Mama opowiadała mi o początku podróży. W wielkich bólach zostałem wypchnięty na świat, na który wcale nie chciałem. Było to wypisane na twarzy babci, która położyła palce swoich rąk niczym koronę cierniową na moją jasnoniebieską główkę. Następnie na szyję, ciasno owiniętą pępowiną. Na nieruchomy tułów. Urodziłem się nie oddychając, zaduszony ostatnią więzią z jakimś drugim światem, w którym na zawsze chciałem pozostać. Światem bez prawa ciążenia, kierunku i miary, światem bezpieczeństwa, pożywienia i ufności za odblaskowo niebieskim światłem wygiętych ścian brzucha. Ze światem zawieszenia, poddania się i ciepła. Ale babci nie interesowało moje pragnienie. Chwyciła mnie mocno za stopy, które nigdy jeszcze nie stały na podłodze, nigdy nie chodziły z napiętymi mięśniami i zahartowanymi kośćmi, nigdy upadając w próżnię i łapiąc równowagę nie przemieszczały ciężkiego tułowia. Chwyciła mnie, podniosła wysoko, wysoko w powietrze i uderzyła w nieukształtowaną jeszcze pupę. Po pierwszym uderzeniu nastąpiło jeszcze jedno. I jeszcze jedno. I jeszcze. Martwy, odwrócony głową w dół zwisałem jak ustrzelone zwierzę w ręku myśliwego, nieruchomy i bez tchnienia życia. Uderzenia miękko rozchodziły się po moich tkankach. Równomiernie mną wstrząsały, rozchodziły się jak falowanie martwego mięsa i gasły na końcach moich nieukształtowanych jeszcze ud. Wtem – skąd? i jak? i dlaczego? i po co? – głęboko we mnie, nie, może nawet nie było to we mnie, lecz raczej po drugiej stronie tego, czym lada chwila miałem zostać, z drugiej strony przestrzeni i czasów, coś się poruszyło. Było silniejsze od woli, silniejsze od nadziei, silniejsze od nie być. Coś zwierzęco żywego w martwym zarodku ciała. Ze straszną wirującą siłą wyssało chaos i ciemność przez żyły, kości, przez tkanki, mięśnie i pory skóry, skryło otchłań, w której te migotały, przez moje gardło wytrysnęła krew i natychmiast zastygła w ustach. Zakrzyknąłem, a mój krzyk, dla mnie krzyk nieznośnego bólu narodzin, w uszach wszystkich obecnych zabrzmiał jak krzyk zbawienia. Byłem żywy.
Przekład: Ewa Ziewiec
Mama mi je pripovedovala o začetku potovanja. Z velikimi bolečinami sem bil potisnjen v svet, v katerega nisem hotel. To je pisalo na obrazu babice, ki je položila prste svojih rok kot krono iz trnja na mojo svetlomodrikasto glavico. Sledil je vrat, tesno ovit s popkovino. Negiben trup. Rodil sem se, ne da bi dihal, zadavljen s poslednjo vezjo z nekim drugim svetom, v katerem sem hotel za vedno ostati. Svetom brez težnosti, smeri in mere, svetom varnosti, hrane in zaupljivosti med fluorescentno modrim svetlikanjem usločenih trebušnih sten. S svetom lebdenja, izročenosti in topline. A babice moja želja ni zanimala. Krepko me je prijela za stopala, ki niso še nikoli stopila na tla, nikoli hodila, napetih mišic in utrjenih kosti, nikoli s padci v prazno in z lovljenjem ravnotežja premikala težkega trupa. Prijela me je, me dvignila visoko, visoko v zrak in me udarila po še neoblikovani ritki. Prvemu udarcu je sledil še eden. In še en. In še. Mrtev, obrnjen z glavo navzdol kot ustreljena žival v lovčevi roki sem bingljal, negiben in brez sapice življenja v sebi. Udarci so se mehansko selili po mojem tkivu. Enakomerno so me stresali, se širili kot valovanje mrtvega mesa in ugašali v konicah mojih še neizoblikovanih udov. Tedaj – od kod? in kako? in zakaj? in čemu? – se je globoko v meni, ne, morda niti ni bilo v meni, marveč prej onstran tega, kar sem bil vsak hip namenjen postati, onkraj prostorja in časov, nekaj zganilo. Bilo je močnejše od volje, močnejše od upanja, močnejše od ne biti. Nekaj živalsko živega v mrtvem zarodku telesa. S strašno vrtinčasto silo je posesalo kaos in temo skozi žile, kosti, skozi tkiva, mišice in pore kože, skrilo prepad, v katerem so plapolali, skozi moje grlo je privrela kri in se v hipu strdila v ustih. Zakričal sem in moj krik, zame krik neznosne bolečine rojstva, je v ušesih vseh prisotnih odzvanjal kot krik odrešitve. Bil sem živ.
