Siedziała kilka krzeseł dalej pod ścianą. Sama. Całym ciałem była zwrócona ku mnie. Patrzyła prosto na mnie. Tak prosto, że prawie się zarumieniłem. Sam też się w nią zapatrzyłem. Spoglądaliśmy sobie prosto w oczy. W tym czasie dopadło mnie uczucie, jakbyśmy zbliżali się do siebie coraz bardziej. Pomieszczenie, ludzie i muzyka zniknęły. Tego wieczoru istniała już tylko ona.
Podeszło do niej dwóch zalanych chłopaków. Wpychali jej piwo do ręki i proponowali papierosy. Było widać, że ma dosyć. Jeden spróbował objąć ją przez ramię. Drugi głaskał ją po udach. Wstałem i podszedłem. Spokojnie spróbowałem im wytłumaczyć, że przyszliśmy z tą kobietą razem i żeby się nie narzucali. Nie posłuchali. Powtórzyłem jeszcze raz. Prawie prosząc. Ale nie dali się zbić z tropu. W tym czasie ona też starała się od nich opędzić. Nic nie skutkowało. Nagle więc z całej siły nadepnąłem na stopę najbliższego z nich. Skrzywił się w niespodziewanym bólu. Drugi chciał interweniować. Uprzedziłem go. Chwyciłem go za nos i ściskałem, dopóki nie zaczerwieniła mu się cała twarz.
Potem go puściłem.
– A teraz basta! – powiedziałem.
Przysiadłem się do niej. Zaproponowałem jej papierosa.
Zapaliliśmy. Jakiś czas paliliśmy w milczeniu. Potem powiedziała:
– Dlaczego zawsze tak jest? Nigdy nie pozwolą, żebym wybrała sama. Idioci!
Uśmiechnąłem się. Tę historię poznawałem już na wiele różnych sposobów. Tak naprawdę jednak wszystkie są jednakowe. Także dzisiejsza była podana jak na tacy. Dokładnie widziałem, że przyjmę wszystko, czego ona oczekuje od mojej roli. A ta nie była taka mała.
– Najciężej jest być bohaterem – stwierdziłem.
Chciała się napić. Przepchałem się do baru. Kiedy wróciłem na salę, siedziała prawie tak, jak ją zostawiłem. Miała długie, ciemne rzęsy. I krótką spódniczkę.
– Jesteś dobry – powiedziała nagle, gdy rozmawialiśmy i opróżnialiśmy każde swoją dwusetkę.
Zaśmiałem się.
– Dlatego, że ci się nie naprzykrzam? – zapytałem.
– Nie tylko dlatego – odparła. – Idziesz tańczyć?
Poszliśmy więc tańczyć. Na początku nie chciało mi się za bardzo. Poruszałem się w automatycznym rytmie. Ręce wsadziłem w kieszenie. A ona się obracała. Naprawdę fachowo. Z werwą. Obserwowałem ją z rosnącym pożądaniem. Prawie zacząłem naśladować jej ruchy. Nagle zaś pomieszczenie stanęło w ciemności. Kobiece wrzaski zmieszały się z pijacką swawolnością męskich głosów. Złapała się mnie. Była niższa ode mnie. Całkowicie się do mnie przycisnęła. Oparła o mnie głowę. Objąłem ją ramionami.
– Chciałabym tylko delikatności – szepnęła mi do ucha.
Głaskałem jej policzki. Palcami bawiłem się jej włosami. Dłonią ślizgałem się po jej plecach. Namacałem zapięcie staniczka. Poczułem napięcie jej nóg i krągłość kolan.
– Jak się nazywasz? – zapytałem.
– Fani.
Dźwięk jej imienia spowodował, że przeszyło mnie ciepło między nogami. Poszukałem jej ust. Pragnące i wilgotne wargi czekały. Pocałunek był długi. Francuski. Jej ręka powędrowała pod sweter i za koszulę. Głaskała mi gołe biodra. Pod bluzą przedostałem się do jej sutków. Ciepłych. Całkiem cienkich. Trwało to długo. Więcej czułości w tym wrzaskliwym zmroku nie mogliśmy wymienić.
Do sali wróciło światło. Ludzie ciekawie spoglądali wokół siebie i się uśmiechali. Kapela w kącie sali przygotowywała się, żeby znów zacząć grać. Usiedliśmy z Fani w najciemniejszym
zakamarku sali. Dopchałem się do baru po butelkę i dwa kieliszki.
Piliśmy i rozmawialiśmy. Była dwa lata młodsza ode mnie. Pochodziła z Małej Góry. Z gospodarstwa, które upada, bo nie ma komu na nim pracować. Ojciec – zapity emeryt, matka – chorowita gospodyni. Starszy brat ożenił się w Dolinie. Skończyła średnią szkołę ekonomiczną. Zatrudniona w Leśnym Kombinacie. W księgowości. Nie znosi pijaków. Jest jeszcze młoda. Właściwie nie wie, czego chce. Przyoszczędziła na starą renówkę. Żeby nie musiała jeździć pracowniczym autobusem. Czasem jest naprawdę przekonana, że ma dość takiego życia. Że mężczyźni to świnie, bo każdy by ją chętnie tylko wziął.
