– I dlatego musimy jechać do Lublany do szpitala. A na to nie ma czasu, wie pani. Teraz jest w domu sporo roboty – mówi do mnie kobieta siedząca naprzeciwko. Przytakuję jej i nic nie odpowiadam w nadziei, że straci zainteresowanie rozmową. Dochodzi godzina siódma rano. Nigdy nie mogłam zrozumieć ludzi, którzy potrafią już o tak wczesnej porze urządzać sobie pogaduszki. A jeszcze mniej rozumiem tych, którzy tak uwielbiają rozmowy w pociągu.
Telepanie się pociągiem raz w miesiącu do domu i potem powroty w poniedziałki rano do Lublany były dla mnie zawsze jak straszna kara. Za każdym razem, kiedy o godzinie 5.25 rano siadałam w pociągu do Lublany, pragnęłam zamknąć przedział na klucz. Albo mieć swój własny wagon. Jako że to nie było możliwe, życzyłam sobie chociaż cichych i śpiących podróżnych, którzy przed godziną 9.00 rano tylko pomrukują i nie męczą współpasażerów wciąganiem ich do rozmowy. Ale takiego szczęścia nie miałam prawie nigdy. A dzisiaj to już zupełnie nie. W Beltincach do mojego przedziału weszły trzy nad wyraz ruchliwe kobiety – starsza pani, jej synowa i siostra. Ta, która niestrudzenie mi wyjaśnia, że jej teściowa ma na plecach jakąś straszną narośl, to jej synowa. Jest nieznośnie praktyczną kobietą. Jednym tchem powiedziała mi też to, że w tym roku pomidory zupełnie nie dopisały, w większości są jeszcze zielone. Dlatego zbierze te zielone i zamarynuje je na zimę. Nie jest pewna, czy jej się uda. Ponieważ teraz będzie musiała co najmniej dwa dni być w Lublanie, dopóki teściowej nie wezmą na operację. A w tym czasie wszystko może poniszczyć grad. Jeśli tylko dokądś wyjeżdżasz, grad zawsze chętnie cię odwiedzi. Ale teściowa nalegała, że chce mieć operację w Lublanie, bo tam są lepsi lekarze. – To prawda – powiedziałam, kiwając głową. – Tak, to prawda – zrzędliwie powiedziała synowa – jeśli jesteś młody. Ale przy jej osiemdziesięciu pięciu latach jest zupełnie inaczej. I tak jest już stara i na coś będzie musiała umrzeć. Ale ona nalega, że chce się leczyć. Co poradzić, prawda? – Synowa żywo się roześmiała i ja też się uśmiechnęłam, chociaż sama dobrze nie wiem dlaczego. Potem chwyciła kanapkę z grubymi, otłuszczonymi plastrami kiełbasy i podała teściowej: – Co, matko? Zje matka kanapkę? – Staruszka uśmiechnęła się i odpowiedziała, że najadła się w domu. Synowa poczęstowała kanapką również mnie, ale odmówiłam. Od zapachu kiełbasy skręciło mnie w żołądku. Następnie siostra staruszki, bogu dzięki, poskarżyła się, że jest jej zimno i wszystkie trzy kobiety poszły szukać cieplejszego przedziału. Zaprosiły mnie, abym poszła z nimi, ale powiedziałam im, że chłód bardziej mi odpowiada.
