Valhun, syn Kajtimara, bój wiódł krwawy
o godło krzyża; czasu zbiegło sporo,
nim padły pogan kraińskie dzierżawy.
Avrela z Drohem do morgi już biorą,
a krew wyciekła z ich ludzi i koni
mogłaby chyba wypełnić jezioro.
W mogiłach ciemnych gniją na ustroni
chrobrych rycerzy i wodzów ich stosy,
tylko Czartomir sam jeszcze się broni.
Walczy z najmłodszych junak jasnowłosy
o wiarę przodków, o boginię Żywię,
o pełne biesów i bogów niebiosy.
W fałszywej wierze tkwi nieustępliwie,
schodzi przed wrogiem w dolinę Bystrzycy,
do twierdzy skalnej w chmur szarym przędziwie.
Dziś jeszcze widać gruzy tej strażnicy,
Zamkiem Ajdowskim ludzie ją nazwali,
tam z Czartomirem jego wojownicy
dziewięciokrotnie siły odpierali
i choć pomocy z zewnątrz pozbawieni,
mężnie za murem i na basztach trwali.
Ogniem z wysokich rusztowań rażeni,
z wrogiem w podkopach, w połamanych bramach,
zdziesiątkowani, lecz niezwyciężeni.
Pół roku ciekła rzeka krwi wezbrana,
z rodu Słoweńców brat morduje brata,
jakaż ślepota ludzi niesłychana!
Gdy miecz, siekiera, czekan i łopata
zmóc ich nie mogły, głód nieposkromiony
do bram ich twierdzy groźnie zakołatał.
Czartomir widzi trudności obrony,
więc towarzyszom oznajmia zebranym:
„Nie miecz, lecz Los rozstrzygnie bój wzniecony.
Mało żywności, bracia, w schronie mamy,
zbyt długo walkę toczym bez pomocy,
kto chce się poddać, niech otwiera bramy;
kto z was doczekać chce posępnej zorzy,
spędzać w niewoli dnie podobne nocy,
niech swą decyzję do rana odłoży.
Teraz noc, gromy wstrząsają chmurami.
Sam tu zostanę – za mną się opowie
ten z was, kto nie chce giąć karku w obroży.
Wróg śpi po domach, a noc taka ciemna,
stąd niedaleko jest leśne pustkowie,
gdyby tam dotrzeć – w nich uchrona pewna.
Ziemia jest nasza, a matką nam Sława,
pójdziemy wszędzie tam, gdzie jej synowie
wyznają własną wiarę oraz prawa.
A jeśli spotka nas śmierć z bogów woli,
noc w czarnej ziemi mniej straszna niż jawa,
niż pod świetlistym słońcem dzień w niewoli!”
Żaden nie odszedł. Srogie mają miny,
każdy broń ściska, świadom wspólnej doli,
tchórza nie było pośród ich drużyny.
Zaledwie jednak wrót nieco rozwarli,
bój się rozpoczął, rzeź, ogień i dymy:
ludzie Valhuna do grodu się wdarli.
Zamierzał Valhun, kiedy noc nastanie,
a w grodzie wszyscy będą w śnie jak zmarli,
przejść mur i napaść na nich niespodzianie.
Jak wichr, gdy szczytu mocy swej dosięże,
tak ront strażników wszczął alarm przy bramie,
i powstał zgiełk, i pada mąż za mężem.
Jak górski strumień wezbrany po burzy
w dolinę toczy swe fale potężne
i w swej nieszczędnej, gwałtownej podróży
zatapia wszystko, co mu stoi w drodze –
tak Valhun nagle wszystkich sił swych użył,
by pogan poddać klęsce i pożodze.
I nie przestaje, nim kropli ostatniej
krwi nie wytoczy, znęcając się srodze
nad każdym, którym wiara przodków władnie.
Kiedy świt nastał mokry od łez rosy,
oświetlił trupów mnogich żniwo bratnie:
leżą jak w polu rozrzucone kłosy.
Lecz śmierć chrześcijan większą łaską darzy
niż tych, wśród których każdy w bożków wierzył.
Valhun na próżno szuka młodej twarzy
tego, kto winien był tej strasznej rzezi.
Źródło: Piechal Marian, Antologia poezji słoweńskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 1973.
Valjhún, sin Kajtimára, boj krvávi
že dolgo bije za kršansko vero,
z Avreljam Droh se več mu v bran ne stavi;
končano njuno je in marsik'tero
življenje, kri po Kranji, Koratáni
prelita, napolnila bi jezéro.