A ona tak potrzebuje delikatności. Jeszcze raz mi mówi, że jestem dobry. Latem była na Krku na urlopie. Na kempingu. Z przyjaciółką i jej facetem. Zakochała się w jakimś Włochu z łódką. Całkiem bogatym i chętnym. Było pięknie. Poczuła się ważna. Teraz bardzo często płacze. W niedziele chodzi o dziesiątej na mszę. Potem gotuje obiad dla wszystkich trojga. W ciągu tygodnia nie ma na nic czasu. Czasem pójdzie do kina albo na jakąś zabawę. W szkole średniej chodziła w góry. Z bratem i z przyjaciółkami. Ratinovec, Blegoš, Črna Prst, Sedmera Jezera, Triglav Škratlica. Teraz nie ma z kim. Jest samotna. Większość jej przyjaciółek ma rodzinę. Czyta „Janę”, „Atenę”, „Kaj” i „Delo plus”. W czasie wolnym jeszcze historie miłosne. Chętnie szydełkuje i szyje. Nie wie, dlaczego w ogóle jeszcze pali. Przecież nie odczuwa już żadnej przyjemności. Ale ciężko rzucić, mówi. Wierzy w horoskop.
Słuchałem jej i macałem za kondomami. Jeszcze tam były. I w gruncie rzeczy obchodziło mnie, że jesteśmy z Fani tak bardzo do siebie podobni. Właśnie taka rozpacz. Właśnie takie sprzeciwianie się absurdowi. Coś podobnego prawdopodobnie odczuwała też ona. Może wyszła z domu z podobnymi myślami. Może jednak Bóg istnieje. Im bardziej zbliżaliśmy się do dna butelki, tym bardziej w to wierzyłem. Albo w szczęśliwy los. Albo w prawidłową harmonię gwiazd. Cokolwiek. Znów poszliśmy tańczyć. Kapela grała kawałek, który w tych okolicach ma niezłe powodzenie. Dziewczyny znikają w nocy.
– Znasz tę piosenkę? – zapytałem.
– Tak, słyszałam – odpowiedziała.
– A wiesz, jak to naprawdę wygląda? – Spojrzałem jej w oczy.
– Nie mam pojęcia, ale chętnie bym się dowiedziała. – Utkwiła we mnie wzrok.
– Chodź, pokażę ci – zaprosiłem ją.
Źródło: "Čas kratke zgodbe. Antologija slovenske kratke zgodbe"; red. Tomo Virk, Beletrina, Ljubljana 1998.
Przekład: Tomasz Łukaszewicz
Całe opowiadanie ukazało się w książce Noc w Lublanie. Angologia współczesnej krótkiej prozy słoweńskiej wydanej nakładem Wydawnictwa Międzymorze.
Sedela je nekaj stolov naprej ob steni. Sama. S celim telesom je bila obrnjena k meni. Gledala je naravnost vame. Tako naravnost, da sem skoraj zardel. Tudi sam sem se zagledal vanjo. Gledala sva si naravnost v oči. Čez čas sem dobil občutek, kakor da si prihajava vedno bližje. Prostor, ljudje in glasba so izginili. Tisti večer je obstajala samo še ona.
K njej sta pristopila dva nalita mladca. Silila sta jo s pivom in ju ponujala cigarete. Očitno je bilo, da sta ji odveč. Eden jo je skušal objeti čez rame. Drugi jo je božal po stegnih. Vstal sem in pristopil. Mirno sem jima skušal dopovedati, da sva z žensko prišla skupaj in da naj ne težita. Nista me poslušala. Še enkrat sem ponovil. Skoraj proseče. Prav nič se nista pustila zmesti. Ona se ju je medtem skušala otresti. Nič ni zaleglo. Najbližjega sem s vso močjo pohodil. V nenadni bolečini se je skremžil. Drugi je hotel posredovati. Prehitel sem ga. Zgrabil sem ga za nos in ga stiskal, dokler ni čisto pordel v obraz. Potem se ga spustil.
Zdaj pa črta! sem rekel.
Prisedel sem k njej. Ponudl sem ji cigareto. Prižgala sva. Nekaj časa sva molče kadila. Potem je rekla:
Zakaj je vedno tako? Nikoli ne pustijo, da bi sama izbrala. Kreteni!
Nasmehnil sem se. To zgodbo sem poznal že v neštetih izpeljavah. V bistvu so vse enake. Tudi nocojšnja mi je bila na dlani. Razločno sem videl, kako bom sprejel vse, kar pričakuje od moje vloge. In ta ni bila tako majhna.
Najtežje je biti heroj, sem ji odvrnil.