Odetchnęłam, zdjęłam buty i wyciągnęłam nogi na siedzeniu naprzeciwko. Ledwie udało mi się dobrze przymknąć oczy, a pociąg zatrzymał się w Ptuju. Smarkacze z gimnazjum wpychali się do wagonów. Ci też już bardzo wcześnie rano głośno mówią, przeklinają, żują kanapki i bez przerwy zapalają papierosy. Do mojego przedziału weszło trzech smarkaczy i starszy mężczyzna, najwyraźniej ich znajomy, robotnik sezonowy. Postanowiłam, ze nie otworzę oczu. Kiedy usiedli, coś szeptali i parskali śmiechem. Przykryłam się płaszczem, głowę odwróciłam do okna, aby było mnie jak najmniej dla ich nachalnych spojrzeń. – To jest babka czy facet? – półszeptem spytał starszy mężczyzna. Smarkacze się śmieją. Przez przymknięte oczy widzę, że jeden ze smarkaczy demonstruje coś rękami – zapewne chce pokazać, że widzi mój biust, więc muszę być babką. Naprawdę nie wiem, jak go widzi pod moim zimowym płaszczem, którym się przykryłam. A potem mówią coraz głośniej. Wygląda, jakby rozmawiali całkiem naturalnie, jednak ich słabo skrywane komentarze w większości dotyczą mnie. Na przykład, że trzeba by mnie obudzić, bo przecież kobieta, która chrapie w pociągu o ósmej rano, na nic się nie przyda. Może by mnie zaprosili na kawę i papierosa. Jeśli oczywiście nie jestem mężatką. – Nie, nie jest, – z poważną miną oznajmił jeden z pryszczatych smarkaczy, – nie ma obrączki na palcu. – Tego nigdy nie mogłam zrozumieć: że też się ludziom, a zwłaszcza takim smarkaczom, chce tak wypatrywać obrączek na palcu. Ale teraz przynajmniej będę wiedziała na następny raz – na wszelki wypadek lepiej jest nosić obrączkę, może masz trochę więcej spokoju, jeśli ludzie myślą, że jesteś mężatką.
Na krótką chwilę uratował mnie rozdrażniony konduktor. Jak tylko sprawdził nasze bilety, zabrał się za smarkaczy: – To jest wagon dla niepalących. – A do mężczyzny powiedział: – A pan, proszę pana, powinien dawać chłopcom przykład, a nie tak z butami na siedzeniu… – Mężczyzna coś odburknął i mrugnął do chłopców, którzy tylko głupawo się uśmiechali i szturchali po żebrach. Konduktor z rozżaleniem pokręcił głową i trzasnął drzwiami przedziału. Dojechaliśmy do Pragerska, gdzie przyłączają wagon restauracyjny, i wszyscy troje od razu ruszyli na piwo.
Potem miałam godzinę spokoju. W międzyczasie pociąg z niewiadomego powodu zatrzymał się na pół godziny, jednak nie chciało mi się wyglądać przez okno. Słyszałam rozmowy i nerwowe kroki pod oknem przedziału i ktoś kilkakrotnie krzyknął, że to był wypadek. Jakaś kobieta – zakładam, że była to ta synowa, zawożąca swoją teściową do szpitala w Lublanie – powiedziała, że na torach jest pełno krwi, ale i tak na popołudnie zapowiadają deszcz. Zupełnie nie miałam ochoty otwierać okna i o tak wczesnej godzinie nasycać swojej ciekawości i oglądać tych wszystkich zdziczałych ludzi. Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłam zrozumieć ludzi, którzy mają w zwyczaju wybiegać na ulicę nawet w piżamie w środku nocy, żeby zobaczyć wypadek drogowy i jakieś zmasakrowane ciało albo przynajmniej kałużę krwi. I jeśli ja miałabym wypadek, na pewno nie chciałabym, żeby ktoś przyszedł się na mnie gapić i zgadywać, czy moje ciało należało do kobiety czy mężczyzny, czy jestem jeszcze za młoda na śmierć, albo wypatrywać obrączki na moim palcu.
Na krótką chwilę mocno zasnęłam. Obudziły mnie drzwi przedziału i wszedł mężczyzna w nieokreślonym wieku. Jego twarz była spocona i blada – albo był po prostu bardzo zaspany. Pytająco wskazał siedzenie przy drzwiach. Kiwnęłam głową. Krótko się uśmiechnął i usiadł. Siedział w płaszczu, chociaż w przedziale było już bardzo ciepło. Jego płaszcz był brudny od błota i ciemnej farby, ręce miał czarne, jakby grzebał nimi w ziemi. Kiedy zauważył, że na nie patrzę, szybko schował je do kieszeni i uśmiechnął się z zakłopotaniem. Ja również uśmiechnęłam się z zakłopotaniem. Wydawało mi się, że jedno z nas powinno teraz coś powiedzieć. – Widział pan wypadek? Co