Gnijó po polju v bojih pokončáni
trum srčni vójvodi in njih vojšaki,
sam Črtomír se z majhnim tropom brani.
Bojuje se najmlajši med junaki
za vero staršov, lepo bog'njo Živo.
za Črte, za bogóve nad oblaki.
On z njimi, ki še trd'jo vero krivo,
beží tja v Bôhinj, v Bistriško dolino,
v trdnjavo, zidano na skalo sivo.
Še dandanašnji vidiš razvalino,
ki Ajdovski se gradec imenuje,
v nji gledaš Črtomírovo lastnino.
Devetkrat veči množ'ca jih obsuje,
in zveste straže krog in krog postavi,
odvzame up jim vse pomóči tuje;
visoke odre tamkej si napravi,
zidovje podkopúje, vrata seka;
ne polastí se njih, ki so v trdnjavi.
Šest mescev moči tla krvava reka,
Slovenec že morí Slovenca, brata -
kakó strašnà slepota je človeka!
Ko niso meč, sekira in lopata
jih mogle, lakota nepremagljíva
pretí odpreti grada trdna vrata.
Dalj Črtomir jim reve ne zakriva,
besede te tovar'šem reče zbranim:
»Ne meč, pregnala bo nas sreča kriva.
Le malo vam jedila, bratje, hranim,
braníli smo se dolgo brez podpore,
kdor hoče se podati, mu ne branim;
kdor hoče vas dočakat' tèmne zore,
neprôste dni živét', nočém enake,
ne branim mu, al' jutra čakat' more.
S seboj povabim druge vas junake,
vas, k'terih rama se ukloniti noče;
temnà je noč in stresa grom oblake;
sovražnik se podál bo v svoje koče,
le majhen prostor je tje do goščáve;
to noč nam jo doseči je mogoče.
Narvéč svetá otrokom sliši Slave,
tje bomo našli pot, kjer nje sinovi
si prosti vól'jo vero in postáve.
Ak' pa naklonijo nam smrt bogovi,
manj strašna noč je v črne zemlje krili,
ko so pod svetlim soncem sužni dnovi!«
Ne zapusti nobeden ga v ti sili,
molčé orožje svoje vsak si vzame,
strahljívca v celem ni imel števili;
al' komaj vrata so odprta, vname
se strašen boj, ne boj, mesarsko klanje:
Valjhún tam s celo jih močjó objame.
Tud' on se je zanésel na njih spanje,
prelesti mislil je ozidje grada,
in ponevédoma planiti nanje.
Ko svojo moč najbolj vihar razklada,
okrog vrat straža na pomoč zavpije,
in vstane šum, da mož za možem pada.
Ko se neúrnik o povodnji vlije,
iz hriba strmega v doline plane,
z derečimi valóvami ovije,
kar se mu zoper stavi, se ne ugane
in ne počije pred, da jez omaga;
tak vrže se Valjhún na nekristjane.
Ne jenja préd, doklèr ni zadnja sraga
krví prelita, dòkler njih kdo sope,
ki jim bilá je vera čez vse draga.
Ko zor zasije na mrličev trope,
ležé, k' ob ajde žetvi al pšenice
po njivah tam ležé snopóvja kope.
Leži kristjanov več od polovice;
med njimi, ki so padli za malike,
Valjhún zastonj tam išče mlado lice
njegà, ki kriv moritve je velike.
Chmur i junaków bój niesamowity
przerwała ciemna Noc. Wnet jasne zorze
rumianym blaskiem złocą śnieżne szczyty,
co Trójgłowemu służą za podnoże;
jezioro Bohiń pod strażą skał litych
od srogich wichrów wolne drzemać może;
i tylko w głębi wód toczą bój zgraje
sumów, i bój ich nigdy nie ustaje.
Czyż to jezioro, nad którego brzegiem
tkwisz, Czartomirze, to nie myśli twoje?
Tej nocy przerwa między walk szeregiem,
lecz w tobie nadal wichry toczą boje
i coraz prędszym krew twa tętni biegiem,
a jeśli słuszne domniemanie moje,
to rozpacz, która gryzie cię i szarpie,
bardziej dojmuje niż żarłoczne Harpie.
Na polu stare pnie Słowiaństwa gniją,
w wojnie domowej polegli mężowie,
parscy najeźdźcy krzywdą ludu tyją,
jęczą pod jarzmem cni Sławy synowie,
losy szczęśliwe obcym wieńce wiją,
którzy je z pychy obnoszą na głowie.
Lecz choć cię boli rana rozogniona,
w ślad Utyckiego nie pójdziesz Katona!
