Kamil Troka

Wycieczka do Słowenii

Na naszą pierwszą samodzielną wyprawę za granicę samochodem wybraliśmy się pełni obaw. Autko miałem już lekko nadgryzione zębem czasu, czasami sprawiało niespodzianki, ale przed wyjazdem wymieniłem wszystko, co mogłoby się popsuć, więc stres został lekko zniwelowany. Podróż była podzielona na trzy raty. Pierwszą część pokonałem sam, z drobnymi przygodami po drodze, ale na całe szczęście dojechałem cały i zdrowy do Oleśnicy. Następnego dnia z samego rana już razem pojechaliśmy w stronę Kudowy-Słonego, czyli przejścia granicznego pomiędzy naszym pięknym krajem a Czechami. Po zakupieniu winiety, małym obiadku i obowiązkowym „siusiu”, udaliśmy się w kierunku Pragi. Ten odcinek minął nam błyskawicznie, autostradą mój wehikuł mknął przeciętnie 140 km/h więc po południu trafiliśmy do akademika, który to na okres wakacji zmienia się w Hostel i w którym to zostaliśmy na tydzień. Zwiedzaliśmy Pragę bardzo intensywnie i praktycznie starą część miasta znaliśmy już jak własne kieszenie. Nie będę się skupiał na szczegółach, gdyż z założenia jest to relacja z wyprawy do Słowenii :) Dodam tylko, że Welcome Hostel, jakim to mianem akademik latem się szczyci jest świetnym i tanim miejscem na pobyt w Pradze. Na trasie do stolicy Czech samochód spisywał się bez zarzutu, więc już bez obaw obraliśmy kierunek na południe. Zdecydowaliśmy się jechać przez Czeskie Budziejowice, dalej Linz i Graz. W tym miejscu muszę dodać, że nasz samochód był na gaz. Z zatankowaniem tego paliwa na terenie Republiki Czeskiej nie było najmniejszego problemu. Schody się zaczęły w Austrii. Staraliśmy przygotować się do podróży dobrze i w tym celu, po wcześniejszym sprawdzeniu wiadomości w Internecie, zaznaczyliśmy na mapie wszystkie stacje z gazem LPG na terenie Czech, Austrii i Słowenii. Pech chciał, że Austria z tych trzech wymienionych krajów jest krajem sytuowanym najlepiej i widocznie obywatele tegoż kraju, w odróżnieniu od naszych rodaków, nie zaczęli masowo zakładać w samochodach instalacji gazowych i większość z zaznaczonych przez nas stacji była po prostu zamknięta z powodu braku chętnych. Gdy już powoli zaczęliśmy tracić nadzieję na znalezienie gazu w Austrii, 20 km przed Grazem pojawiła się stacja z LPG. Oczywiście było bardzo drogo – litr kosztował około 1 €, a był naprawdę bardzo złej jakości. Silnik pracował na nim nierówno, ale na całe szczęście samochód jechał dalej. Zaraz po przekroczeniu granicy wymieniliśmy część pieniędzy na tolary i kupiliśmy mapę Lublany, gdyż chcieliśmy spać na kempingu, którego adres znaleźliśmy w przewodniku, no i wypadało się jakoś do niego dostać. I już przy zakupie spotkał nas mały szok, bo mapa kosztowała w przeliczeniu na nasze kochane złotówki około 40 zł! No ale cóż, bez mapy ani rusz :) Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów znów niespodzianka – bramki pobierania opłat za autostradę pojawiały się bardzo często, co nie tylko spowalniało naszą drogę, ale także zmniejszało nasz budżet. W późnych godzinach nocnych dotarliśmy do Lublany, w przewodniku znaleźliśmy informacje z adresem kempingu, więc zaczęliśmy szukać drogi do celu. Zajęło nam to chyba dwie godziny – a to przez drobny szczegół – kemping zmienił nazwę na Laguna, a z ulicy Dunajskiej, przy której się mieścił, widoczny był praktycznie tylko hotel. Gdy wreszcie dotarliśmy na kemping od razu wiedzieliśmy, że było warto. Warunki, co tu wiele mówić, światowe, w centrum kempingu nienagannie czyste toalety i kabiny prysznicowe, kompleks oświetlonych boisk do uprawiania różnych sportów oraz przepływająca przez kemping rzeka, po której można pływać kajakiem. Ale cena jak na polską