy. Obu dopiero przywlokłem sobie z biblioteki, bo nasze rozmowy podczas kawy u góry w jej mieszkaniu zazwyczaj kończyły się jej przemowami o doktoracie, który pisze, a następnie o Spinozie, Freudzie i jego francuskich interpretatorach. Nie pożyczyłem ich sobie z powodu jakiegoś kryzysu rozwodnika w późnej czterdziestce, którego trwałe następstwa małżeńskiej katastrofy doprowadziły do zainteresowania podstawowymi bardziej lub mniej filozoficznymi pytaniami o sens życia, tylko dlatego, żebym mógł kiedyś Zalę zaskoczyć jakimś zdaniem z Lacana i Spinozy, ale w rzeczywistości nie miałem później ani czasu ani ochoty, żeby ich otworzyć i zostawiłem ich nietkniętych, leżących na nocnej szafce.
Między nami, Spinozę może kiedyś otworzę, Lacana na pewno nie, jakaś histeryczna austriacka aktorka obrzydziła mi go dokładnie pod koniec tego dnia, kiedy pożyczyłem go sobie w bibliotece, jeszcze zanim zdołałem go w spokoju przekartkować. Renata w środku lutego zaciągnęła mnie na gościnne przedstawienie wiedeńskiego Burgtheatru, bo jej wiolonczelista był na jednym ze swoich muzycznych tournee w Zagrzebiu, Puli, Grazu, albo gdzie jeszcze, i męcząc się dwie godziny musiałem oglądać&słuchać niezrozumiałego bełkotu podstarzałej austriackiej aktorki, która miała, jak o niezrozumiałym bełkocie na scenie głosił program teatralny, bezpośrednio odwoływać się do Lacanowej teorii kazirodztwa. Nawet jeśli w tej chwili, ponad trzy tygodnie po przedstawieniu, tylko pomyślę o chorobliwym&głupim&chorym bełkocie na scenie bez ładu i składu, o infantylnej filozoficznej tandecie, robi mi się niedobrze, i boję się, że jeszcze jakiś czas będzie mi niedobrze już na samo wspomnienie Lacana, chociaż na pewno nie jest winny bezsensownemu bełkotaniu bez jakiejkolwiek logicznej podstawy, które za jego plecami gadatliwie i nudnie nawijała histeryczna austriacka aktorka, której jeszcze przy tym wszystkim przed laty, najwyraźniej dla uspokojenia jej nerwów albo z jakiegoś podobnego powodu terapeutycznego, przyznano nagrodę Nobla. Całe szczęście, że zajmuję się muzyką, nieustannie rozmyślałem podczas przedstawienia i obserwowałem zmieszane twarze Renaty i innych ofiar tanich głupot, którymi w języku austriackim rzucano w nas ze sceny, całe szczęście, że już od lat nie chodzę do teatru i w przyszłości też nie będę musiał.
Pytanie, kiedy po tym nieszczęsnym&nudnym wieczorze Renata znów odważy się zaprosić mnie na którąś ze swoich niemieckich kulturalnych przedstawień. Schrecklich i po kilku chwilach straszne były jednymi słowami, które zdołała po zakończeniu przedstawienia cała blada z siebie wydusić, i kiedy później dotarliśmy do jej mieszkania, żeby wykorzystać nieobecność jej Valtera, byliśmy od nudnych teatralnych wulgarności modnej aktorki najwyraźniej tak rozbici&obnażeni, że jedno drugiego nie odważyło się dotknąć.
Erotyka i współczesny teatr najwyraźniej nie idą w parze, rozmyślałem, kiedy wychodziłem od Renaty i tak samo rozmyślam także teraz, kiedy na półce, na fotografii, obserwuję nagiego artystycznego teatralnego Jeana Zali. Nie mogę nie zauważyć tego, że w bambusowej ramce czuć więcej życia niż w jego kościstych podłużnych członkach, włącznie z jego niezainteresowanym ptaszkiem, który wiotko wisi gdzieś z dala od soczystych ud Zali i jej lekko wydętego, sexy brzuszka.
Co tak mrocznie patrzysz, pyta, kiedy zauważa kierunek mojego spojrzenia, co ci się we mnie nie podoba?
Wszystko mi się w niej podoba, rozmyślam ze wzrokiem utkwionym w fotografię, chociaż nie ma na sobie niczego, to jednak nie śmiem jej tego powiedzieć, właściwie jest, jeśli chodzi o figurę, całkowicie w moim typie, bardziej mała niż duża, bardziej ładnie zaokrąglona niż chuda, ani trochę chłodno elegancka, zawinięta w miękkie warstwy ciepłej erotycznej energii.
Staram się zgadnąć, ile wzrostu ma twój facet, kłamię, na pewno ma metr osiemdziesiąt pięć, prawda?
A więc chcesz powiedzieć, że wydaję ci się mała, mówi i nalewa sobie nowy kieliszek koniaku.
Uśmiecham się i zabieram butelkę ze stołu, na podłogę obok mojego fotela. Kto twierdzi, że jesteś mała? mówię. O tobie w ogóle nie rozmyślam w aspektach fizycznych, ponownie kłamię, wydajesz mi się interesująca mentalnie, wy, intelektualistki, jesteście ogólnie interesujące, bo nie jest tak łatwo was zrozumieć, dodaję.
W rzeczywistości intelektualistki zawsze mnie nudziły, jak zapewne ja nudziłem je jeszcze bardziej, unikałem nich, o ile tylko mogłem, nic z tych rzeczy, które starały mi się wyjaśnić w czasie moich studiów i podczas rzadkich spotkań w późniejszym życiu, mnie nie chwyciło; w ogóle mnie nie dotknęło, było wyuczone, zawikłane i sztuczne, nie miało żadnego zapachu zwyczajnego życia, żadnego zapachu seksu, miłości, ciepła, dzieci, przyrody, życia, kosmicznych przestrzeni, niczego, co mnie wówczas interesowało. Przy intelektualistkach jeszcze dzisiaj czasem nachodzi mnie absurdalna myśl, że negują jakikolwiek związek z męskim ciałem, że męskim mózgom pozwoliłyby, żeby robiły z nimi właściwie cokolwiek. Jakaś przenikliwa psychoanalityk mojej postawy pewnie przypisałaby to strachowi niepewnego samca przed zbyt silną samicą, prymitywnej bojaźni myśliwego, że ostrze kobiecego intelektu skruszy mu broń, w gardle zamiast walecznego krzyku umiejscowi bojaźliwy bełkot i tego typu bzdurom. Prawdą jest też, że wszystko jest możliwe, ale, jeśli dla wszystkich innych kobiet ta teoria mogła obowiązywać, teraz przy Zali upadała. Nie boję się jej mądrego mówienia, pozwalam, aby udowadniała przewagę swojego oczytania nad moim i aby mi wyjaśniała rzeczy za pomocą zawikłanego aparatu pojęć, nie żebym miał się przy tym źle czuć, bo jej nie rozumiem, bo nawet się nie staram, żeby ją zrozumieć, przy tym wszystkim po prostu podoba mi się jako kobieta i wydaje mi się, że mogłoby mi z nią być dobrze w łóżku albo na jakimś innym podłożu do kochania.