Krótszy jest opór, mniej wytrwały sprzeciw
w latach podeszłych, gdy głowa już siwa;
w młodości jednak mocniejsze są sieci,
w których nas trzyma moc złudzeń kłamliwa;
co w tobie życie, Czartomirze, nieci,
przeszłość mi twoja dość jasno odkrywa,
gdyż cię nie tylko chęć obrony skora
wiodła na środek Bledzkiego jeziora.
Tam, na te wyspę omytą fal wodą,
gdzie dziś pielgrzymki czczą Panną Maryję,
z tłem w głębi śnieżnych gór, co w niebo wiodą
nad krajem, który czarów swych nie kryje,
z lewa się wznosi zrąb Bledzkiego grodu,
a z prawa wzgórek za wzgórkiem wije.
Dziedzina krańska najpiękniejsza w kraju
jest z pewnych względów podobna do raju.
Tam w Czartomira czasach na tej wyspie
stał posąg Żywii od pospólstwa czczony,
chłopcy pokłony bili przed nim niskie,
korowód dziewcząt czci jej poświęcony
składał uśmiechy swe i łzy swe wszystkie,
oręż jedyny swój niezwyciężony.
Tam stróż Starosław z piękną córką swoją
jako odźwierni u wrót chramu stoją.
Tam Bogumiła, piękna jak dziewica
zwąca się Hero z Abydos krainy,
niewinność bije z jej oczu i lica,
czar z nieświadomej swego piękna miny,
młodzieńców rój swym hołdem zaszczyca,
do dumy z tego nie widzi przyczyny.
Ma lat szesnaście, w rozkwicie urodę
i nie zajęte nikim serce młode.
Czartomir pragnąc złożyć dar bogini
z owiec, owoców i pierwszych ziarn żniwa,
starym zwyczajom wiary zadość czyni
i w lekkim sudnie na wyspę przybywa.
Gdy do strażniczki zbliża się świątyni,
nagła z jej oczu serce mu przeszywa
strzała miłości, najmniej spodziewana,
czuje, jak pali go płomienna rana.
O ciesz się, ciesz się, Czartomirze,
że taki zachwyt budzi twe spojrzenie,
dziewczyna tonie w nagłych wzruszeń wirze,
mowa jej drżąca, wzrok utkwiony w ziemię,
jak brzask, tym krwistszy, im dzień coraz bliżej,
tak bladą twarz jej barwią róż płomienie,
a dłoń jej w twoim ręku zatrzymana,
jak przez nieznaną moc zaczarowana.
Niech wieszcz opisze wasze dni świetliste,
całego lata uczuć waszych dzieje,
to, jak Czartomir wciąż odwiedza wyspę,
jak między nimi ojciec jej młodnieje,
jak przypomina dni młodości mgliste,
jak ta ich miłość serce jego grzeje,
to upojenie ich w szczęsnej godzinie,
co szybko w bólu rozstania przeminie.
Czas, Czartomirze, zbierać się do drogi.
Słyszysz? Już trąbka wzywa nas do boju!
wiedzie ze sobą hordy Valhun srogi,
aby świątynie palić wśród rozboju.
Zewsząd obrońcy idą w bój bez trwogi
za starą wiarę matki twej i twoją,
tę samą, której służy twa dziewczyna,
ta miłość twoja czysta i jedyna.
Jakże bolesna jest chwila rozstania!
Łzy im gorące spływają po twarzy,
jedno w uścisku drugiego się słania,
jedno drugiego pocałunkiem darzy,
ojciec łzom z oczu toczyć się nie wzbrania
i w niemym bólu głowę w dłoniach waży,
wiedząc, że w takim żalu i rozpaczy
słowo pociechy niewiele już znaczy.
Tryumf zwycięstwa wspomniałby i sławę,
gdyby sam jeszcze w ich możliwość wierzył,
ale w dół Kokry do Kranja przez Drawę
Valhun już przywiódł hordy swych żołnierzy.
Czartomir pragnie tylko śmierci krwawej,
nie, by swych braci wyzwolić z obierzy. –
Nadeszło pismo, że wsie i świątynie
płoną . – Kto żyw-li, niech się broni imię!
I poszedł walczyć bez laurów zwycięstwa,
chcąc tylko dowieść dumy swego rodu,
gdzie mieczem skinie, tam śmiertelna klęska,
tam trup na trupie pada krwawą kłodą,
a popłoch przed nim i trwoga niemęska;
lecz ani miecze, ani mury grodu
już uratować ojców starych bogów
ni ich obrońców przed śmiercią nie mogą.