kieszeń niemała – 8 € za osobę za dobę. Jak dla nas to i tak świetnie, bo doba w hostelu kosztuje 25€ :) Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy następnego dnia z rana. Spotkaliśmy się z przyjaciółmi, wypiliśmy obowiązkową kawę i w drogę. Widoki przepiękne! Lublana ma niewątpliwie specyficzną atmosferę – widoczne są wyraźnie wpływy austriackie, ale atmosfera raczej włoska. Na spacerowaniu minął nam cały dzień, a wieczorem weszliśmy na Grad – zamek górujący nad miastem i jego wieżę, z której to rozpościera się niesamowity widok na miasto. Imponujący szczególnie nocą. Nie będę się może rozpisywał o zabytkach, powiem tylko, że zdecydowanie warto odwiedzić muzeum miejskie. Przedmioty znajdujące się w nim należą generalnie do historii współczesnej, a niektóre z nich można śmiało dotknąć. Mnie szczególnie przypadł do gustu mały, żółty „Ficio”, do którego można swobodnie wsiąść.
Na obiady najczęściej chodziliśmy do pizzerii „Emonska klet”. Pizze podają wyśmienite, a trafiliśmy akurat na okres promocji, więc nasz budżet tym razem nie był rujnowany. Po trzech dniach pobytu w stolicy Słowenii zdecydowaliśmy, że pojedziemy nad morze. Po drodze zajechaliśmy do Postojnej gdzie zobaczyliśmy słynną jaskinię oraz zamek. Jaskinia naprawdę jest imponująca. W środku panuje niska temperatura, więc raczej sugeruję zabrać ze sobą coś ciepłego. Ja tego nie zrobiłem :( Nie było mi bardzo zimno, ale w momencie, gdy jedzie się kolejką w jaskini, podmuch powietrza robi swoje. Sama jaskinia w środku jest oświetlona w interesujący sposób, co sprawia że jest bardzo tajemnicza. Każda komnata kryje w sobie jakąś historię, a przewodnicy opowiadają bardzo ciekawie i z ogromną pasją i zaangażowaniem. Za to w samym zamku nie ma specjalnie nic ciekawego, ale warto do niego pojechać ze względu na jego wygląd. Zresztą zobaczcie na zdjęciu. A widok z góry też jest niczego sobie. Z zamkiem wiąże się ciekawa legenda, ale o niej może opowiemy w innym miejscu.
Było jeszcze dość wcześnie, więc stwierdziliśmy, że na obiad zatrzymamy się w Koprze. Znaleźliśmy miejsce parkingowe w podziemiach galerii handlowej, więc samochód mógł stać sobie w cieniu, co ważne, bo temperatura na zewnątrz dochodziła do 30˚ w słońcu. Koper to typowe nadmorskie miasto, w którym dominuje przemysł morski. Panuje wszechogarniający zapach morza. W ciągu dwóch godzin przeszliśmy stare miasto wzdłuż i wszerz, no i standardowo zjedliśmy pizzę na pół. Kilka kilometrów za Koprem jest Izola. Początkowo chcieliśmy tam rozbić nasz namiot, ale gdy zajechaliśmy na kemping, spotkało nas duże rozczarowanie. Byliśmy przyzwyczajeni już do „luksusów” Laguny i jedna mała toaleta, w której istnieją określone godziny korzystania, na bardzo zatłoczonym polu namiotowym, nie nastroiła nas optymistycznie do tego miejsca. Tym bardziej, że nie mogliśmy znaleźć żadnego rezydenta. Jako, że byliśmy nad morzem to postanowiliśmy jechać dalej wybrzeżem, aż napotkamy na kemping, który nam się spodoba. Tak oto zajechaliśmy do miejscowości Lucija. Tamtejszy kemping miał bardzo wiele pustych miejsc, dość dobre warunki sanitarne (ale do Laguny i tak się nie umywały) no i dostęp do prywatnej plaży, z której rozpościerał się wspaniały widok na Portorož. Nieopodal kempingu był Mercator, także mogliśmy swobodnie robić zakupy. Niestety jest bardzo duża różnica cenowa pomiędzy Ljubljaną a Portorožem, w niektórych miejscach sięgająca nawet 100 %. Miasteczko jest bardzo małe, trochę podobne do naszych kurortów nadmorskich, jednak znajduje się tam bardzo wiele hoteli i restauracji – o wiele więcej niż u nas. Wieczorami jest ono bardzo ładnie oświetlone i można po nim spacerować godzinami.