Trwać, razem, pomyślałem i spojrzałem na Maję po drugiej stronie stołu. Byliśmy jedynymi gośćmi w restauracji, która znajdowała się na pierwszym piętrze jednego z tych rzadkich tu piętrowych domów. Za otwartymi na oścież oknami w ostrym słonecznym świetle roiły się kłęby pyłu. Mogłem przez nie zobaczyć osiedla baraków, które wiły się w kierunku wielkiego zagłębienia przypominającego koryto podziemnej rzeki, przez którą kilka na wpół zrujnowanych mostów prowadzi w kierunku pustyni oraz ponurych gór głęboko za horyzontem. Żadne z nas nie przemówiło. Pogrążeni głęboko w swej przepaści byliśmy nagle dwojgiem cudzoziemców, którzy znali się zbyt dobrze, żeby miało jakikolwiek sens szukać wiszących mostów i jeszcze nieodkrytych górskich ścieżek, które by nas mogły znów połączyć. Wszędzie byśmy tylko upadali i każda próba rozmowy zaraz przerodziłaby się w to fatalne wiązanie, z którym alpinista, który poślizgnął się i spada, wyrywa ze ściany kilka słabo umocowanych haków i pociąga za sobą w przepaść drugą osobę. Nie. Stanowczo trzeba było milczeć i czekać, aż w końcu na stole pojawi się zupa, którą moglibyśmy się przynajmniej na pięć, sześć minut zająć, wymówka, przerzucona nad przepaścią, po której rozlega się upadek krwi. W końcu gospodyni, owinięta w zatłuszczony fartuch, postawiła przed nami ogromną miskę. Wielkością przypominała miskę, która stała na moim rodzinnym stole każdej niedzieli i wystarczała dla czterech osób. Gospodyni zniknęła, zostawiając po sobie nieprzyjemną woń potu i spalonego oleju, ale nie wróciła się wcale, tak jak się spodziewałem, po chochlę i sztućce. Indianka z potarganymi włosami, spocona i z zatłuszczoną twarzą, pojawiła się z jeszcze jedną, tak samo wielką miską zupy. Peruwiańskie porcje, pomyślałem, tylko jak to możliwe, że tutejsi ludzie są tak niscy i tak kościstej budowy? W mojej ręce pojawiła się łyżka. Wytarłem ją w chusteczkę i pochyliłem się nad ogromną miską. Zanurzyłem łyżkę w żółtawej lepkiej cieczy i spróbowałem. Poczułem się, jakbym wlał w siebie śmierdzący zwierzęcy łój. Zadrżałem i spróbowałem jeszcze raz: nie było wątpliwości, zupa była więcej niż obrzydliwa. Spojrzałem na Maję siedzącą przed swoją ogromną miską i gapiącą się w łyżkę, na której z gęstej cieczy wypłynął na wierzch kawałek kurzej łapy. Zamieszałem w swojej misce. Gładką powierzchnię tłuszczu najpierw zburzyły sparzone kurze pazurki, później część opierzonej nogi i kawałki pływającej skóry, które odlepiły się od kości. Głęboko przełknąłem ślinę i powoli odsunąłem miskę jak najdalej od siebie. Przez okno zawiał gorący wiatr i pokrył nas nową warstwą pyłu. Chciałem być już w domu.