Tuż nad jeziorem Bohiń zwyciężony,
wsparty na mieczu stał po krwawym boju
w głęboką toń jeziora zapatrzony,
okropne myśli w głowie mu się roją,
chce sobie życie odebrać, szalony,
lecz czuje, że nie władnie ręką swoją,
bo oto wspomniał łzy swej Bogumiły
i one go od śmierci ocaliły.
Znów pragnie ujrzeć postać ukochaną,
powitać miejsce niedawnej miłości,
czy ją zastanie jeszcze taką samą,
czy myśl w jej sercu o nim wiernie gości,
czy może branką jest gwałtem porwaną,
czy już spoczywa w grobowej ciemności,
czy żywa – głowa mu od myśli gorze,
przedtem z tym światem rozstać się nie może.
Rybak, co stamtąd nocą przywiosłował,
życzliwie ostrzegł: niech ostrożny będzie;
Valhun z jeńcami srogo postępował,
a chrześcijanie szukają go wszędzie,
niechby się lepiej ujść stąd zdecydował;
jeżeli razem z nim do łódki siędzie,
on go w pewniejsze miejsce przeprowadzi.
Czartomir czyni, co mu rybak radzi.
Szybko wiosłują, pomykają w stronę,
gdzie do jeziora uchodzi Sawica,
lekki wiatr głaszcze ich ręce zmęczone,
łódź mknie jak śmigła w niebie gołębica.
Rybak skierował łódź w gąszcze splecione,
gdzie już nie dojrzy jej wroga źrenica.
Zda mu się, że gość głodny, więc się porwie
i rad częstuje go tym, co ma w torbie.
Chciał mu Czartomir wzajemności prawem
odpłacić – a tu skarb wojsku rozdany;
lecz Bogumiła z ojcem Starosławem
miała dla niego dar złota schowany,
zlecił mu do nich wyruszyć niebawem,
wręczając pierścień im obojgu znany
na znak o prawdzie słów jego przed nimi,
niech mu przywiezie ćwierć złota z ich skrzynie.
Kazał wywiedzieć się o Bogumiłę,
czy żyje jeszcze, czy ogląda słońce,
czy się przed wrogiem kryć ma jeszcze siłę,
czy strzegą fale ją otaczające
i jakie drogi są najmniej zawiłe
do miejsca, gdzie przebywa, prowadzące.
Jutro, gdzie upust Sawicy szeleści,
będzie na dobre lub złe czekał wieści.
Już dwa dni szumu wodospadu słucha,
patrzy, jak w dole woda się kotłuje,
jak gniewnie huczy, jak drży skała krucha,
gdy ją od spodu łbem wiru szturmuje,
jak z dna chlust wściekły pod niebo wybucha
i białą pianę wkoło rozpryskuje! –
Tak się rozpędzi, potem nagle stanie
junak; Czartomir sam z sobą się łamie.
Z tych myśli budzi go jakaś rozmowa,
widzi dwóch mężczyzn na ścieżce zielonej,
każdy z tobołem; pierwszego surowa
postać – to rybak, a drugi zgarbiony,
w sutannie, głowę pod kapturem chowa,
widać, przed krzyżem wybija pokłony.
Sama się ręka po miecz pokwapiła,
lecz nagle – co to? – przed nim Bogumiła.
„O, Bogumiło, pójdź w moje objęcia!
Jakaż nagroda za ból i gorycze,
jakiż to bezmiar radości i szczęścia,
gdy patrzę znowu w twe drogie oblicze,
niech los tnie biczem, niech wzmaga swe cięcia,
niech burza zgasi na niebie gwiazd znicze,
niech się świat cały rozpadnie lub skona,
skoro cię nie mogę wziąć w swoje ramiona.”
Lecz ona z ramion jego się wymyka
i na kamieniu nie opodal siada,
głosem wzruszonym, co brzmi jak muzyka
zakochanemu, te słowa powiada:
„Czas nam się rozstać, niech każde pomyka
swą własną drogą, co w chaszczach zapada:
może się kiedyś drogi te spotkają,
znajdziesz mnie zawsze w tym samotnym kraju.
Muszę ci wyznać, jestem chrześcijanka,
wiarę w bałwanów rzuciłam fałszywą,
zniknęła ona jak szron w świetle ranka,
mój ojciec także ochrzcił głowę siwą,
na dno jeziora – ja, Marii poddanka,
strąciłam Żywię, czcząc wiarę prawdziwą.