Co myślisz o reprodukcji, zaskakuje mnie jej pytanie podczas moich rozmyślań. Pochyla się, bezwstydnie wydymając wargi patrzy mi w oczy i wyciąga rękę w kierunku butelki koniaku na podłodze przy moim fotelu. Chwytam ją za rękę i trzymam, mam poczucie, że jej skóra jest ciepła, wilgotna&gładka, jakby właśnie wyciągnęła ręką z morskiej wody mątwę, rybę albo dużą muszelkę.
Odruchowo rozglądam się po ścianach, wszędzie wokół, a także za siebie, nigdzie żadnych słoneczników Van Gogha, Merlinek Warholla albo kafejek Kobilcy , wszędzie wiszą jakieś japońskie, hinduskie, buddyjskie obrazki, których wartości nie potrafię określić.
Patrzę z powrotem na nią i wzruszam ramionami. Której reprodukcji? pytam.
Patrzy na mnie świdrującym wzrokiem z lekkim uśmieszkiem. Nabijasz się...? pyta. Mówię o seksie, o kopulacji, o pieprzeniu, kontynuuje po przeciągniętym, ironicznym milczeniu. Co myślisz o konsekwencjach seksu, o reprodukcji?
Na chwilę dopada mnie zakłopotanie. Śmieszne, mam już ponad czterdzieści lat, a jakaś o piętnaście lat młodsza kobieta przed południem wciąż może bezpośrednim pytaniem o seks wyprowadzić mnie z równowagi.
Ach, o seksie... odpowiadam niezdecydowanie, kiedy mija mi zakłopotanie, nie mam nic przeciw, w porządku sprawa, zbyt rozległa, mruczę i staram się być dowcipny.
Jean twierdzi, że reprodukcja jest błędem, mówi Zala mimo moich słów. Opiera się z powrotem o oparcie kanapy i kładzie nogi na stoliku. Jean mówi, kontynuuje, że reprodukcja to anormalność, bo ponawia cierpienie i tylko mnoży gówno na świecie.
Chociaż powołuje się na Jeana, w jej głosie jest liczba mnoga, mam poczucie, że sztuczny Jean, tak czy inaczej, mówi tylko to, co ona pragnie usłyszeć.
Być może ma rację, odpowiadam prostodusznie, ale przecież na świecie jest też jeszcze coś innego oprócz gówna, nie? staram się jej sprzeciwić.
Do tego istnieją głębsze powody, ignoruje mój pomysł podczas leniwego kociego szurania swoich palców u nóg po szklanym stoliku. Jean jest ukierunkowany bardziej ekologicznie, kontynuuje, i po raz pierwszy mam wrażenie, że w jej spowolnionym, słodkim&zgęstniałym głosie słychać bełkotanie wypitego koniaku, Jean mówi, że życie ludzi szerzy się po planecie jak pleśń i na końcu ją zadusi.
Nawet jeśli ma rację, to odległa sprawa, mówię jej, jeśli ty byś miała jakąś ładną córkę albo jakiegoś chłopczyka, to pewnie nie przyspieszyłoby to upadku świata, chyba że wychowałabyś go na jakiegoś nowego Hitlera, staram się dowcipkować i nagle całym ciałem czuję, że z przyjemnością bym jej w tym pomógł, skoro dla jej partnera to jest rzeczywiście zbędne.
Z Jeanem dużo rozmawiamy, mówi teraz tak, że staje się dla mnie jasne, że za nim tęskni i ciężko znosi dni bez niego, zgadzamy się w tym, że reprodukcja wspiera panowanie kapitału, każde dziecko, które wyślesz na świat, rodzi się jako konsument i wspiera istniejący świat globalnego kapitalizmu.
Dzieci trzeba nakarmić i ubrać, zgadzam się z nią, ale przecież nie można tylko z tego powodu zaczynać nowej rewolucji, no nie?
Wciąż jeszcze wytrwale i w sposób naturalny trzymam jej rękę, i chociaż Zala teraz pochyliła się nad stolikiem i w nieco niewygodnej pozycji drugą ręką maca w kierunku paczki papierosów, sama pozostawia rękę w mojej dłoni, jakby to była najzwyklejsza rzecz.
Dłonią przesuwam w górę i w dół po jej miękkiej, delikatnej skórze, głaszczę ją i patrzę gdzieś obok niej, jakbym był zamyślony, chociaż właściwie o niczym nie rozmyślam, tylko staram się wyczuć, jak reaguje na głaskanie.
Jeśli mam być szczery, pochylam się do przodu i szukam jej wzroku, nie rozumiem tych rzeczy związanych z reprodukcją, nie potrafię o tym rozmyślać. Ale z tobą miałbym ładną małą córeczkę, to jest to.
Delikatnie przyciągam ją do siebie, jej ręka w pewnej chwili się opiera i ucieka, później wstaje, poprawia sobie spódnicę i patrzy na mnie, jakoś dziko, bez zrozumienia, może nienawistnie. Milczy, wydaje mi się, że powiedziałem za dużo i wyrzuci mnie z mieszkania, patrzy na mnie nieruchomo z mętnym połyskiem w oczach i jednym, dwoma ruchami poprawia sobie włosy, a później powoli odpina boczny zamek spódnicy, pozwala, aby zsunęła się po jej udach na podłogę i mijając stół podchodzi do mnie.