to było? – spytałam, choć tak naprawdę wcale mnie to nie interesowało. – I tak i nie – powiedział. – Co tam się stało? – spytałam ponownie. – Ech, jestem zmęczony – powiedział w zamyśleniu. Nie byłam pewna, czy w ogóle mnie słyszy. – Piekielnie zmęczony, – kontynuował ze wzrokiem tępo utkwionym przed siebie. – Czasem najzwyczajniej w świecie po prostu nic nie wychodzi. Ciężko mi stwierdzić, co dokładnie w moim życiu było nie tak; wie pani, nie jestem żadnym psychologiem, niczym takim. Mam domek i ogródek, w którym co roku wszystko rośnie niedojrzałe i zielone, mam żonę, która dla innych zrobiłaby wszystko, nawet o swoją przygłuchą teściową i jej żarłoczną siostrę bardziej się troszczy niż o mnie. – Pociągnął nosem i ucichł. Byłam spięta. Nigdy bowiem nie mogłam zrozumieć, jak niektórzy mogą tak płakać przed zupełnie nieznajomymi ludźmi. Ale wydawało mi się, że jednak powinnam coś powiedzieć. Choć zupełnie nie radzę sobie w takich sprawach. Odkaszlnęłam i głupio spytałam: – A dzieci pan ma? Może chociaż one się o pana troszczą? – Mężczyzna gwałtownie pokręcił przecząco głową – Dzieci? Mam trzech pryszczatych, bezczelnych smarkaczy, którzy nie nadają się ani do szkoły ani do roboty, a najbardziej kochają mojego kretyńskiego brata, który wciąż poi ich piwem i głupotami. Nazwałaby ich pani dziećmi? – Zamyśliłam się, ale tylko dlatego, że znów nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć na pocieszenie. – No, tak, – zaczęłam niepewnie, – chociaż nie mam doświadczenia z dziećmi… Ale przecież dorosną, prawda? Przecież nie będą zawsze tak… no właśnie takie. – Otworzył usta, a potem w nagłym bólu chwycił się za nerki. – Proszę pani. – Zmarszczył czoło z bólu i kontynuował: – Ale ja właśnie tego nie chcę. Nie chcę, żeby ktoś dorastał, żeby ktoś się starzał czy coś podobnego. Nie chcę, żeby to wciąż trwało! Nie wiem, że też im się jeszcze chce. Moja matka w wieku osiemdziesięciu pięciu lat pcha się na operację! Zrobiliby wszystko, tylko żeby nic się nie zmieniło! A co by pani zrobiła na moim miejscu? – Pokręciłam głową. Naprawdę nie miałam pojęcia, co bym zrobiła na jego miejscu. Więc mi powiedział. Powiedział, że pewnego pięknego dnia – oczywiście gdybym była na jego miejscu – pewnego pięknego dnia, kiedy żona, matka i jej siostra pojechałyby do Lublany, a smarkacze razem z kretyńskim bratem do szkoły, wtedy rzuciłabym się pod pociąg. Ponieważ jednak nie jestem na jego miejscu, nie muszę tego robić. On zaś jest na swoim miejscu i pod pociąg się rzucił – na chwilę odchylił płaszcz, pokazał mi poszarpany bok i wysapał: – Bardzo przepraszam… – i nie ma pojęcia, dlaczego ten pierdolony pociąg tak szybko zahamował. A potem przybiegli wszyscy ci konduktorzy, maszyniści i dróżnicy, i wszyscy srali w gacie ze strachu o swoją pracę. Podróżni wychylali swoje głowy z okien pociągu, odwracali się z obrzydzeniem, a potem wołali jeszcze swoich krewnych, przyjaciół, znajomych i nieznajomych, aż w końcu gapili się na niego wszyscy. – Wie pani, mnie było tak źle i wciąż jeszcze jest mi źle. O tyle jest mnie mniej, ale wciąż żyję, wciąż myślę i wciąż to wszystko trwa. A oni patrzyli na moje ciało i mówili, co za biedak, co za idiota, biedne dzieci, jeśli je mam i biedna żona, która teraz będzie sama.
Dobrze, że zbliżaliśmy się do Lublany i zaraz będę wysiadać, bo już zaczęłam czuć się za niego odpowiedzialna. Kiedy pociąg przemknął przez stację Lublana-Polje, delikatnie spytałam: – Teraz pójdzie pan do szpitala, prawda? – Odpowiedział, że nie pójdzie do szpitala, bo nie chce żadnych ciekawskich wizyt. – A pani oczywiście poszłaby do szpitala, gdyby była pani na moim miejscu? – Tak naprawdę to nie wiem, – powiedziałam szczerze. – A ja na swoim miejscu nie poszedłbym do szpitala i nie pójdę, – powiedział smutno. – Przecież właśnie dlatego wstałem stamtąd i przeczołgałem się pod wagonami, żeby mnie nie znaleźli. I wsiadłem do pociągu – do domu już nie wracam.