A jakie były tej zmiany pobudki,
mój Czartomirze, posłuchaj słów krótkich:
Nieraz na wyspie w głuchej samotności,
kiedy łódź ciebie ode mnie uniosła,
myślałam sobie o naszej miłości,
że jest jak fala trącana przez wiosła,
że jak w tych chłodnych wód obojętności
utonie naszych serc muzyka wzniosła,
że nie ma takiej ziemi ani gwiazdy,
by się dwa serca w szczęściu odnalazły
Te myśli, odkąd poszedłeś w bój srogi,
i dniem, i nocą trapiły mnie wielce,
o życie twoje zawsze pełna trwogi,
bezradne w piersi tłukło się me serce,
wszystkie do ciebie zamknięte są drogi,
żadnej pociechy w tej mojej rozterce.
Bezsilna, chora, rozpaczą przybita,
co noc modliłam się, by dzień zaświtał.
Jęłam żołnierzy pytać o los wojny,
tych, co wciąż jeszcze wojowali z wami,
ludzi nauczał tam mąż bogobojny,
ten, który tutaj przybył razem z nami.
«Stworzył nas – mówił – Bóg we wszechmoc zbrojny,
grzech nas Adama pogrążył w otchłani,
Syn Boży na się wziął postać człowieka,
by dać nam szczęście, na które świat czeka.»
Mówił, że Bóg ten jest litości Bogiem,
że wszystkich ludzi kocha jak swe dzieci,
że ziemia, ten kraj próby, jest nam progiem
do niebios, w których wieczne słońce świeci,
że z jego ręki płyną dary mnogie,
że w ciałach naszych ból i rozkosz nieci,
i że choć ciężkie zsyła na nas próby,
żadnego z dzieci swych nie pragnie zguby.
Że ludzi wszystkich stworzył dla niebiosów,
gdzie jego chwała świeci bez zaćmienia,
gdzie wyzwolone z ziemskich swoich losów
wybranych istot całe pokolenia
święcą swą radość, chór dziękczynnych głosów
czci boska mądrość i łaskę zbawienia,
że węzłem wiecznym będą połączeni
ci, co się wiernie kochają na ziemi.
Z myślą o tobie idąc ku domowi,
spotkałam tego, co tę naukę głosił,
słowem przyjaznym grzecznie mnie pozdrowił,
rzekł, że druidem był, lecz dziś krzyż nosi,
prawdziwą wiarę naszemu ludowi
pragnie zaszczepić, chodząc od wsi do wsi,
a że nad światem zmierzch właśnie zapada,
więc o gościnę prosic mu wypada.
W domu rozmawiał z nami aż do rana
o tym, co rzekły mędrce i proroki,
jak grzech śmiertelny Ewy i Adama
zmyły na krzyżu krwi świętej potoki,
sądny dzień także wspomniał i szatana,
i cuda, w których sens wiary głęboki
wyjaśnił, dusze nasze rozanielił,
a gdyśmy uwierzyli, chrztu udzielił.
Lecz ja nad jednym bez przerwy cierpiałam,
ze ty nie jesteś w poczcie nowej wiary,
wielekroć głowę twoją w snach widziałam
martwą, składaną na śmiertelne mary,
z lęku o ciebie w każdej chwili drżałam,
abyś nie przebrał w bitwach grzechów miary.
Mąż boży serce moje uspokoił,
mówiąc, że Bóg wysłucha modłów moich.
Ileż to razy odtąd w samotności
na klęczkach Marii wzywałam pomocy:
«Użyj, o Boże, nad nim swej litości,
bo nieświadomie służy siłom nocy,
strzeż go, by nie stał się ofiara złości,
ochroń do przed nią tarczą swojej mocy!»
W te noc tyś jeden swe życie ocalił,
gdy wszystkich twoich sen śmierci powalił.
Ze snu się swego ocknij, Czartomirze,
porzuć swe błędy, sposób życia grzeszny,
zła manowcami nie schodź coraz niżej,
niechby już mroki nocne się rozpierzchły
i świt rozwinął skrzydła swoje chyże,
i by się wreszcie drogi nasze zeszły,
darząc nadzieją, zanim śmierć nas zmoże,
wiecznego szczęścia na niebiańskim dworze.”
CZARTOMIR
Czymże-ć odpłacę, Bogumiło droga,
za to, cos przeszła, za to, coś przeżyła,
serce me radość obejmuje błoga
z wdzięczności, którą miłość twa wznieciła,
póki mi życia nie tknie śmierć złowroga
i nocy wiecznej nie schłonie mogiła,
trwać chcę złączony z tobą w tym ordynku
jednością wiary, myśli i uczynku.