Wieczorem siedziałem w oknie naszego pokoju hotelowego, które wychodziło na tętniącą życiem Plazę de Armas. Nocą miasto stało się bardziej znośne i ożywione. Chociaż pył wciąż jeszcze rozciągał się wysoko pod gwiaździste niebo, upał stał się łagodniejszy i miałem wrażenie, że powoli znów stoję, chodzę i oddycham. Po południu udało mi się dostać dobre bilety na lot nad pustynnymi rysunkami na następny ranek i byłem zadowolony, ponieważ rzeczy powoli znów nabierały kształtów. Czułem, że już nie znajdowałem się na krawędzi, że przepaść, w którą przed kilkoma godzinami spadałem bez żadnej nadziei, poczęła się zapełniać ciemnym płynem mocy. Mogłem znów pływać w swoich myślach, nurkować i wracać na podnoszącą się powierzchnię. Na zewnątrz huczał targ, lecz jeśli się przysłuchałeś, mogłeś w oddali usłyszeć ciche falowanie pustyni. Była spokojna i rozległa. Dopiero w ciemności ukazała się jako grzbiet morza. Przypominała mi czasy, kiedy byłem jeszcze dzieckiem i dziadek całymi popołudniami trzymał mnie na rękach i opowiadał o czasach, kiedy jeszcze nie miał piekarni i służył w marynarce. Usiadłem i zacząłem pisać.
Pewnego dnia, jeszcze sam nie wiedział kiedy, Matija Zrcal, młody mistrz piekarnictwa ze Świętego Urbana w Słoweńskich Goricach, usłyszał o próżni. Słowo to nie dawało mu spokoju. Towarzyszyło mu wszędzie i gryzło go gorzej, niż myszy gryzły worki z mąką w kącie jego małej piekarni. Zrcal wypytywał ludzi, ale wciąż nie mógł znaleźć nikogo, kto by mu umiał powiedzieć, czym jest próżnia. Ludzie co najwyżej uważali go za lekko przygłupiego lub stroili sobie z niego żarty. W trakcie jednej z licznych resztek nocy, które Zrcal po męczącym wypiekaniu chleba spędził czuwając przy swojej śpiącej żonie i myśląc o próżni, w końcu stwierdził, że zostawi wszystko i nie wróci do domu, dopóki nie dowie się, czym jest próżnia.
Pewnego wieczoru natknął się w gospodzie na wesołe towarzystwo przy stole. Kompania zebrana była wokół mężczyzny, który słynął z mądrości. „Może jest pan w stanie mi pomóc,” zagadnął go Matija Zrcal, „szukam człowieka, który by mi powiedział, czym jest próżnia.” Mędrzec spojrzał na niego z powagą i rzekł: „Jesteś więc jednym z tych nieszczęśników, którzy nie wiedzą, czym jest próżnia. Jeśli pożyczysz mi swoją sakiewkę, zaraz ci pokażę.” Matija zrobił, co mu kazano. „Raz, dwa, hyc, nie masz nic!” wykrzyknął mędrzec i wysypał zawartość w dłoń oberżysty stojącego obok. Podsunął Matiji pod nos pustą sakiewkę i rzekł: „To, mój drogi, co właśnie widzisz w tej sakiewce, to próżnia”. Towarzystwo wybuchło śmiechem i zaczęło wesoło wznosić toasty, a Matiję, który próbował się sprzeciwiać, wyrzucili za drzwi.