Bila je žejna. Prerinil sem se k šanku. Ko sem se vrnil v dvorano, je sedela malodane tako, kot sem jo pustil. Imela je dolge temne trepalnice. In kratko krilo.
Ti si dober, mi je rekla nenadoma, ko sva se pogovarjala in praznila vsak svoj dva deci.
Zasmejal sem se.
A zato ker ti ne težim? sem jo vprašal.
Ne samo zato, je rekla. – A greš plesat?
Šla sva plesat. V začetku se mi ni kaj dosti ljubilo. Prestopal sem se v avtomatičnem ritmu. Roki sem zaril v žepa. Ona pa je migala. Prav spretno. Podjetno. S poželjenjem sem jo opazoval. Skoraj da sem pričel slediti njenim gibom. Naenkrat pa je prostor zastal v temi. Ženski vrišči so se pomešali s pijansko razposajenostjo moških glasov. Oklenila se me je. Bila je manjša od mene. Čisto se je stisnila k meni. Naslonila je glavo name. Objel sem jo čez ramena.
Rada bi samo nežnost, mi je zašepetala v uho.
Božal sem ji lica. Se s prsti poigraval z njenimi lasmi. Z dlanjo sem drsel po njenem hrbtu. Zatipal sem sponko modrčka. Začutil sem napetost njenih nog in okroglino kolen.
Kako ti je ime? sem jo vprašal.
Fani.
Ob njenem imenu me je med nogami toplo spreletelo. Poiskal sem njena usta. Voljne in vlažne ustnice so pričakovale. Poljub je bil dolg. Francoski. Z roko mi je šla pod pulover in za srajco. Božala mi je gole boke. Pod bluzo sem se prerinil od njenih bradavičk. Toplih. Čisto suhih. Trajalo je dolgo. Več si v tistem vreščavem mraku nisva mogla izmenjati.
V dvorano se je vrnila svetloba. Ljudje so zvedavo gledali okrog sebe in se nasmihali. Bend v kotu dvorane se je pipravljal, da bo pričel spet igrati. S Fani sva se usedla v najtemnejši kot dvorane. K šanku sem se prerinil po steklenico in dva kozarca. Pila sva in se pogovarjala.
Bila je dve leti mlajša od mene. Doma z Malega hriba. S kmetije, ki razpada, ker nima kdo delati na njej. Oče zapit upokojenec, mati bolehna gospodinja. Starejši brat se je oženil v Dolino. Končala je srednjo ekonomsko. Zaposlena je v Lesnem kombinatu. V računovodstvu. Ne mara pijancev. Mlada je še. Ne ve prav, kaj bi. Prihranila je za staro katro. Da ji ni terba z delavcem v službo. Včasih da je prav obupana, ker da ima dovolj takšnega življenja. Da so moški prasci, ker bi jo vsak rad samo nategnil.
A ona pa da tako rabi nežnost. Še enkrat mi reče, da sem dober. Poleti je bila na Krku na dopustu. V avtokampu. S prijateljico in njenim tipom. Zaljubila se je v nekega Italijana z barko. Precej bogatega in pohotnega. Bilo ji je lepo. Počutila se je pomembno. Zdaj velikokrat joče. Ob nedeljah hodi ob desetih k maši. Potem skuha kosilo za vse tri. Med tednom nima časa. Včasih gre v kino in na kakšen ples. V srednji šoli je hodila v hribe. Z bratom in prijateljicami. Ratinovec, Blegoš, Črna prst, Sedmera jezera, Triglav Škrlatica. Zdaj nima s kom. Osamljena je. Večina njenih prijateljic ima družino. Bere Jano Anteno, Kaj in Delo plus. Ob prostem času še Ljubezenske zgodbe. Rada plete in šiva. Ne ve, zakaj sploh še kadi. Saj ne čuti nobenega užitka več. Ampak težko se odvadiš, pravi. Verjame v horoskop.
Poslušal sem jo in tipal za kondomi. Še so bili tam. In pravzaprav me je obšlo, da sva si s Fani zelo podobna. Prav tak obup. Prav tako kljubovanje nesmislu. Nekaj podobnega je verjetno čutila tudi ona. Morda se je odpravila zdoma enakih misli. Morda pa bog vendarle je. Bolj sva se bližala dnu steklenice, bolj sem verjel v to. Ali v srečno naključje. Ali v pravšnjo uglašenost zvezd. Kakorkoli že. Spet sva šla plesat. Bend je igral komad, ki je v teh krajih precej priljubljen. Punce izginjajo v noč.
Poznaš to pesem? sem jo vprašal.
Ja, sem že slišala, mi odvrne.
Pa veš, kako v resnici zgleda? sem ji pogledal v oči.
Ne vem čisto, a bi rada spoznala, se je zastrmela vame.
Pridi, pokazal ti bom, sem jo povabil s seboj.
Vir: "Čas kratke zgodbe. Antologija slovenske kratke zgodbe"; red. Tomo Virk, Beletrina, Ljubljana 1998.