Pociąg zatrzymał się na głównej stacji w Lublanie. Wzięłam walizkę i ubrałam się. – Ja tu wysiadam, – powiedziałam. Pokiwał głową. Wyglądało na to, że samotność będzie mu służyła. – No, to idę, – powiedziałam znów jakaś taka zmieszana. – Mogę panią o coś prosić? – powiedział błagalnym głosem. – Oczywiście, co takiego? – spytałam stojąc już w drzwiach. – Proszę zostawić mi gazetę.
Przekład: Ewa Ziewiec
»Zato pa moramo v Ljubljano v bolnico. Pa ni časa za to, veste. Zdaj je doma dosti dela,« mi govori ženska, ki sedi nasproti mene. Kimam ji in nič ne odgovarjam, v upanju, da bo izgubila zanimanje za pogovor z mano. Ura je manj kot sedem zjutraj. Nikoli nisem razumela ljudi, ki lahko že navsezgodaj klepetajo. Še manj pa razumem ljudi, ki kažejo tolikšno navdušenje za pogovor v vlaku.
Drdranje z vlakom enkrat na mesec domov in potem v ponedeljek zjutraj vračanje v Ljubljano sta me vedno spominjala na kazensko potovanje. Vsakič, ko sem se ob 5.25 zjutraj usedla na vlak za Ljubljano, sem si zaželela, da bi lahko zaplombirala kupe. Ali pa da bi imela svoj lastni vagon. Ker pa to ni bilo mogoče, sem si želela vsaj tihih in spečih sopotnikov, ki pred 9.00 uro zjutraj samo godrnjajo in ne mučijo soljudi z zapletanjem v pogovor. Pa skoraj nikoli ni bilo take sreče. Danes še najmanj. Že v Beltincih so v moj kupe prišle tri nadvse zbujene ženske – starka, njena snaha in njena sestra. Ta, ki mi neumorno pojasnjuje, da ima njena tašča neko hudo bulo na hrbtu, je njena snaha. Neznosno praktična ženska je. V isti sapi mi je povedala tudi to, da je letošnji paradižnik čisto zanič, zvečine je še zelen. Zato bo pač pobrala zelene paradižnike in jih vlagala za čez zimo. Ni prepričana, ali se ji bo to posrečilo. Zdaj bo morala namreč vsaj dva dni biti v Ljubljani, dokler tašča ne gre na operacijo. Medtem pa lahko toča vse pobije. Če greš stran, vedno rada pride toča. Toda tašča je vztrajala, da hoče na operacijo v Ljubljano, ker so tam boljši zdravniki. "To je pa res," sem rekla in pokimala. »Ja, saj je res,« je sitno rekla snaha, »če si še mlad. Pri njenih petinosemdesetih pa je drugače. Že tako je dosti stara in od nečesa bo morala umreti. Ona pa kar vztraja, da se hoče zdraviti. Kaj moremo, a ne?« Snaha se je razposajeno zasmejala in tudi jaz sem se nasmehnila, čeprav ne vem dobro zakaj. Potem je vzela sendvič, napolnjen z debelimi in mastnimi koluti salame, in ga pomolila tašči: "Kaj je, mati? Boste sendvič?" Starka se je smejala in rekla, da se je že doma najedla. Snaha je ponudila sendvič tudi meni, vendar sem ga zavrnila. Od vonja po salami se mi je kar obrnilo v želodcu. Potem se je starkina sestra, hvala bogu, pritožila, da jo zebe, in tri ženske so odšle iskat toplejši kupe. Povabile so me s sabo, a sem jim rekla, da mi bolj ustreza hlad.