Trwała wojna. Matiję Zrcala powołano do wojska. Pracował w maszynowni na okręcie wojennym krążącym po Morzu Północnym. Podczas jednej z bitew okręt został zatopiony. Matija chwycił łódź ratunkową, w której ratował się też kapitan. „Zgiń,” zachrypiał kapitan. „Ta łódź jest za mała dla nas dwóch.” „Proszę pana,” odpowiedział Zrcal, „opuściłem dom i szukałem kogoś, kto by mi powiedział, czym jest próżnia, dopóki mnie los nie zaniósł na pański okręt, i teraz mam utonąć jak jakiś szczur.” „Zaraz ci dam spróbować próżni,” odpowiedział kapitan i ruszył na Matiję z nożem, wyrzucając go z łodzi. „Rozejrzyj się dookoła,” krzyknął za płynącym kapitan. „Gdziekolwiek spojrzysz, wszędzie jest tylko pusty, beznadziejny horyzont. Nigdzie ani śladu ratunku. Masz swoją próżnię, idioto.”
Matija Zrcal przybył do mnicha, którego uważano za mędrca i cudotwórcę. Upadł na kolana i poprosił, aby ten mu wyjawił, czym jest próżnia. Mnich, zdziwiony niezwykłym pytaniem, pogładził się po swej świętobliwej brodzie. „Nie mogę ci powiedzieć, czym jest próżnia, lecz z pewnością mogę ci powiedzieć, że w chwilach, kiedy człowiek ją poczuje, musi posłać myśli do drugiego, lepszego świata po drugiej stronie życia i śmierci. Myślą o drugim świecie człowiek musi wypełnić próżnię i tak przygotować się na życie pozagrobowe, które dopiero przyjdzie.” Matija wstał. Nic nie wiedział o żadnym drugim świecie. Wszystko, czego pragnął, to otrzymać odpowiedź na pytanie, które było z tego, a nie z jakiegoś innego świata. Zrozpaczony odszedł.
Wiele lat później Matija Zrcal, rozczarowany i postarzały, znalazł się na skrzyżowaniu, gdzie jedna z dróg wiedzie przez most stromo w górę i po ostrym zboczu wije się aż do jego domu. Na moście stał nieznajomy i patrzył w wodę. „Wydaje mi się, że cię skądś znam,” powiedział nieznajomy, nie podnosząc wzroku. Mistrz piekarstwa odpowiedział mu: „Przed wieloma laty wyruszyłem w świat, aby dowiedzieć się, czym jest próżnia. Długo podróżowałem, spotkałem wielu ludzi i słyszałem liczne odpowiedzi. Lecz żadna odpowiedź mnie nie zadowoliła, nikt nie dał mi niczego innego niż ból, poniżenie i zło, w tym czasie umarła moja żona, moje dzieci się wyprowadziły, straciłem majątek i żaden z przyjaciół już nie wspomina mojego imienia.” „Jeśli tak jest,” odpowiedział nieznajomy wciąż patrząc na błyskanie wody w potoku, „to może ja potrafię odpowiedzieć na twoje pytanie. Powiedziałeś, że jest wiele krajów i ludzi, których w trakcie swoich poszukiwań widziałeś i poznałeś. Urazili cię, spowodowali ból i zło, bowiem ty ich nigdy naprawdę nie poznałeś i nie zrozumiałeś. Jeśli byś ich zrozumiał, mógłbyś nazwać ich po imieniu i tym samym odebrać im ich niszczycielską moc. A tak temu, który cię niszczy, możesz tylko patrzeć w oczy i bezsilnie się jąkać. To, co cię oddziela od ludzi i świata to próżnia, i tą próżnią, której szukasz całe życie, jesteś ty sam. Lecz tego nie możesz i prawdopodobnie też nie powinieneś zrozumieć. A ponieważ nie zrozumiesz, nigdy już nie wrócisz do domu.”
Zapisując ostatnie zdanie poczułem, jak po zatłuszczonych ściankach mojego brzucha zatańczyły kurze pazurki z dzisiejszej zupy. Pobiegłem do łazienki, gdzie zginęły w ciemnym labiryncie kanalizacji Nazca. Kiedy z uczuciem ulgi wróciłem do pokoju, Maja leżała w łóżku i czytała.