Jakżebym mógł się nie zgodzić na wszystko,
odmówić tobie jakiejkolwiek rzeczy,
lecz zważ, kto zmienił kraj nasz w popielisko,
pomyśl o zbrodniach Valhunowych mieczy,
ileż ze ściętych w Kranju głów krwi trysło,
nikt z twoich chrześcijan temu nie zaprzeczy,
więc powiedz, czy Czart nie jest mniej złośliwy
niż ten twój Bóg, jak mówisz, miłościwy?
KAPŁAN
Pokój na ziemi ludziom dobrej woli!
Tak chór aniołów śpiewał z wysokości,
gdy na tę ziemię nędzy i niedoli
schodził Pan zgody, dobra i miłości,
teraz On wszystkie narody zespoli
w jedną braterską rodzinę ludzkości.
A Valhun działa nie po myśli bożej,
stwierdzam ja, kapłan, i Bóg go ukorzy.
CZARTOMIR
Wierze miłości, pokoju i zgody
nie stanę przeciw – wierze Bogumiły,
wiem, bóstw i bożków różnych korowody
głowy kapłanów naszych wymyśliły,
w nich czciłem tylko przodków naszych rody,
teraz je wojska potężne zwaliły.
Jeśli połączy ans chrzest, Bogumiło,
czy i małżeństwo by nas połączyło?
BOGUMIŁA
Jest przesądzony krótki żywot róży,
kiedy upadnie na nią szron wiosenny
albo gdy nawrót zimy się przedłuży;
tak i z dziewczyną, gdy los szczęścia zmienny
zrani jej serce,
spokój jego zburzy
i życie zmieni w krótki majak senny;
czyż warto łączyć się na krótka chwilę,
by znów rozłączyć się i cierpieć tyle?
By cię od śmierci zbawił nieszczęśliwej
i miłość naszą w niebie ubezpieczył
na całą wieczność – Bóg prawdziwy,
zrzekłam się, miły, wszystkich ziemskich rzeczy,
zrzekłam się pragnień rozkoszy fałszywej,
zrzekłam się związków doczesnych dla wiecznych –
prośby zostały moje wysłuchane.
Nie, żoną twoją, miły, nie zostanę.
Bogu przyrzekłam czystość mego ciała
i Jezusowi, i Najświętszej Pannie,
nie wiem, lat ile żyć będę musiała
w nadziei nieba i udręce pragnień,
lecz w ślubach moich wierna i wytrwała
Temu, co włada światem nieustannie,
a nie złamałam słów danych nikomu,
więc już nie mogę zostać twoją żoną!
Słysząc to kapłan ozwał się w te słowa:
„Szczęścia w małżeństwie nie każdy jest godny,
w tym względzie sprawa nasza jednakowa,
w dziele zła udział swój mając osobny:
ja, druid, siałem fałsz w rodaków głowach
i gdyby miecz twój nie wsparł go wyrodny
błędne wierzenia byłyby za nami –
i nie byłoby tylu żon wdowami.
Teraz przez Oglej prowadzi twa droga,
tam patriarcha gestem swojej dłoni
kapłana wiary uczyni z jej wroga,
by tych ratował, których do zła skłonił.
Do krajów wschodu doszła już wieść błoga,
ziarna czekają siewu z twojej dłoni,
więc do Ogleju, tam czekają, wierzaj,
aby wyświęcić cię na duszpasterza”.
CZARTOMIR
Dobrześ powiedział, los mój niełaskawy,
szczęście w tym życiu nie jest mi sądzone:
ojciec nie zdobył zwycięstwa ni sławy
przegrał w rozprawie życiem przypłaconej,
matce oszczędził czas niewoli łzawej,
gdyż wcześnie zeszła w grób z darni zielonej.
Szczęścia miłości mojej już nie liczę,
bo jakże krótkie były jej słodycze!
Głos trąby nagle rozebrzmiał wśród ciszy,
od Bogumiły drogiej mnie oddzielił,
w bitwach z Valhunem pierś odwagą dyszy,
jednak zwycięstwa los nam nie udzielił,
miecz wszystkich moich wyciął towarzyszy,
schron mój w nadziei, dom w leśnej gardzieli.
Małżeństwo ze mną kogóż by nie zlękło,
gdy zły los ciężką doświadcza mnie ręką.