Gdy jest się nad słoweńskim morzem koniecznie trzeba pojechać do Piranu. To jedno z najpiękniejszych miasteczek, jakie widziałem! Z dzwonnicy rozpościera się wspaniały widok na miasto. Czerwony daszek obok daszka, a nieopodal drzewka i błękit morza. Po prostu poezja. Niestety dla zmotoryzowanych jest pewien problem. Na terenie całego miasta znajduje się strefa płatnego parkowania, więc gdy się chce wjechać autem do Piranu trzeba zapłacić – i to niemało. Jednak miasto jest warte każdej ceny. Po zwiedzaniu można usiąść w jednej z kawiarni na placu Tartiniego i wypić pyszną małą kawkę.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i z powodu szybko wyczerpującego się budżetu musieliśmy zacząć myśleć o powrocie do Polski. W drodze powrotnej zajechaliśmy do Bledu. Widok z zamku na wyspę jest powalający, a zainteresowani mogą na nią popłynąć z flisakiem. Bądź co bądź to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Słowenii. Powrót planowaliśmy inną trasą, jednak z powodu remontów i objazdów ponownie trafiliśmy na trasę Graz – Budziejowice. Podróż powrotna była bardzo stresująca i wyczerpująca, i gdy tylko przekroczyliśmy granicę austriacko-czeską skorzystaliśmy z usług pierwszego napotkanego hotelu i po upragnionym prysznicu poszliśmy spać. Następnego dnia zrobiliśmy w Budziejowicach małe zakupy dla rodzinki i pojechaliśmy w kierunki Polski. Oczywiście nie wszystko poszło gładko i bezboleśnie. W Polsce, chcąc skrócić sobie drogę, lekko się pogubiliśmy i złapaliśmy gumę. Zapasowa „dojazdówka” znajdowała się na samym dnie bagażnika, jak to zazwyczaj bywa, więc musieliśmy wyciągnąć praktycznie wszystkie bagaże. Na całe szczęście udało nam się bezpiecznie dojechać do Oleśnicy, skąd następnego dnia pomknąłem do Skarszew.