Przekład: Tomasz Łukaszewicz

Jani Virk: Ljubezen v zraku (fragmenti)

IV Marec

Ura je enajst dopoldne, spraznil sem pol steklenice tekile, pomešane z limoninim sokom, sedim v dnevni sobi in menjavam spodnjo e-jevsko struno na svoji Paul Red Smith električni kitari. Od jutra, odkar sem spremil Ulo v šolo in se vrnil domov, vadim Samba Pa Ti od Santane. Ne gre mi, na glavi imam slušalke, ojačevalec je enake znamke kot tisti iz studia, v katerem je Santana posnel komad, vse tone igram natančno tako, kot so zapisani v notah in sem jih preigral že neštetokrat, samo zvok in ritem kitarskega sola se na nekem mestu, ki ga vedno znova ponavljam, ločita od originala in me spravljata v obup. Ne morem ugotoviti, ali sem pri zategovanju strune in prehodu naprej navzgor po vratu kitare v nizu tonov za tisočinko sekunde prepozen ali prezgoden, za stotinko milimetra previsoko ali prenizko, zdi se mi, da bi ga lahko poskusil zaigrati še neštetokrat, pa mi ne bi uspelo.
Mislil sem, da ves komad lahko zaigram natančno do zadnjega tona in sem ga prostodušno tako igral leta in leta; šele ko sem včeraj zvečer po dolgem času pozorno poslušal ves originalni Samba Pa Ti, mi je postalo jasno, da očitno nikoli nisem dovolj zbrano poslušal tega dela solaže, da bi slišal, kako oddaljen sem od njega. Nekje na sredi četrte minute me vrže ven, nepreklicno zgrešim ritem in ga potem vsaj deset tonov ne ujamem več v pravem tempu. Dve uri sem poskušal s slušalkami na ušesih po zategovanju ejevske strune na sedemnajstem polju ujeti priključek k Santani, dokler ni struna nenadoma počila in zavibrirala po zraku kot presekana kača, ki še zadnjič bliskovito švisne v zrak in potem negibno obleži.
Stvar bo imela posledice, tuhtam prepojen z alkoholom, vsak človek ima v sebi svoj notranji metronom, s katerim meri naravni red stvari, njihovo usklajenost z vesoljem in preverja kozmično ravnovesje. Zame so to Bachova violončelska suita št. 3, Santanin Samba Pa Ti, verzi Strniše iz pesmi Vesolje, ki jih znam vsak hip na pamet, trezen ali pijan, buden ali v sanjah, živ ali mrtev, »vesolje, tam sem jaz doma, poznam ga bolje kot svoj žep, na izlet bom še kdaj skočil tja«, in Lorcova Jezdečeva pesem, v kateri nikoli, nikoli ne prideš v Cordovo, pa če pesem prebereš neštetokrat. Če mi kdo v njih lahko spreminja tone in besede, tuhtam pijano in si namešam nov kozarec tekile z limoninim sokom, potem to pomeni, da ni nič več zanesljivo, da se je podrlo vse, kar je sestavljalo obstojnost sveta, vse, kar je zagotavljalo njegovo trdnost, pomeni, da se je ravnovesje porušilo in je jasno, kam bo to pripeljalo: nihanje in zvenenje kozmičnih strun se bo sčasoma ustavilo in raztrgale se bodo kot moja ejevska struna in od vsega skupaj bo ostalo eno samo veliko pokopališče umirajočih sikajočih kač, negibnih kovinskih zvitkov brez resonance, razstavljenih brbljavih zlogov besed, vse skupaj bo lahek plen vseprisotnih črnih lukenj, ki bodo nekoč tako ali tako vse posrkale vase. In vsepovsod bo vladal samo še hlad, neznosni ledeni mraz brez sledi človeške stopinje, brez prepotene kože zaljubljencev, brez milijonov pričakujočih otroških pogledov za neko prihodnost, ki je nikoli ne bo.
Ko so pred leti z vesoljsko sondo Voyager I med zvezde ob nekaterih drugih človeških stvareh poslali posnetek Berryjeve Johnny B. Goode, so naredili napako, to sem že dolgo prepričan. V vesolju ni bitij, ki bi plesala na starega zapornika Chucka. Nič nimam proti njemu, ampak nezemljani bi nas bolje razumeli, če bi jim razposlali Strniševo Vesolje in Santanin Samba Pa Ti, gotovo bi nas že zdavnaj prišli pozdravit dol ali gor, ali kakorkoli že obrneš, na to našo precej osamljeno zemljo, če bi naredili tako. Kaj lahko bolje ponazarja odgovor na brezmejno tišino vesolja, modrujem vase med obračanje kitarskega gumba in uglaševanjem nove strune, kdo bi lahko bolje opisal veliko in toplo žalost človeka, ki sedi na zadnjih tačkah in z najbolj finim glasom kliče gospodarja, ki ga ni nikjer, njegovo minljivo, utripajočo, kot pozabljen svetilnik zapuščeno pego zavesti in upanja, razmetanih po neskončnih prostranstvih teme, kot Santana ali Strniša?
Ponovno spijem za požirek tekile, strese me od rezkega cenenega alkohola, ki je primešan k osnovi tekile in se mi zoprno dviguje nazaj iz želodca. Pomislim, da bi moral odpotovati v Mehiko, če bi hotel dobiti pravo tekilo iz stoodstotne agave in če bi hotel zares razumeti ritem Santane. Ja, oditi bi moral v Mehiko, se potikati po zapuščenih planotah, med kaktusi, po pragozdu Chiapasa, med indiosi, hoditi po njenih pustinjah, da bi mi prah zatrpal sluhovode, in bi jih lahko odprl šele s pravo tekilo iz Jalisca, ne pa s tem zvarkom, ki sem ga kupil v cenenem ljubljanskem megamarketu. Namesto, da skozi okno gledam v siv zimski dan nad strehami hiš, v sneg, črnikast od dima in smoga in bogvečesa, bi moral sedeti na verandi kakšnega majhnega penziona v kakšnem izgubljenem mehiškem mestecu, za katerega ne ve nihče, in bolščati na zapuščen trg, po katerem se potika mršav pes, čez katerega tu in tam steče otrok z žogo ali se počasi zaziblje ženska v črnini, s katerega se v brezčasen zrak dviguje prah, med katerega včasih vdrejo zvoki mariačija, vonj po znoju, krvi, ljubezenskem drgnjenju dveh, stoterih, tisočerih teles, vonj po obupanem niču, po vseprisotni smrti, navešeni z bujnimi okraski življenja.
