Boštjan Seliškar: Taksówkarz (fragment)

Znów Titowa, teraz ostre centrum. Przebłysk błękitu, światło pulsuje, suka wjechała na chodnik, powoli się ślizgam i obojętnie spoglądam, mięsiści milicjanci wciskają do środka podejrzanego rozrabiakę, musi być jeszcze silny, wszak ledwie go skuwają. Na chodniku po drugiej stronie zatrzymuje się druga suka. Wyskakują jeszcze dwaj – widać chodzi o grubszą sprawę. Rzadko się zdarzają takie interwencje w naszym mieście. Włączam radio, sprawdzam, jak trzeba, czy mnie w tym czasie nie wzywali, przekręcam guzik na odbiorniku, przez popękany głośnik wylewa się melancholijna melodia cichej piosenki. Reminiscencja rozwleczonego, mrugającego obrazu drobnych i jeszcze drobniejszych tułaczek. Z tych mżących wspomnień – to południe, ta wczesna rekonwalescencja. Ten rozpad, przedziwna miłość, migająca obsesja! Zakopałem je, wydawało się, napijmy się więc, przyjacielu, mięsień na łuku nieubłagalnie wygina nędzne pożądanie pod dziób, w sadzawkę, brzęczenie ustaje pośród ukrywających się, zbieracze mułu przybłąkali się do gwieździstego mola! Fetysz jest podobny do dusiciela. Zaćmienie słońca. Podczas powrotu wszystko po staremu, dziur coraz mniej. Mniej więcej dwa miesiące, też nie pisałem do niej, wiem, że by się ucieszyła. Po paru dniach zaliczyłem egzamin z historii marksizmu, na piątkę, bardziej na blef. Znowu piłem, białe szprycery, piwo, w weekendy z przyjaciółmi w rodzimej knajpie. Jeszcze bardziej się zbliżyłem ze wspomnianą już przyjaciółką, wiele godzin spędziliśmy razem, czułem do niej jakieś pożądanie, całkowicie cielesne, nigdy jednak się nie kochaliśmy. Mogłem zapisać się na następny rok. Wszystko po staremu i ostatnie nocne westchnienia. Szarmancki kobiecy głos z radia, wpół do piątej, pół godziny ludowych śpiewów. Pierwsze autobusy z zajezdni, pojedyncze samochody osobowe, cięższych ciężarówek nie ma, dziś mają zakaz. Po przedmieściach obraca mnie ślepy strumień, jeszcze jakieś dwie godziny do końca. Kobieta na Masarykowej, chyba bardzo jej się śpieszy. Szybko przez tunel, na zakrętach jak gumiasta piłka, miasto wypełnia lekko żarzące się światło, obok szpitala. Na przednie siedzenie, do mnie. Uporządkowana, zadbana, całkiem pełnych kształtów, w najlepszych latach. Po Šišce, czym prędzej. Mrozi mnie na całym ciele, ale członek na szczęście nie podskakuje – tak jest lepiej, z powodu bezpieczeństwa. Ściszam radio, sprawnie przetykam się pośród powoli pełznącej ulicznej