Kamil Troka

Izlet v Slovenijo

Na najino prvo samostojno potovanje z avtom sva se s Kasio podala z veliko zaskrbljenostjo. Avto je bil že precej star, včasih je neprijetno presenečal, vendar sem pred odhodom pregledal vse, kar bi se lahko pokvarilo, zato je bil stres malo manjši. Pot sva si razdelila na tri dele. Prvi del sem prevozil sam, z drobnimi pripetljaji na poti, ampak na srečo sem prišel zdrav v Olesnico. Naslednjega jutra sva skupaj nadaljevala proti Kudowi-Slone, mejnem prehodu naše lepe države s Češko Republiko. Ko sva že kupila vinjeto, pojedla majhno kosilo ter obvezno obiskala WC, sva odpotovala v smer Prage. Ta del je minil bliskovito, moje vozilo je hitelo po avtocesti povprečno 140 km/h, zato sva že popoldne dosegla študentski dom, ki se v času počitnic spreminja v hostel, kjer sva ostala en teden. Prago sva si ogledala zelo intenzivno, star del mesta sva že poznala kot lasten žep. Ne bom dolgovezil, ker naj bi to bila reportaža iz izleta v Slovenijo :). Naj samo še dodam, da je Welcome Hostel odlično in poceni bivališče v Pragi. Na poti v glavno mesto ni bilo problemov z avtom, zato sva brez zaskrbljenosti krenila na jug. Odločila sva se peljati skozi Česke Budejovice, nato mimo Linza in Gradca. Moram še dodati, da je bil najin avto na plin. S tankanjem v Češki Republiki ni bilo problemov, huje pa je bilo v Avstriji. Pred potovanjem sem na internetu preveril vse bencinske črpalke s plinom in sem si jih označil na zemljepisni karti. Na nesrečo je bila večina zaprta zato, ker ni bilo strank. Ravno, ko sva začela izgubljati upanje, sva 20 km pred Gradcem našla LPG črpalko. Seveda je bilo zelo drago, 1 liter je stal okoli 1 evro, pa še res slabe kakovosti je bil. Kmalu nato, ko sva prešla mejo, sva zamenjala evre v tolarje in kupila karto Ljubljane. Ob nakupu karte sva bila malo v šoku, ker je majhna karta stala okoli 40 zlotov! No, sicer pa brez karte ne gre. Po nekaj deset kilometrih zopet začudenje – cestninske postaje za pobiranje denarja na avtocesti so se pojavile večkrat, kar nama je zmanjšalo hitrost in proračun. Pozno zvečer sva prišla v Ljubljano. Imela sva velike težave pri iskanju kampa, ker je spremenil ime na »Laguna«. Končno sva ga le po dveh urah našla in se je pokazalo, da je bil res vreden iskanja. Razmere na svetovnem nivoju – razsvetljena igrišča za različne športe, reka, ki teče skozi kamp in se lahko po njej pluje s kanuji. Ampak cena, za poljski žep na primer, ni najbolj privlačna – 8 evrov za 24 ur na osebo. Vseeno je bilo za naju v redu, saj je noč v hostelu stala celih 25 evrov. Z obiskom mesta Ljubljane sva začela naslednjega dne. Srečala sva se s prijatelji, popila sva obvezno kavico in odšla na sprehod po mestu. Prelepi razgledi! V Ljubljani je brez dvoma posebno vzdušje – lahko vidimo izrazite avstrijske vplive, vendar je vzdušje bolj podobno temu v italijanskih mestih. Pohajala sva ves dan, zvečer pa sva se vzpela na Ljubljanski grad, ki se dviga nad mestom ter na njegov stolp, s katerega se razprostira občudovanja vreden pogled na vse mesto. Ne bom preveč pisal o spomenikih, lahko samo povem, da se zares splača obiskati Mestni muzej. Predmeti, ki se tam nahajajo, večinoma pripadajo sodobni zgodovini. Posebno všeč mi je bil majhen, rumen »fičo«, v katerega se lahko celo vstopi.