Ampak, nisem v Mehiki, v sivem bloku na obrobju Ljubljane sedim na robu kavča in uglašujem kitaro, med zvenenje strune, ki lovi pravo frekvenco, rezko zazvoni zvonec in me zmoti.
Poštar, pomislim, jebemti. Ne ljubi se mi vstati, razdražen sem od neuspešnega posnemanja Santane, razrukan od bednega ponaredka tekile, človek ne prihaja v pravem trenutku, tuhtam nejevoljno, razen, če ima v torbi priporočeno pošto z novico, da sem zadel miljon evrov. Jebemti, ponovim, ko se rezki zvok že drugič v nekaj sekundah brezobzirno zareže v moje razdražene slušne kanale, jebemti, zarenčim proti vratom in začutim, kako v meni narašča nagonska krvoločnost slabo udomačenega psa, ki ga srbečica v zobeh spominja na okrvavljene kose mesa, iztrgane iz živega telesa in ga zdaj neustavljivo vleče k poštarju, ker je v nepravem trenutku stopil na rahli živec njegovega instinkta.
Zadržim se, počakam, da mi gre zvonjenje iz glave, ponovno udarim po ejevski struni in še preden mi njen zven pride do ušes, se v prostor spet razleže zoprno, vsiljivo zvonjenje.
Poznam ta vztrajni način, človek, ki je pozvonil, ne bo odnehal, odložim kitaro, vstanem in stopim do vrat. Ko prijemljem za kljuko, ponovno rezko zazvoni, živčno in na hitro odklenem vrata in jih sunkovito odprem. Zunaj v rdeči adidasovi trenirki z belimi podolgovatimi trakovi ob straneh rokavov in hlačnic stoji moja zgornja soseda Zala, grizlja ustnico, kot da je v zadregi, in kot da ji gre malo na smeh zaradi mojega neurejenega videza ali bogve česa na mojem obrazu.
Opla, rečem, ti si.
Opla, reče, jaz sem, kako si uganil?
Čaka, da se bom nasmehnil, zasmejal ali karkoli rekel.
Te motim, imaš koga na obisku? nadaljuje, ko brez besed buljim vanjo.
Ne, sam sem, rečem.
Si kaj tehničen tip? nadaljuje po premolku, med katerim skuša ugotoviti, kaj je z mano narobe, ven mi je vrglo varovalko.
Gledam jo in poskušam prodajati trezen videz, pogled mi vleče proti zadrgi na zgornjem delu njene trenirke, s katero si je očitno v naglici preščipnila svileno pidžamo.
Kaj narobe? vpraša.
Odkimam. Nisem tehničen tip, rečem, ampak, varovalko ti vseeno lahko zamenjam.
V potrditev svojih besed prikimam in jo gledam, kot da je to vse in da zdaj lahko pomirjena odide. Ne vem, kako bi ji pojasnil, da s težavo lovim ravnotežje in skrivam, da sem preveč spil, preveč za to zgodnjo uro, preveč zame.
Nekaj delam na računalnik, reče, mislim, bi jo lahko zamenjal zdaj… jutri bi morala oddati tekst.
Jebemti, pomislim, komaj stojim, potreboval bi svoj mir, lahko bi počakala svojega režiserja, tuhtam vase in nedoločno kimam.
Žan je v Kolumbiji, s teatrom, drugače te ne bi motila, reče.
V možganskih zavojih, razrahljanih od alkohola, se mi na ekran zavesti zgnete strah, da mi ženska bere misli, jebemti, si rečem, ustaviti bo treba pritok podob o njenem toplem perilu pod svileno pidžamo in o še bolj topli koži pod njenim perilom, paziti bo treba, da mi pohota, ki je začela nenadoma še mnogo močneje kot vsa popita tekila razsajati po napeljavi mojih živcev, ne bo povsem zalila predstav in jezika.
Imaš kakšno varovalko, vprašam mizerno, kot da se mi komaj ljubi govoriti in ukvarjati z njo.
Pojma nimam, odvrne, najbrž ne. Grem v trgovino?
Ni treba, odkimam in naredim prisiljeno vljuden nasmeh. Počakaj me, pridem čez deset minut, s težavo rečem skozi otrdelo krožečo spiralo tekile, ki mi oklepa jezik, in zaprem vrata.
Odkorakam v kopalnico, nad umivalnikom odprem mrzlo vodo in pijem, z mislimi poskušam v najbolj šibke dele telesa usmerjati tok odrešujoče tekočine, ki prihaja iz podzemnega zbiralnika pod barjem, napolnjenega s hladno stoletno, tisočletno, prastaro vodo in oplemenitenega s povsem svežo prečiščeno scalnino in pesticidi, predstavljam si, kako voda mezi po mojih žilah in splakuje iz njih zasušene kolobarje tekile v jedkih kapljah umetnega alkohola in s sabo odnaša svinjarijo, ki me spodnaša od znotraj, čelo imam naslonjeno na hladno keramiko in pijem, dokler mi ne začne vodo metati nazaj ven iz ust in jo odnašati navzdol po ceveh, v odtoke, v kanale, v nov cikel prečiščevanja, zbiranja, in dvigovanja proti izsušenim človeškim telesom. Ko odhajam pod tuš, me prešine absurdna misel, da bi moral kdo posneti film o odvrženem očesu, ki kroži po tem skritem temnem vodnem krogu. Stuširam se in se odvlečem v sobo po oblačila, za hip se bom ulegel v posteljo, si rečem, samo da malce zaprem oči, si prijazno prigovarjam, sam sebi nenadoma zelo blizu in naklonjen, razpet med razumevajočega angela varuha svoje nebogljenosti in topo neubogljivo oslovsko telo, zlezem pod odejo in zaspim kot kamen. Po pol ure se ves prepoten hipoma prebudim, razmehčan in stisnjen od tesnobe, kot da me je za vrat stisnila vseobsegajoča, vendar čisto moja smrt, in mi v telo spustila občutek brezmejne praznine, v kateri ni več nobenega telesa in človeškega spomina, predvsem mojega ne. Tako nekako bi se lahko počutilo goveje stegno na kavlju v mesnici, če bi se zmoglo zaznavati v zrcalu nekakšne mesene zavesti, pomislim, s skrajnim naporom volje se prisilim, da vstanem in se rešim iz morbidnega občutka razpadljivosti. Naškropim se s kombinacijo parfuma in brivske vodice, navlečem si oblačila in preverim svoje ravnotežje, čutim, da je pijanost izginila iz mene, da sem jo izspal in je z mano razen zasušene sledi alkohola v možganih in vseprisotnega paničnega vsesmrtnega strahu na vzmet vse v redu. Zdaj si ne želim več miru, z omare v predsobi vzamem komplet varovalk in odhitim ven iz stanovanja. Zavedam se, da sem smešen v svoji naglici, otročji v svoji bojazni, da se je moja zgornja soseda vmes naveličala čakanja in medtem poiskala pomoč pri kom drugem, nad mano drsi natančno vsevidno oko kot kamera pod stropom filmskega studia in me neusmiljeno razgalja, posmehnem se svojim hlastnim korakom, vseeno bolje, da se smejim samemu sebi, kot da bi se samega sebe bal, pomislim.