masy, kobieta, którą wiozę, coś po cichu mamrocze, może sama do siebie. Wydaje się, jakby w ogóle się jej jednak nie spieszyło, na drodze jest już prawdziwy korek, a ja jadę w kierunku nowego osiedla w Dravljach. Dokładnie dziesięć tysi. Plądruje torebkę i patrzy na mnie bojaźliwie. Wzrusza ramionami, a potem nagle się z niej wylewa. O mężu, który ją bije, o kochanku, który jej nie daje pieniędzy, o dziecku, wydatkach, inflacjach. Próbuje zapłakać, chwyta mnie za kolano, niezbyt mocno, oczekuje, że jej wybaczę. Z nadzieją spogląda w moją łagodną, jeszcze chłopięcą twarz. Rzeczywiście, nie nadaję się do tej pracy, jeszcze na mnie patrzy, głaszcze mnie po twarzy ruchami dojrzałej kobiety. Prawie niezauważalnie znika. Nagle zostaję sam – obłąkańczo, strasznie sam. Mógłbym wziąć jej adres lub numer telefonu, prawdopodobnie bez problemu. Ponowne spotkanie po trzech miesiącach, przypadkowo, przed antykwariatem, objęta z jakimś swoim starym przyjacielem. Nie wierzę, że się kochają, na tyle ją znam. Tak czy inaczej, mocno mnie dotyka. Później podróżuję, po parę dni w każdym miejscu. Serbia, Czechy. W twarzach obcych kobiet rozpoznaję jej rysy, paranoicznie pragnę jej bliskości, po powrocie do niej piszę. Kilka razy, ale nigdy nie wrzucam do skrzynki. W końcu jednak udało mi się wysłać, a ona po trzech tygodniach mi odpisuje, dwa krótkie zdania, szlag mnie trafia, silnik szaleje, z daleka pachnie eksplozją. Takie same wąskie, długie ulice, ostatnie jazdy. Znów trochę za miasto, w kierunku Kranja. I znów z powrotem. W radiu monotonna audycja przeplatana piosenkami. Wymiana. Mroczna twarz, trzydniowy zarost na brodzie, ostry zapach po gorzale. Elegancka pani z piszczącym głosem. Parę dziewcząt, którym się spieszy na dworzec autobusowy. Totalnie pijany staruszek, przy wysiadaniu prawie upada, pomagam mu dojść do najbliższego baru. Zgniecione myśli, nieobecny ślad ostatnich kilometrów, jeszcze minuta, jeszcze sto metrów. Skręt przed bazą. Ktoś przejmie mój pojazd. Nie wiem, ile przejechałem. Nie interesuje mnie to, mam regularną państwową pensję, choć nędzną – pod średnią krajową. Ósma godzina rano, mgliste snopy powoli, ostrożnie się przerzedzają, na popołudnie zapowiadali deszcz. Jestem zmęczony, będę spał co najmniej do pierwszej, wpół do drugiej. Czytam napisy na miejskich autobusach, mojego znów nigdzie nie ma. Kurwa, najbardziej zaniedbana linia. Skończyłem na dzisiaj. A potem? Co? A teraz? Wszystkie dziury załatane?