„Jeszcze tylko jutro i znikamy z tego miasta,” powiedziała nie podnosząc wzroku.
„Tak,” odpowiedziałem i ponownie oparłem się o parapet. Na placu wciąż panowała głośna krzątanina, a wysoko ponad dłonią, bezlitośnie pokrywającą pyłem całe miasto, świeciły gwiazdy. A może to miasto właściwie nie jest takie złe, pomyślałem jeszcze, zanim chmura pyłu, którą wlokła za sobą ogromna ciężarówka, nie przegoniła mnie ostatecznie z powrotem do pokoju.
Przekład: Ewa Ziewiec
Źródło: Aleš Šteger "Včasih je januar sredi poletja", Beletrina, Ljubljana 1999.
Vztrajati, skupaj, sem pomislil in pogledal Majo na drugi
strani mize. Bila sva edina gosta v restavraciji, ki je ležala v
prvem nadstropju ene redkih nepritličnih hiš. Skozi na stežaj
odprta okna so v ostri sončni svetlobi rojili oblaki prašnih
delcev. Skoznje sem lahko videl barakarska naselja, ki so se
vijugala v smeri velike globeli, spominjala je na korito ponikle
reke, čez katero vodi nekaj napol podrtih mostov v smeri
puščave, in pustih hribov globoko za obzorjem. Nobeden
od naju ni spregovoril. Pogreznjena globoko v svoji brezni
sva bila naenkrat dva tujca, ki sta se predobro poznala, da bi
imelo kakršenkoli smisel iskati viseče mostove in še neodkrite
kozje stezice, ki bi naju lahko ponovno povezali. Povsod
bi le strmoglavila in vsak poskus pogovora bi takoj prerasel
v usodno navezo, s katero plezalec, ki mu je spodrsnilo in
strmoglavlja, izpuli iz stene nekaj šibko pritrjenih klinov in
potegne za sabo v brezno tudi drugega. Ne. Dosledno je bilo
treba molčati in čakati, da bo končno prišla na mizo juha, s
katero bi se lahko vsaj za pet, šest minut zamotila, pretvezno
opravilo, spleteno čez prepad, po katerem odmeva padec
krvi. Končno je gospodinja, zavita v povoščen predpasnik,
postavila pred naju ogromno skledo. Po velikosti je spominjala
na skledo, ki je stala na domači mizi moje družine vsako
nedeljo in je zadostovala za štiri osebe. Gospodinja, za katero
je ostajal neprijeten vonj po potu in prežganem olju, je
izginila, a ne da bi se, kot sem mislil, vrnila z zajemalko in jedilnim
priborom. Indijanka skuštranih las, prepotena in zamaščena
v obraz, se je prikazala s še eno, enako veliko skledo
juhe. Peruanske porcije, sem pomislil, le kako da so ob
njih tukajšnji ljudje tako nizke in tako koščene rasti? V mojo
roko je pripotovala žlica. Obrisal sem jo v robec in se sklonil
nad ogromno skledo. Potopil sem žlico v rumenkasto lepljivo
tekočino in poskusil. Bilo je, kot da bi vase vlil smrdeč živalski
loj. Zadrgetal sem in poskusil še enkrat: brez dvoma,
juha je bila več kot nagnusna. Pogledal sem Majo, ki je sedela
pred svojo ogromno skledo in strmela v žlico, na kateri je
iz goste tekočine priplaval na dan kos kurje tace. Pomešal
sem po svoji skledi. Mastno gladino so predrli najprej poparjeni
kurji krempeljci, zatem del dlakaste noge in kosi plavajoče
kože, ki so se odlepili od kosti. Globoko sem pogoltnil
slino in počasi odrinil skledo čim dlje od sebe. Skozi okno je
zapihal vroč veter in naju pokril z novo plastjo prahu. Hotel
sem domov.