Dve nadstropji navzgor se Zala ravno odpravlja iz stanovanja, zaklepa vrata in s pedantno naličenim, vendar hladnim in mrkim obrazom opazuje moj hitri prihod. Že od daleč ji pomaham z varovalkami, ena od njih bo gotovo prava, pojasnjujem prostodušno, kot da bi prihajal točno ob dogovorjenem času in ne skoraj pol ure kasneje. Komaj sem jih našel, dodam, ko sem že zgoraj v njeni etaži, predstavljaš si lahko, v kakšnem kaosu je stanovanje moških, ki živijo brez žensk, poskušam poduhovičiti.
Gleda me zadržano&jezno, jasno je, da ne verjame mojim besedam in da premišljuje, kako naj se odzove na moj zapozneli prihod. Nepremično drži za ključ napol zaklenjenih vrat in za svojim negibnim obrazom očitno zlovoljno preverja, kaj naj si misli o človeku, zaradi katerega je morala svoj dragoceni čas namesto za tipkanje recenzije o zadnji knjigi razvpitega lokalnega psihoanalitika porabiti za ličenje.
Če bi bil njen mož, fant ali ljubimec, bi me nagnala, pomislim, ko povsem od blizu lahko opazujem njene zadržane, jezne, našobljene, privlačne ustnice. Jebi se, stari, mi sporočajo brez besed, kako lahko pustiš tako dolgo čakati eno takšno žensko, kot sem jaz. Ne vidiš, kaj vse mora na sebi spremeniti ena takšna fina punca, da se sploh lahko odpravi ven med ljudi, četudi samo v trgovino po varovalko? Sploh veš, koliko časa to vzame?
Nisem mogel prej, prostodušno odgovorim na njen zgovorni nemi očitek, zaspal sem, nadaljujem potem naravnost in odsekano, da prekinem njeno strogo negibnost, ki ne pelje nikamor. Smešno se sliši, ampak, se zgodi. Ni kaj skrivati, preden si prišla pozvonit, sem spil pol litra tekile, pa me je potem zmanjkalo, prav? Če bi vsak dan vadil, me verjetno ne bi, dodam.
Počutim se malo neumno, ženski pridem pomagat, potem pa se ji moram še opravičevat, da mi bo sploh dovolila, da ji zamenjam varovalko, pred njo stojim kot kak neroden najstnik, ki prvič vidi od blizu napedenano žensko, ki ni mama, in že samo s svojo pohlevno prisotnostjo moledujem za njeno odpuščanje, prav na bedast, neroden način se puščam potiskati v podrejeno vlogo ljubimca s slabo vestjo, čeprav med nama ni nič, razen treh ali štirih dopoldanskih pogovorov ob kavi v njenem stanovanju o vseh mogočih blezgarijah, o feminističnih avtoricah, o problemih sodobnega gledališča v sodobnem svetu in problemih njenega moža v sodobnem gledališču, o njenih priljubljenih filozofih Spinozi&Lacanu, o psihoanalitskih razlagah umetniških vzgibov in podobnih dolgoveznih traparijah, ki me v resnici niti najmanj ne zanimajo, kar pa ne pomeni, da si iz določenih, precej oprijemljivih razlogov, takšnih pogovorov nisem želel tudi še v naprej.
Zdi se mi, da mojim iskrenim besedam verjame prav tako malo kot mojim lažem pred njimi, molče odklene vrata in jih odrine. Z resnico je problem, pomislim, povsem nepomembno je, kaj je res, šteje edino to, kako tvoje besede učinkujejo na človeka in koliko ga sploh lahko prepričajo.
V dveh potezah zamenjam varovalko, Zala medtem izgine nekam v notranjost stanovanja. Obotavljam se, ne vem, kaj se dogaja z žensko, ne ljubi se mi igrati skrivalnic, prestar sem za takšne igre, pravzaprav bi najraje odšel in to potem tudi naredim. Ko zaprem vhodna vrata, ravno dovolj glasno, da je to morala slišati, se čez nekaj hipov ponovno odprejo in za mano po zraku priplava njen jezen in hkrati negotov glas, ki me pokliče nazaj.
Kam se ti tako mudi, čaka te kava, čeprav je že mrzla, reče, ko hodim za njo nazaj v stanovanje. V dnevni sobi me posede v fotelj in se potem živčno vrti okrog računalnika, s prsti vsake toliko jezno udari po tipkovnici in zakolne. Glej, zbrisalo mi je pol strani teksta, zasika, pizda od elektrike, pizda od računalnika, reče zdaj že bolj zavezniško proti meni. Dobro ji pristoja preklinjanje, všeč mi je ta kontrast, umazane besede pašejo na njene fine, polne, čutne ustnice in na njen spedenan obraz, vse skupaj deluje nekako tako, kot da bi imela negovana manekenkica v spodnjem perilu iz kataloga C&A v ustih cigaro, črnčev prst ali kaj podobnega.
Hvala, da si vseeno prišel zamenjat varovalko, nadaljuje, vmes sem že klicala Žana v Kolumbijo, pa se mi ni javil.
Najbrž spi, ne? rečem mirno, ali pa kje s kakšnimi domačini malo snifa ne? Kolumbija pač, navržem.
Vukojebina od Kolumbije, doda proti meni in se mi zasmeji s svojimi bleščečimi, belimi zobmi. Tam je mogoče vse, od Marqueza do usrane morilske narkomafije, samo to ne, da bi Žan tam snifal.
Prav, pa ne snifa, odvrnem. Potem pač počne kaj drugega, popustim, ne da bi s tem kaj posebnega mislil.
Kaj misliš s tem, pravi, na kaj ciljaš? zavrta vame z besedami.