BOGUMIŁA
Prawej miłości nie zna ten, kto głosi,
że zły los może śćmić ją choć na chwilę,
czystym płomieniem wiecznie się unosi,
nawet gdy ciało kładzie się w mogile,
odmawia świadczeń, o które świat prosi,
podległa większej niż człowiecza sile.
Odkryjesz wreszcie, lecz po tamtej stronie,
głębię miłości, co w mym sercu płonie.
Idź głosic prawdę, której oczekuje
ziemia słowiańska, wspólna nasza matka,
ja będę wszędzie, gdzie mnie los skieruje,
Bogu i tobie wierna do ostatka,
w niebie u boku ojca zamelduję,
żem ślubna z tobą dziewicza mężatka,
a gdy zakończysz dzieło rozpoczęte,
przyjdziesz tam do mnie, mąż mój, w miejsce święte.
Wtem chmury pierzchły i rozbłysło słońce,
a na sylwetkę drobną Bogumiły
padły odblaski tęczy barwniejące,
twarz jej niebiańskim pięknem rozjaśniły.
Z trudem zaciska w oczach łzy gorące,
jakby go nagle światła oślepiły,
nie, to nie jawa, to chyba sen duszy,
tak się Czartomir tym widokiem wzruszył.
Kiedy ochłonął, pomyślał, że jeśli
będzie w potrzebie, w grę nie wejdzie złoto:
rybak je weźmie i ci, co je nieśli.
Rzekł: „Bogumiło, chcę prosić cie o to,
żeby Starosław zamiar swój przekreślił
i złoto, zamiast mnie, oddał sierotom’.
Wziął ją w ramiona, serdecznie uścisnął
i, juz odchodząc, łzami w oczach błysnął.
„O, zostań jeszcze, nim się rozstaniemy,
spełnij mą prośbę – rzekła Bogumiła. –
By serca mego lęk nie trapił niemy
i bym cierpienia wytrwalej znosiła,
wyrzecz się błędów za chrzest, skarb bez ceny,
nim do Ogleju ruszysz – niech twa siła
wzmoże się w drodze, która jest daleka,
woda jest blisko, obok kapłan czeka.”
Czartomir milcząc przed prośbą się skłania,
do wodospadu zbliża się Sawicy,
kapłan modlitwę razem z nim odmawia,
chrzci w imię Trójcy Świętej tajemnicy.
Wszyscy obecni padli na kolana,
z radości płonie blada twarz dziewicy,
co tak niedawno, aż sama się dziwi,
była kapłanką przy bogini Żywii.
Kiedy się wreszcie znalazł w Akwilei,
wolne od fałszu poznał księgi święte,
wyrzekł się wszelkich złudzeń i nadziei,
został kapłanem: błędów drogi kręte
wśród swych rodaków prostował, z kolei
wśród obcych mroki rozpraszał przeklęte.
A Bogumiła? W domu ją znajdziecie.
Nie zobaczyli się już na tym świecie.
Źródło: Piechal Marian, Antologia poezji słoweńskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 1973.
Mož in oblakov vojsko je obojno
končala temna noč, kar svetla zarja
zlatí z rumenmi žarki glavo trojno
snežnikov kranjskih sivga poglavarja,
Bohinjsko jezero stoji pokojno,
sledu ni več vunanjega viharja;
al somov vojska pod vodó ne mine,
in drugih roparjov v dnu globočine.
Al jezero, ki na njega pokrajni
stojiš, ni, Črtomír! podoba tvoja? -
To noč je jenjal vojske šum vunajni,
potihnil ti vihar ni v prsih boja;
le hujši se je zbudil črv nekdajni,
ak prav uči me v revah skušnja moja,
bolj grize, bolj po novi krvi vpije,
požrešniši obupa so harpíje.
Na tleh ležé slovenstva stebri stari,
v domačih šegah vtrjene postave;
v deželi parski Tesel4 gospodari,
ječé pod težkim jarmam sini Slave,
le tujcam sreče svit se v Kranji žari,
ošabno nósjo tí pokonci gláve.
Al, de te jenja ta skeleti rana,
ne boš posnel Katóna Utikána!
Prenesla pričujoče ure teže
bi ne bila let poznih glava siva;
v mladosti vender trdniši so mreže,
ki v njih drži nas upa moč goljfiva;
kar, Črtomír! te na življenje veže,
se mi iz tvojih prejšnjih dni odkriva,
ko te vodila ni le stara vera
tje na osredek Bléškega jezéra.
Tje na otok z valovami obdani,
v današnjih dnevih božjo pot Marije;
v dnu zad stojé snežnikov velikani,
poljá, ki spred se sprósti, lepotije
ti kaže Bléški grad na levi strani,
na desni griček se za gričam skrije.