Zvečer sem sedel na oknu najine hotelske sobe, ki je gledalo
na Plazo de Armas, kjer je kar vrelo ljudi. Z nočjo je
mesto postalo bolj znosno in živahno. Prah se je sicer še zmeraj
dvigoval visoko pod zvezdnato nebo, toda vročina je postala
bolj blaga in imel sem občutek, da počasi spet stojim,
hodim in diham. Popoldne mi je uspelo dobiti ugodne karte
za let nad puščavskimi črtami za naslednje jutro in bil sem
zadovoljen, saj so stvari počasi spet dobivale svoje oblike.
Čutil sem, da je bil rob že za mano, da se je brezno, v katero
sem še pred nekaj urami brezupno padal, pričelo polniti s
temno tekočino moči. Lahko sem spet plaval skozi svoje misli,
se potopil in se vrnil na dvigajoče se površje. Zunaj je bučal
trg, a če si prisluhnil, si lahko v daljavi slišal mirno valovanje
puščave. Bila je spokojna in širna. Šele v temi se je pokazala
kot hrbtna stran morja. Spominjala me je na čas, ko
sem bil še otrok in me je dedek cele popoldneve držal v naročju
ter pripovedoval o časih, preden je imel pekarno in je
služil v mornarici. Sedel sem in pričel pisati.
Nekega davnega dne, še sam ni vedel kdaj, je Matija Zrcal, mladi
pekovski mojster iz Svetega Urbana v Slovenskih Goricah, slišal za
praznino. Beseda mu ni dala miru. Spremljala ga je vsepovsod in ga
glodala huje, kot so miši glodale vreče moke v kotu njegove male pekarne.
Zrcal je spraševal ljudi, a ni in ni se našel kdo, ki bi mu znal
povedati, kaj je praznina. Ljudje so ga kvečjemu imeli za rahlo prismuknjenega
ali pa so zbijali iz njega grenke šale. V enem od številnih
preostankov noči, ki jih je Zrcal po naporni peki kruha prebedel
ob svoji speči ženi, misleč na praznino, je slednjič sklenil, da bo vse zapustil
in da se ne vrne domov, dokler ne izve, kaj je praznina.
Nekega večera je v gostilni naletel na veselo omizje. Druščina je
bila zbrana okrog gospoda, ki je slovel kot vseved. Morebiti mi lahko
pomagate, ga je nagovoril Matija Zrcal, iščem človeka, ki bi mi povedal,
kaj je praznina. Vseved ga je resno pogledal in rekel: "Ti si torej
eden tistih nesrečnežev, ki ne vedo, kaj je praznina. Če mi posodiš
svoj mošnjiček, ti jo nemudoma pokažem." Matija je storil, kot je bilo
rečeno. "En, dva, tri, nič si ti!" je vzkliknil vseved in izpraznil vsebino
v dlan natakarja, ki je stal ob strani. Pomolil je Matiji prazno
mošnjo pred nos in rekel: "To, moj dragi, kar pravkar vidiš v tem
mošnjičku, je praznina." Druščina je prasnila v smeh in pričela veselo
nazdravljati, Matijo, ki je hotel ugovarjati, pa so spodili pred vrata.
Bil je vojni čas. Matijo Zrcala so rekrutirali. Postal je strojnik na
vojni ladji, ki je križarila po Severnem morju. V eni od bitk je bila potopljena.
Matija se je oklepal rešilnega čolna, v katerega se je rešil
tudi kapitan. "Izgini," je zahropel kapitan. "Ta čoln je premajhen za
dva." "Prosim vas," je odvrnil Zrcal, "zapustil sem dom in iskal koga,
ki bi mi povedal, kaj je praznina, dokler me ni usoda zanesla na vašo
ladjo, in sedaj naj brez vsega utonem kot kaka podgana." "Takoj
ti dam porcijo praznine", je odvrnil kapitan in sunil z nožem proti
Matiji, da je spusti čoln. "Poglej naokrog," je za plavajočim zavpil
kapitan. "Kamorkoli pogledaš, povsod je le raven, brezupen horizont.