Na nič, rečem. Kdaj besede pomenijo samo to, kar rečeš in se nič ne skriva zadaj, ok?
Zgane se od računalnika, sunkovito vstane in pride do dvoseda ob mojem fotelju, z mize vzame škatlico cigaret in si eno prižge.
Za besedami se vedno kaj skriva, mi reče z glasom, ki ne prenese ugovora in me nepremično gleda. Beri Freuda ali Lacana ali mojega mentorja Kolarja s fakultete, pravi pomen se skriva v nezavednem, povezan je z libidalno ekonomijo in gonom smrti.
Gledam jo tako nepremično kot me ona, sploh se ne trudim, da bi razumel, kaj mi govori, nimam niti veselja niti koncentracije, da bi razvozlaval njena diskurzivna modrovanja, prezahtevna za zgodnjo dopoldansko uro, pravzaprav, vsaj zame, prezahtevna za kakršnokoli uro dneva.
Pa vseeno nisem na nič ciljal, ponovim in jo brezbrižno opazujem. Všeč mi je pedagoški žar v njenih očeh, nepopustljiva zvestoba naučeni teoriji. Namesto, da bi z njim učinkovala pametno, učinkuje seksi in brezkompromisno, na njenem obrazu ni niti sence dvoma in obotavljanja, z enako slepo vero, kot bi kakšna od Gadafijevih osebnih stražark brez pomisleka za ceno lastnega življenja s telesom prestregla morilsko kroglo, bi ona brez pomisleka za ceno lastnega telesa prestregla zmotne teorije in jih skozi svoje seksi&vlažne ustnice naravnala v smer edine prave, naštudirane resnice, brez vsakršnega popuščanja.
Žan ne počne ničesar od tega, kar ti misliš, reče počasi in poudarjeno, dokončnost svojih besed potrdi s polkrožno kretnjo prstov in potem v zrak uživaško spusti vrtinec dima.
Zares mi je povsem vseeno za njenega Žana, kaj počne in kaj ne počne, njegova gola prisotnost v bambusovem okvirju na njuni skupni lenonovski fotografiji mi povsem zadošča in mi je še preveč, njegovo golo, suhljato, poraščeno telo s koščenimi udi me z ničemer ne navdihuje, edino, kar me prešine v zvezi z njim je nevoščljivo čudenje, kaj ob tej suhoparni, nezanimivi pojavi in kilavi postavi na fotografiji in tudi v resničnem življenju počne tako fina in seksi ženska.
Potem pač dela nekaj, kar ne mislim, kar si ne predstavljam, kar se skriva zadaj, rečem in v znak predaje spravljivo razširim roke.
Skriva zadaj… reče počasi in zajedljivo. Namiguješ na homoseksualnost? ne odneha in vrta vame s svojim pogledom. Počutim se, kot bi vame poslala sondo z uniformiranimi policajkami, ki z baterijami svetijo v notranjost mojih možganskih krivulj in na secirni mizi zastarelih pojmov preverjajo izvor mojih stališč.
Odkimam in brez besed opazujem njen razdražen&napadalen izraz, ki pa jo dela samo še bolj privlačno, ki za njenim spedenanim obrazom na robu sladkega kiča in brezspolnega baroka odkriva zadržani vulkan nesramne, erotične energije.
Molčim, s prsti tapkam po gladkem držalu fotelja in se zabavam z ugibanjem, koliko časa bova zdržala brez besed.
Kadar delam, sem napeta, reče Zala v nekakšno nepotrebno pojasnilo, vse mi gre na živce.
Razumljivo, zamomljam z nobenim poudarkom v nobeno smer, da iz mojih besed ne bi nastala neka spet povsem drugačna projekcija v njeni glavi.
Pojma nimaš, koliko ljudi samo čaka, da odkrije karkoli, na kar bi lahko navlekli svojo nevoščljivost, nadaljuje in z roko pokaže nazaj proti računalniku. Vsaka definicija v mojih tekstih mora stati, vsak uvid, vsaka vejica.
Prikimam, kot da razumem, čeprav ne vem natančno, kaj mi hoče povedati.
Vsi mislijo, da spim s svojim mentorjem, med jeznim ugašanjem cigaretnega ogorka v pepelniku vznemirjeno vrže proti meni.
Skomignem z rameni, stvar bi bila pravzaprav precej običajna, vendar niti ne vem, kdo je njen mentor in kako je videti, tako da ji ne vem nič pametnega odgovoriti.
Gleda me, pozorno in ne več tako hladno, čaka na moj odziv, čaka, da ji pridem naproti. Zdi se mi, da premišljuje, če jo sploh poslušam.
Ti pa ne spiš z njim, navržem, da odženem njen dvom in prekinem tišino, ampak ga recimo samo obožuješ. Fascinira te njegov intelekt, načitanost in to, da bi kljub razliki v letih pravzaprav rad spal s tabo, se potem razgovorim, preskočim nekaj stopenj njenega izpovedovanja in jo zadanem naravnost v njeno žensko nečimrnost.
Kako veš? se presede, se negotovo zaziba naprej in vase uživaško sunkovito potegne dim, da se skozi njene ustnice zakotrlja vlažen zvok, kot bi sesalec iz kota prenatrpane kopalnice posrkal v cev koščke raztrganega ljubezenskega pisma ali scefrane položnice.
Saj ne vem, ugibam, rečem prostodušno, študentke ponavadi obožujejo svoje mentorje, ali pa jih sovražijo, druge možnosti najbrž niti ni.
Zasmeji se, odkima z glavo, vendar nič ne odgovori. Vstane in iz bifejske omarice vzame steklenico konjaka in dva kozarčka. Natoči, nazdraviva, spije svoj konjak in čez hip, ko ga nepopitega odložim na mizico, še mojega.
Potem se razgovori o tem svojem mentorju, o njegovi ženi in odrasli hčerki, slikarki, ki jo je spoznala pred leti na neki študentski zabavi. Z njo se je zapletla v ljubezensko razmerje, ki je trajalo nekaj mesecev. To je bilo seveda še preden je spoznala Žana, ko še ni vedela, ali ji bolj ustreza življenje z žensko ali moškim, ko še ni vedela, kot mi pojasnjuje s skoraj sovražno strogostjo, kje bi lažje zaščitila svoje telo.