Oddahnila sem si, se sezula in stegnila noge čez sedež nasproti. Komaj sem dobro zaprla oči, že se je vlak ustavil na Ptuju. Srednješolska mularija je vdirala v vagone. Tudi ti že navsezgodaj zjutraj glasno govorijo, kolnejo, žvečijo sendviče in nenehno prižigajo cigarete. V moj kupe so prišli trije mulci in starejši moški, očitno njihov znanec, sicer pa sezonec. Odločila sem se, da ne bom odprla oči. Ko so se usedli, so nekaj šepetali in se režali. Pokrila sem se s plaščem, glavo pa sem obrnila k oknu, da bi me ja bilo čim manj za njihove vsiljive poglede. »Kaj je to baba ali dec?« polglasno vpraša starejši moški. Mulci se režijo. Skoz priprte oči vidim, da eden od mulcev nekaj kaže z rokami – očitno hoče pokazati, da vidi moje joške, torej moram biti baba. Res ne vem, kako jih lahko vidi pod zimskim plaščem, s katerim sem se pokrila. Potem govorijo vse glasneje. Videti je, kakor da bi se bili čisto običajno pogovarjali, vendar njihove slabo prikrite opazke zvečine letijo name. Na primer, da bi me bilo treba zbuditi, saj ženska, ki takole drnjoha ob osmih zjutraj, ni kaj prida. Mogoče pa bi me povabili na kavo in na cigareto. Če morda nisem že poročena. "Ni, ni," je važno oznanil eden od mozoljastih mulcev, "saj nima prstana na roki." Tega tudi nisem nikoli razumela – le kako se ljudem ljubi toliko oprezati za poročnimi prstani na roki, še posebno takim mulcem. Ampak zdaj bom vsaj vedela za drugič – za vsak primer je bolje nositi prstan, mogoče imaš malo več miru, če ljudje mislijo, da si poročena.
Za zdaj me je odrešil siten sprevodnik. Potem ko je pregledal naše vozovnice, se je spravil na mulce: "To je vagon za nekadilce." Možakarju pa je rekel: "Vi, gospod, pa bi lahko bili zgled fantom, ne pa da s čevlji tacate po sedežu." Možakar je nekaj zabrundal in pomežiknil mulcem, ki so se muzali in se drezali v rebra. Sprevodnik je užaloščeno zmajal z glavo in zaloputnil z vrati kupeja. In že smo bili na Pragerskem, kjer priklopijo vagon z bifejem, in vsi trije so se nemudoma odpravili na pivo.
Potem sem imela eno uro miru. Vmes se je vlak iz neznanega razloga sicer ustavil za pol ure, vendar se mi ni ljubilo pogledati skozi okno. Slišala sem govorjenje in živčne korake pod oknom kupeja in nekdo je nekajkrat zavpil, da je bila vendar samo nezgoda. Neka ženska – stavim, da je bila snaha, ki je svojo taščo peljala v ljubljansko bolnišnico – pa je rekla, da je na tirih vse krvavo, sicer pa je tako in tako za popoldne napovedan dež. Prav nič se mi ni ljubilo odpirati okna in že navsezgodaj pasti radovednost in gledati vse te zbezljane ljudi. Odkrito rečeno, nikoli nisem razumela ljudi, ki imajo navado teči na ulico, tudi sredi noči in v pižami, da bi videli prometno nesrečo in kakšno zmrcvarjeno truplo ali pa vsaj krvavo lužo. In če bi jaz imela nezgodo, nikakor ne bi hotela, da me pridejo buljit in ugibat, ali je moje telo žensko ali moško, ali sem še premlada za smrt, ali pa oprezajo za poročnim prstanom na moji roki.