Kosila sva v glavnem jedla v piceriji »Emonska Klet«. Pice so bile odlične, pa še septembra je bil tam popust, zato najin proračun ni trpel. Po treh dneh bivanja v Ljubljani sva se odločila, da bova šla na morje. Peljala sva se preko Postojne, kjer sva si ogledala slavno jamo in Predjamski grad. Jama je res veličastna. Znotraj je hladno, zato priporočam vzeti toplo obleko. Žal, jaz nisem tega naredil :(. Ni bilo zelo hladno, ampak ko se pelje z vlakom po jami, sunek vetra dela svoje. Jama je v notranjosti razsvetljena na zanimiv način, kar povzroča skrivnostno vzdušje. Vsaka dvorana ima svojo zgodovino, vodiči pa o njih pripovedujejo na zelo zanimiv način. Kar se tiče Predjamskega gradu: čeprav mogoče v njegovi notranjosti ni nič posebnega, ga je vredno obiskati zaradi njegove podobe. Sicer pa si poglejte fotografijo. Pogled iz vrha gradu navzdol je tudi izjemen. Z gradom je povezana zanimiva legenda, o kateri napišem kdaj drugič. Bilo je precej zgodaj, zato sva se odločila, da bova kosilo jedla šele v Kopru. Na srečo sva našla parkirno mesto v garaži nakupovalne galerije, kar je bilo nujno za avto, da ne bi stal na soncu, kjer je bilo celih 30°C. Koper je tipično obmorsko mesto s prevladujočo pomorsko industrijo. Povsod diši po morju. V dveh urah sva si ogledala staro mesto po dolgem in počez, ter pojedla, kot vedno, pico. Nekaj kilometrov za Koprom je Izola. Na začetku sva prav tam nameravala postaviti šotor, ampak ko sva prispela v kamp, naju je zelo razočaral. Navajena na luksuzi kamp „Laguna“ sva ugotovila, da eno majhno stranišče z omejenimi urami uporabe ter grozna gneča nista za naju. Za dodatek tudi predstavnika kampa ni bilo na vidiku. Ker sva bila na morju, sva se odločila, da bo najbolje če greva dalje vzdolž obale, dokler ne najdeva drugega kampa, ki nama bo ustrezal. Končno sva prispela v mesto Lucija. Tam je bilo v kampu še dovolj prostora, precej dobre sanitarne razmere (vseeno brez primerjave z „Laguno“) ter dostop do privatne plaže, s katere je bil izjemen pogled na Portorož. Čisto blizu kampa je bila trgovina Mercator, tako da sva brez težav hodila po nakupih. Žal je zelo velika cenovna razlika med Portorožem in Ljubljano, nekatere stvar so v prestolnici celo dvakrat cenejše kot v primorskih mestih. Portorož je zelo majhno mesto, podobno našim obmorskim kurortom, vendar je v njem veliko restavracij in hotelov - veliko več kot pri nas. Zvečer je zelo lepo razsvetljeno, tako da se po njemu lahko sprehaja ure in ure.
Če si na slovenski obali, moraš obvezno obiskati Piran. To je eno od najlepših mestec, kar sem jih videl! Iz zvonika je izjemen pogled na mesto. Veliko rdečih streh med njimi drevesa ter pogled na modrino morja. Čista poezija. Vendar mestece omejuje motorizacijo – lastniki avtomobilov, ki želijo parkirati vmestu, morajo plačati zelo visoko parkirnino. Kljub temu je mesto vredno vsake cene. Po ogledu se lahko sede v eno od kavarn na Tartinjevem trgu in spije okusno malo kavo.
Na žalost se vse, kar je dobro, hitro konča in zaradi hitrega hlapenja najinega denarja, sva morala že misliti o vrnitvi na Poljsko. Na povratni poti sva se še ustavila na Bledu. Pogled iz grajske terase na otok je sijajen, na katerega se lahko pelješ s čolnom. Panorama Blejskega jezera je en najbolj razpoznavnih simbolov Slovenije. Povratna pot je bila zelo naporna in utrudljiva, zato sva se takoj po prestopu avstrijsko-češke meje ustavila v prvem hotelu, stuširala in šla spat. Naslednjega dne sva v Budejovicah nakupila nekaj daril za družino in se odpeljala v smeri Poljske. Imela sva tudi nekaj nepričakovanih težav: na Poljskem sva zgrešila pot in nato se nama prebodla zračnica. Rezervno kolo je bilo seveda na dnu prtljažnika, pod vsemi kovčki... Na srečo sva varno pripotovala v Olesnico, od koder sem se naslednjega dne odpravil na pot v Skarszewy...

Prevod: Ewa Ziewiec in Tomasz Łukaszewicz