Lahko bi izbrala drugega mentorja, pravi počasi med izpuhom cigaretnega dima, ampak očitno me je nezavedno vleklo k njemu, očetu moje nekdanje partnerice, moje druge ženske polovice. Se ti zdi, da je v tem kaj incestuoznega?
V razmerju mladih žensk do starejših moških je vedno nekaj incestuoznega, navržem.
Kako veš, si bral Lacana, vpraša z malce na stran nagnjeno glavo in zapeljivim šobljenjem ustnic po novem kozarčku konjaka.
Pozorno gledam njene ustnice in zobe, šele zdaj opazim, da se na enem od njih, na štirici ali petici, blešči majhna srebrna vgravirana zvezdica.
Ja, Lacana imam na nočni omarici, rečem prostodušno, ampak da razumeš starejše moške in njihovo privlačnost za mlade ženske, ti ni treba ravno brati Lacana.
Hej, dejansko bereš Lacana! vzklikne, kot da ji je to pregnalo vse dvome vame in se zasmeji, natoči si nov konjak, nazdravi proti meni in ga takoj spije.
V dolgočasnem blokovskem naselju naletim na soseda, ki bere Lacana, ponovi navdušeno, pizda je to lepo.
Ne povem ji, da Lacana pravzaprav ne berem, da ga nisem niti še odprl, kot nisem odprl niti Spinozine Razprave o Bogu, človeku in njegovi sreči. Oba sem si prejšnji mesec le privlekel iz knjižnice, ker so se najini pogovori med kavami zgoraj v njenem stanovanju ponavadi končali z njenimi samogovori o doktoratu, ki ga piše in potemtakem o Spinozi, Freudu in njegovih francoskih interpretih. Nisem si ju torej izposodil zaradi kakšne krize ločenca v zgodnjih štiridesetih, ki so ga trajne posledice zakonskega brodoloma pripeljale do zanimanja za temeljna in bolj ali manj filozofska vprašanja o smislu življenja, temveč samo zato, da bi Zalo kdaj kasneje lahko presenetil s kakšnim stavkom iz Lacana in Spinoze, v resnici pa potem nisem imel niti časa niti volje, da bi ju odprl in sem ju pustil nedotaknjena ležati na nočni omarici.
Med nami, Spinozo bom mogoče kdaj še odprl, Lacana gotovo ne, neka histerična avstrijska dramatičarka mi ga je zagabila ravno ob koncu tistega tedna, ko sem si ga sposodil v knjižnici, še preden sem ga uspel v miru prelistati. Renata me je sredi februarja odvlekla na gostujočo predstavo dunajskega Burgtheatra, ker je bil njen čelist na eni od svojih glasbenih turnej v Zagrebu, Puli, Gradcu ali kjerkoli že, in mučni dve uri sem moral gledati&poslušati nerazumljivo brbljanje ostarele avstrijske dramatičarke, ki naj bi se, kot je o zmedenem blebetanju na odru poročal gledališki list, prosto navezovala na Lacanovo teorijo incesta. Tudi, če v tem hipu, več kot tri tedne po predstavi, samo pomislim na morbidno&neumno&bolno blebetanje na odru brez repa in glave, na infantilne filozofične plehkosti, mi postane slabo, in bojim se, da mi bo še nekaj časa slabo že samo ob omembi Lacana, čeprav gotovo ni kriv za brezglave blezgarije brez vsakršne razumne osnove, ki jih je za njegovim hrbtom gostobesedno in priskutno napletla histerična avstrijska dramatičarka, ki so ji pred leti poleg vsega, očitno za pomiritev njenih živcev ali kakšnega podobnega terapevtskega razloga, podelili še Nobelovo nagrado. Sama sreča, da se ukvarjam z glasbo, sem neprestano premišljeval med predstavo in opazoval zmedene obraze Renate in drugih žrtev cenenih neumnosti, ki so jih v avstrijščini v nas metali z odra, sama sreča, da že leta ne hodim več v gledališče in da mi tudi v prihodnje ne bo več treba.
Vprašanje, kdaj si me bo upala po tistem ponesrečenem&priskutnem večeru Renata ponovno povabiti na kakšno od svojih nemških kulturnih prireditev. Schrecklich in čez nekaj trenutkov grozno sta bili edini besedi, ki ju je uspela po koncu predstave vsa bleda zagrkati proti meni, in ko sva se kasneje zatekla v njeno stanovanje, da bi izkoristila odsotnost njenega Valterja, sva bila od priskutnih gledaliških vulgarnosti modne dramatičarke očitno tako stolčena&razstavljena, da se drug drugega sploh nisva upala dotakniti.
Erotika in sodobno gledališče očitno ne gresta skupaj, sem premleval, ko sem odhajal od Renate in prav enako premlevam tudi zdaj, ko na polici na fotografiji opazujem Zalinega golega umetniškega gledališčnika Žana. Ne morem spregledati, da je v bambusovem okvirju čutiti več življenja kot v njegovih koščenih podolgovatih udih, vključno z njegovim nezainteresiranim tičem, ki mlahavo visi nekam stran od Zalinih sočnih stegen in njenega rahlo izbočenega, seksi trebuščka.
Kaj tako mrko gledaš, me vpraša, ko zazna smer mojega pogleda, kaj na meni ti ni všeč?
Vse na njej mi je všeč, premišljujem s pogledom, uprtim v fotografijo, čeprav nima ničesar na sebi, vendar ji tega ne mislim govoriti, pravzaprav je, kar zadeva postavo, povsem moj tip ženske, bolj majhna kot velika, bolj fino zaobljena kot suha, nič hladno elegantna, zavita v mehke obloge tople erotične energije.
Poskušam ugotoviti, koliko je visok tvoj tip, se zlažem, gotovo ima meter petinosemdeset, kaj?
Torej, hočeš povedati, da se ti zdim majhna, pravi in si natoči nov kozarček konjaka.
Zasmejim se in odmaknem steklenico z mize, na tla ob moj fotelj. Kdo pravi, da si majhna? rečem. O tebi sploh ne razmišljam v fizičnih dimenzijah, se ponovno zlažem, zanimiva se mi zdiš mentalno, intelektualke ste na splošno zanimive, ker vas ni tako lahko razumeti, dodam.