Nikjer ni niti sledu kake rešitve. To je tvoja praznina, ti idiot."
Matija Zrcal je prispel do meniha, o katerem se je širil glas kot o
modrecu in čudodelniku. Padel je na kolena in ga prosil, naj mu razodene,
kaj je praznina. Menih se je, začuden nad nenavadnim vprašanjem,
pogladil po svoji svetlobni bradi. "Ne morem ti povedati, kaj
je praznina, a z gotovostjo ti lahko povem, da se v trenutkih, ko jo človek
začuti, mora predati misli na drug, boljši svet onkraj življenja in
smrti. Z mislijo na drug svet mora človek zapolniti praznino in se
tako pripraviti na onstranstvo, ki šele prihaja." Matija je vstal. Za
noben drug svet ni vedel. Vse, kar si je želel, je bilo dobiti odgovor na
vprašanje, ki je bilo s tega in ne s kakega drugega sveta. Obupan je
odšel.
Po mnogih letih se je Matija Zrcal, razočaran in postaran, znašel
na križišču, kjer ena od cest zavije čez most ostro navkreber in po ostrem
slemenu privijuga do njegovega doma. Na mostu je stal neznanec
in gledal v vodo. "Nekam znan se mi zdiš," je rekel neznanec, ne
da bi dvignil pogled. Pekovski mojster mu je odgovoril: "Pred leti sem
se odpravil v svet, da bi izvedel, kaj je praznina. Dolgo sem potoval,
srečal mnogo ljudi in slišal številne odgovore. A noben odgovor me ni
zadovoljil, nihče mi ni dal ničesar drugega kot bolečino, ponižanje in
zlo, medtem pa je moja žena umrla, moji otroci so se razselili, izgubil
sem imetje in noben od prijateljev se več ne spominja mojega imena."
"Če je tako," je odvrnil neznanec in še naprej zrl v svetlikanje
vode v potoku, "ti morda jaz lahko odgovorim na tvoje vprašanje. Rekel
si, da obstaja ničkoliko krajev in ljudi, ki si jih med svojim iskanjem
videl in izkusil. Dotaknili so se te, ti povzročili bolečine in zlo,
kajti ti jih nisi nikoli zares spoznal in razumel. Če bi jih namreč zares
razumel, bi jih lahko poimenoval in jim s tem odvzel njihovo uničujočo
moč. Tako pa lahko zgolj gledaš v oči temu, kar te uničuje, in
ob tem pogledu nemočno jecljaš. To, kar te ločuje od ljudi in sveta, je
praznina, in ta praznina, ki jo vse življenje iščeš, si ti sam. A tudi
tega ne moreš in morda tudi ne smeš razumeti. In ker ne razumeš, se
nikdar več ne vrneš domov."
Med zapisovanjem zadnjega stavka sem začutil, kako so
po zamaščenih stenah mojega trebuha zaplesali kurji krempeljci
iz opoldanske juhe. Stekel sem v kopalnico, kjer so izginili
po temnem labirintu Nazcine kanalizacije. Ko sem se
olajšan vrnil v sobo, je Maja ležala v postelji in brala.
"Samo še jutri, pa izgineva iz tega mesta," je rekla, ne da
bi privzdignila oči.
"Ja," sem odvrnil in se ponovno prislonil ob okensko polico.
Na trgu je še zmeraj vladal hrupen vrvež in nad prašno
dlanjo, ki je neizprosno pokrivala vso mesto, so žarele visoke
zvezde. Mogoče pa to mesto konec koncev vseeno ni tako
slabo, sem še pomislil, preden me je oblak prahu, ki ga je za
sabo vlekel ogromen tovornjak, dokončno pregnal nazaj v
sobo.
Vir: Aleš Šteger "Včasih je januar sredi poletja", Beletrina, Ljubljana 1999.