Źródło: "Čas kratke zgodbe. Antologija slovenske kratke zgodbe"; red. Tomo Virk, Beletrina, Ljubljana 1998.

Przekład: Tomasz Łukaszewicz

Całe opowiadanie ukazało się w książce Noc w Lublanie. Angologia współczesnej krótkiej prozy słoweńskiej wydanej nakładem Wydawnictwa Międzymorze.

Boštjan Seliškar: Taksist (fragment)

Spet Titova, zdaj strogi center. Preblisk modrine, luč utripa, marica je zapeljala na pločnik, počasi drsim in radovedno pogledujem, mesnata miličnika tlačita noter domnevnega razgrajača, mora že biti močan, saj ga le s težavo uklanjata. Na pločniku preko še ena marica. Še dva se poženeta ven, zgleda gre za večjo stvar. Redke intervencije v našem mestu. Vključam telefon, preverim, kot kaže, me medtem niso klicali, obrnem gumb na radiu, skozi režast zvočnik se usiplje otožna melodija nemoteče popevke. Reminiscenca razvlečene, migotave podobe drobnih in še drobnejših potepanj. Odtisi prsečih spominov, ta jug, ta skorajšnja rekonvalescenca. Ta izpad, prečudna ljubezen, mrgoleča obsesija! Zakopal sem jih, se je zdelo, pijva prijatelj, mišica na loku neizprosno upogiba oguljeno strast pod premec, v tolmun, brnenje ponehuje med skrivalci, obiralci mulja so se zatekli k zvezdnatemu pomolu! Fetiš je podoben davitelju. Sončni mrk. Ob vrnitvi vse po starem, lukenj vse manj. Približno dva meseca, tudi pisal ji nisem, vem, da bi bila vesela. Po par dneh sem naredil izpit iz zgodovine marksizma, z desetko, bolj na blef. Spet sem pil, bele špricerje, pivo, čez vikende s prijateljem v domači gostilni. Še bolj sem se zbližal z že omenjeno prijateljico, veliko ur sva preživela skupaj, nekakšno strast sem čutil do nje, povsem telesno, ljubila se nisva nikoli. Lahko sem se vpisal v naslednji letnik. Vse po starem in zadnji nočni vzdihi. Šarmantni ženski glas iz radia, pol petih, pol ure narodozabavnih viž. Prvi avtobusi iz remize, redki osebni avtomobili, težjih tovornjakov ni, danes imajo prepoved. Slepi tok po predmestjih me vrtinči, še slabi dve uri so konca. Ženska na Masarykovi, baje se ji zelo mudi. Hitro skozi tunel, po ovinkih ko gumijasta žoga, mesto se polni z rahlo ožarjeno svetlobo, mimo bolnice. Kar na sprednji sedež, k meni. Urejena, negovana, precej polnih oblin, v najboljših letih. Po Šiški, pa čim hitreje. Zmrazi me po telesu, a ud k sreči ne poskoči, bolje je tako, zaradi varnosti. Stišam radio, spretno se pretikam med počasi polzečo prometno maso, ženska, ki jo vozim, nekaj potihnem momlja, morda sama sebi. Zdi se, ko da se ji sploh ne mudi, na cesti je že prava konica, vozim proti novemu naselju v Dravljah. Točno deset jurjev. Brska po torbici in me plašno pogleda. Skomigne z rameni, potem pa se usuje iz nje. O možu, ki jo tepe, o ljubimcu, ki ji ne daje denarja, o otroku, izdatkih, inflacijah. Skuša zajokat, prime me za koleno, ne premočno, sluti, da ji bom oprostil. Zaupljivo pogleduje moj nežni, še fantovski obraz. Res nisem sposoben za ta posel, še me gleda, poboža me po licu s kretnjo zrele ženske. Skoraj neopazno izgine. Naenkrat sem sam, blazno, strašno sam. Lahko bi vzel njen naslov ali telefonsko številko, verjetno brez problemov. Ponovno snidenje po treh mesecih, slučajno, pred Antikvariatom, objeta z nekim svojim starim prijateljem. Ne verjamem, da se ljubita, toliko jo poznam. Vseeno me močno prizadene. Pozneje potujem, po par dni. Srbija, Češka. Na obrazih tujih žensk prepoznavam njene poteze, paradoidno si želim njene bližine, ob povratku ji pišem. Nekajkrat, a nikoli ne oddam. Potem se le zgodi, da ji pošljem, po treh tednih mi odpiše, dva kratka stavka, požene me kvišku, motor rohni, od daleč diši po eksploziji. Enake, tenke, dolge ulice, zadnje vožnje. Spet malo ven, proti Kranju. Pa spet nazaj. Na radiu enoličen program, vmes popevke. Izmenjave. Mračen obraz, tri dni stare kocine na bradi, oster vonj po žganju, Fina gospa s piskajočim glasom. Par deklet, ki se jim mudi na avtobusno postajo. Totalno pijan starček, ob izstopu se skoraj zruši, pomagam mu do bližnjega bifeja. Zgnetene misli, odsotna sled zadnjih kilometrov, še minuta, še sto metrov. Zavoj pred garažo. Nekdo bo prevzel moje vozilo. Ne vem, koliko sem prevozil. Me ne zanima, imam redno, državno plačo, borno, pod slovenskim povprečjem. Osma jutranja ura, megleni snopi se komaj opazno redčijo, za popoldne je napovedan dež. Utrujen sem, spal bom vsaj do enih, pol dveh. Prebiram napise na mestnih avtobusih, mojega spet od nikoder. Jebemti, najbolj zanikrna proga. Končal sem za danes. In potem? Kaj? In zdaj? Zakrpane vse luknje?

Vir: "Čas kratke zgodbe. Antologija slovenske kratke zgodbe"; red. Tomo Virk, Beletrina, Ljubljana 1998.