V resnici so me intelektualke vedno dolgočasile, kot sem jaz verjetno še mnogo bolj dolgočasil njih, izogibal sem se jih, kolikor sem le mogel, nič od tega, kar so mi poskušale dopovedati v času mojega študija in ob redkih srečanjih v kasnejšem življenju, se me ni prijelo; sploh se me ni dotaknilo, bilo je naučeno, zapleteno in izumetničeno, nobenega vonja po običajnem življenju ni imelo, nobenega vonja po seksu, ljubezni, toplini, otrocih, naravi, živalih, vesoljskih prostranstvih, po ničemer, kar me je takrat zanimalo. Ob intelektualkah me še danes včasih popade absurdna misel, da prezirajo kakršen koli stik z moškim telesom, da pa bi moškim možganom pustile, da z njimi počnejo prav karkoli. Kakšna pronicljiva psihoanalitičarka bi moja stališča najbrž pripisala strahu negotovega samca pred premočno samico, primitivni bojazni lovca, da mu bo ostrina ženskega intelekta skrhala orodje, mu v grlo namesto bojnega krika usadila bojazljivo jecljanje in podobnim blezgarijam. Tudi prav, vse je mogoče, ampak, če bi za vse druge ženske ta teorija že lahko veljala, je zdaj pri Zali odpovedala. Nič me ni strah njenega pametnega govorjenja, pustim, da dokazuje premoč svoje načitanosti nad mojo in da mi pojasnjuje stvari z zapletenim pojmovnim aparatom, ne da bi se moral ob tem počutiti slabo, ker je ne razumem, ker se niti ne potrudim, da bi jo razumel, za vsem tem pa mi je preprosto všeč kot ženska in se mi zdi, da bi mi bilo lahko z njo v postelji ali na kakšni drugi podlagi za ljubljenje lepo.
Kaj misliš o reprodukciji, me preseneti njeno vprašanje med mojim tuhtanjem. Skloni se naprej, nekam nesramno našobi ustnice, me gleda v oči in stegne roko proti steklenici konjaka na tleh ob mojem fotelju. Primem jo za roko in jo zadržim, občutek imam, da je njena koža topla, vlažna&gladka, kot da bi z roko iz morske vode ravno potegnila sipo, ribo ali veliko školjko.
Refleksno se ozrem po stenah, vsenaokrog in tudi za moj hrbet, nikjer ni nobenih sončic od Van Gogha, Marilynk od Warhola ali kofetaric od Kobilce, vsepovsod visijo nekakšne japonske, indijske, budistične slikarije, ki jim ne znam določiti vrednosti.
Pogledam nazaj proti njej in skomignem z rameni. Kateri reprodukciji? vprašam.
Gleda me z vrtajočim pogledom in malce posmehljivo. Se norčuješ?...vpraša. Govorim o seksu, o kopulaciji, o fuku, nadaljuje po razvlečenem, ironičnem premolku. Kaj misliš o tem, o posledicah seksa, o reprodukciji?
Za trenutek me popade zadrega. Smešno, star sem že več kot štirideset let, pa me neka petnajst let mlajša ženska sredi dopoldneva z direktnim vprašanjem o seksu še vedno lahko spravi iz ravnotežja.
Aha, o seksu… odgovorim nedoločno, ko me mine zadrega, nič nimam proti, v redu zadeva, precej razširjena, zamomljam in poskušam biti duhovit.
Žan pravi, da je reprodukcija zgrešena, reče Zala mimo mojih besed. Nasloni se nazaj na naslanjalo dvoseda in položi noge na mizico. Žan pravi, nadaljuje, da je reprodukcija zabloda, ker obnavlja trpljenje in samo pomnožuje sranje na svetu.
Čeprav se sklicuje na Žana, je v njenem glasu dvojina, občutek imam, da umetniški Žan tako ali tako govori samo to, kar si želi ona slišati.
Po svoje ima mogoče prav, prostodušno odgovorim, ampak, saj je na svetu tudi še kaj drugega kot sranje, a? ji poskušam ugovarjati.
Za to obstajajo globlji razlogi, ignorira moj pomislek med lenim mačjim podrsavanjem svojih nožnih palcev po stekleni mizici. Žan je bolj ekološko usmerjen, nadaljuje, in prvič se mi zazdi, da je v njenem upočasnjenem, medenem&zgoščenem glasu slišati brbotanje popitega konjaka, Žan pravi, da se življenje ljudi širi po planetu kot plesen in da ga bo na koncu zadušilo.
Tudi, če ima prav, je to še daleč, ji rečem, če bi imela ti eno lepo hčerko ali kakšnega fantka, to najbrž ne bi pospešilo propada sveta, razen, če ga ne bi vzgojila v kakšnega novega Hitlerja, poskušam poduhovičiti in nenadoma s celim telesom začutim, da bi ji pri tem z užitkom pomagal, če je njenemu partnerju to res tako odveč.
Z Žanom se ogromno pogovarjava, reče zdaj tako, da mi je jasno, da ga pogreša in da težko prenaša dneve brez njega, strinjava se v tem, da reprodukcija ohranja gospostvo kapitala, vsak otrok, ki ga spraviš na ta svet, se rodi kot potrošnik in ohranja obstoječi svet globalnega kapitalizma.
Otroke je treba pač nahraniti in obleči, se strinjam z njo, ampak, najbrž samo zaradi tega še ni treba začeti nove revolucije, ali kaj?
Še vedno vztrajno in samoumevno držim njeno roko in čeprav se je Zala zdaj sklonila nad mizico in v precej neudobnem položaju z drugo roko tipa proti škatlici cigaret, jo tudi sama pusti v moji dlani, kot bi bila to najbolj običajna stvar.
Z dlanjo zdrsim gor in dol po njeni mehki, negovani koži, pobožam jo in gledam nekam mimo nje, kot da sem zamišljen, čeprav prav nič ne premišljujem, ampak poskušam čutiti, kako se odziva na božanje.
Če ti povem po pravici, se potem nagnem naprej in poiščem njen pogled, ne razumem teh stvari okrog reprodukcije, ne znam razmišljati o tem. Ampak, s tabo bi imel eno fino majhno hčerko, to je to.
Narahlo jo potegnem k sebi, njena roka se v nekem trenutku upre in izmakne, potem vstane, si poravna krilo in me gleda, nekam divje, nerazumno, mogoče sovražno. Molči, zdi se mi, da sem rekel preveč in me bo napodila iz stanovanja, nepremično me gleda z motnim leskom v očeh in si z gibom, dvema popravi lase, potem pa si počasi odpne stransko zadrgo na krilu, ga spusti, da zdrsi čez njene boke na tla in mimo mizice pride na mojo stran.