Za kratek čas sem trdno zaspala. Zbudila so me vrata kupeja; vstopil je moški nedoločljive starosti. Njegov obraz je bil poten in bled – ali pa je bil le tako zelo zaspan. Vprašujoče je pokazal na sedež pri vratih. Pokimala sem. Kratko se je nasmehnil in se usedel. Sedel je kar v plašču, čeprav je bilo v kupeju že zelo toplo. Njegov plašč je bil umazan od blata in temne barve, roke pa je imel črne, kakor da bi grabil po prsti. Ko je opazil, da gledam njegove roke, jih je hitro pospravil v žepe in se v zadregi nasmehnil. Tudi jaz sem se v zadregi nasmehnila. Zdelo se mi je, da bi eden od naju moral kaj reči. "Ste videli nezgodo? Kaj se je zgodilo?" sem vprašala, ne da bi me zares zanimalo. "Ja in ne," je rekel. "Kaj pa je bilo?" sem ga znova vprašala. "Ah, utrujen sem," je zamišljeno rekel. Nisem bila prepričana, ali me sploh sliši. "Peklemansko utrujen," je nadaljeval in topo strmel predse. "Včasih kratko malo ne gre več nikamor naprej. Težko bi pogruntal, kaj je šlo v mojem življenju narobe, veste, nisem noben psiholog, nič takega nisem. Imam hišo in tisti vrt, ki vsako leto rodi vse nezrelo in zeleno, imam ženo, ki bi naredila vse za druge, še za svojo naglušno taščo in njeno požrešno sestro se bolj briga kakor zame." Posmrkal je in utihnil. Postala sem napeta. Nikoli namreč nisem mogla razumeti, kako lahko nekateri jočejo kar v javnosti in pred popolnimi neznanci. A zdelo se mi je, da bi mu vendarle morala kaj reči. Pa sem čisto nerodna za take reči. Odkašljala sem se in ga neumno pobarala: "A imate kaj otrok? Je njim mar?" Moški je divje odkimaval: "Otrok? Tri mozoljaste in nesramne mulce, ki niso ne za delo ne za šolo, najraje pa imajo mojega bedastega brata, ki jih skoz poji s pivom in z neumnostmi. Bi vi temu rekli otroci?" Zamislila sem se, a le zato, ker spet nisem vedela, kaj bi mu rekla v tolažbo. "No, ja," sem negotovo začela, "sicer nimam izkušenj z otroki ... toda saj zrastejo, a ne, saj ne bodo vedno tako ... taki, no." Odprl je usta, a potem se je v nenadni bolečini prijel za ledja. "Gospodična." Skremžil se je od bolečine in nadaljeval: "Saj ravno tega nočem. Nočem, da še kdo raste in se stara in vse to. Nočem, da še traja! Ne vem, kako se jim še ljubi. Moja mati še pri svojih petinosemdesetih rine na operacijo. Vse bi naredili, samo da se ne bi kaj spremenilo! Le kaj bi vi storili na mojem mestu?" Odkimala sem. Resnično ne bi vedela, kaj storiti na njegovem mestu. Pa mi je on povedal. Povedal mi je, da bi se lepega dne – če bi bila na njegovem mestu, seveda – lepega dne, ko bi žena, mati in sestra odpotovale v Ljubljano, mulci z bedastim bratom pa v šolo, takrat bi se vrgla pod vlak. Ker pa nisem na njegovem mestu, mi tega ni treba narediti. On pa je na svojem mestu in se je vrgel pod vlak – za trenutek je razgrnil svoj plašč in mi pokazal razmesarjen bok ter sopihnil Oprostite, prosim – in sploh ne ve, zakaj je ta jebeni vlak tako hitro zaviral. In potem so pritekli vsi tisti sprevodniki in progovni delavci pa prometniki, in vsi so se usrali za svoje službe. In potniki so moleli svoje glave iz oken vlaka, se z gnusom obračali stran, zatem pa so poklicali še svoje sorodnike, prijatelje, znance in neznance, tako da so ga na koncu vsi zijali. "Veste, meni je bilo tako slabo in še zdaj mi je slabo. Toliko me manjka, a še vedno sem živ in še mislim in še vedno vse to traja. Oni pa so gledali moje telo in govorili, kakšen revež sem, kakšen idiot sem, pa bogi otroci, če jih imam, in boga žena, ki bo zdaj sama."
Še dobro, da smo se že približevali Ljubljani in bom kmalu izstopila, saj sem se že začela počutiti odgovorno zanj. Ko je vlak že zdrvel mimo postaje Ljubljana-Polje, sem ga lahkotneje vprašala: "Zdaj pa boste šli v bolnišnico, a ne?" Pa mi je rekel, da že ne gre v bolnišnico, ker noče imeti nobenih zijalastih obiskov. "No, a bi vi šli v bolnišnico – če bi bili na mojem mestu, seveda?" "Pravzaprav ne vem," sem odkrito rekla. "Jaz pa na svojem mestu ne bi šel v bolnišnico in tudi ne bom šel," je žalostno rekel. "Saj zato sem kar vstal in se plazil pod vagoni, da me ne bi našli. In vstopil na vlak – domov že ne grem več."
Vlak se je ustavil na ljubljanski postaji. Vzela sem kovček in se oblekla. "Tukaj izstopim," sem mu rekla. Pokimal je. Videti je bilo, da mu bo samota kar prijala. "No, pa grem," sem rekla, spet tako nekam zmedeno. "Vas lahko nekaj prosim?" je proseče rekel. "Ja, kaj pa?" sem ga vprašala, medtem ko sem že stala na vratih. "Pustite mi časopis."