Dežela kranjska nima lepšga kraja,
ko je z okolšno ta, podoba raja.
Tam v časih Črtomíra na otoki
podoba bóginje je stala Žive,
ki so zročeni ji mladenčov stoki;
ki so ji, vé dekleta ljubeznive!
zročeni vaši smehi, vaši joki,
orožja, ki so nam nepremagljive. -
Tam bógnje vežo Staroslav in lepa
njegova hči odpira in zaklepa.
Hči Bogomila, lepa ko devica,
sloveča Hero je bila v Abidi,
nedolžnost vnema ji oči in lica,
lepote svoje sama le ne vidi,
priliznjena mladenčov govorica
je ne napihne, ji srca ne spridi.
Spolníla komej je šestnájsto leto;
srce mladó ni za noben'ga vneto.
Darí opravit bógnji po navadi
prinese Črtomíra lahka ladja,
od tega, kar raste pri njega gradi,
od čede, žita in novine sadja;
ko bliža z njimi se devici mladi,
zadene ga, ko se je nármanj nadja,
iz nje oči v srce ljubezni strela,
plamén nepogasljiv je v njemu vnela.
O blagor, blagor, Črtomír! ti vneta
je deklica od tvojega pogléda,
kak od zamáknjenja je vsa prevzeta,
kak gleda v tla, kak trese se beseda!
Ko zarija, ki jasen dan obeta,
zarumení podoba njena bleda,
in v tvoji roki roka nje ostane
zadŕžana ji od moči neznane.
Naj pevec drug vam srečo popisuje,
ki célo leto je cvetla obema:
kak Črtomír osredek obiskuje,
kak oča omladí med njima dvema,
ki ni, ko meni, mu veselje tuje,
ki srečna ga ljubezen v prsih vnema,
pijanost njino, ki tak hitro mine,
pregnana od ločitve bolečine.
Že, Črtomír! je treba se ločiti,
ne slišiš, kak glasnó trobenta poje?
Pripodil s sabo je Valjhun srditi
požigat božje veže divje roje;
povsod vzdigujejo se vere ščiti,
ki si prejel od matere jo svoje,
té vere, ki ji deklica ta služi,
ki zdaj te z njo ljubezen čista druži.
Kak težka, bridka ura je slovesa!
Stojé po licah jima kaplje vroče,
objeta sta, ko bi bila telesa
enga, spustiti žnabel žnabla noče;
si z levga oča, desnega očesa
jok briše, ki ga skriti ni mogoče,
ko vidi v táko žalost nju vtopljene,
in de tolažbe zanje ni nobene.
Bi spomnil njima zmage večno slavo,
ak bi, de jo doseči móč je, sodil;
al preveliko trumo je čez Dravo
po Kokri doli v Kranj Valjhun pripodil.
Se možu zdi, de gre le v smrt krvavo,
brez de bi vero, brate osvobodil. -
List pride, kak vasi in veže božje
goré; - čas, Črtomír! je vzet orožje.
In šel je boj bojvat brez upa zmage,
in skazal se je korenine prave,
kjer suče meč, na čeli smrtne srage
ležé sovražnikov trupla krváve
mrtvih, al izdihjočih duše drage;
vender ne meč, ne moč gradu trdnjave
bogov ne more rešit slavnih staršov,
in ne pred smrtjo ohranít tovaršov.
Premagan pri Bohinjskem sam jezéri
stoji naslonjen na svoj meč krvávi,
z očmi valov globoki brezen meri,
strašne mu misli rójijo po glavi,
življenje misli vzet si v slepi veri;
al nekaj mu predrzno rôko ustavi -
bila je lepa, Bogomila! tvoja
podoba, ki speljala ga je 'z boja.
Enkrat videt želi podobo milo,
pozdravit prejšnjega veselja mesto;
al srečno je prestala časov silo,
al njeno mu srce še bije zvésto,
al morebit pod hladno spi gomilo,
al premagávec mu je vzel nevesto,
al živa, al mŕtva je, zvedet móre,
ločiti préd se iz sveta ne móre.
Znan ribič privesla od une stráni,
opomni ga, kak sam sebe pozabi,
kako povsod ga išejo kristjani,
kak z vjetimi Valjhun srditi rabi,
prijazno delj mu tam ostati brani,
stopiti k sebi ga v čolnič povabi,
de ga pripelje v varniši zavetje;
vda Črtomír se v to, kar ribič svétje.
In brž veslata v konec ta jezéra,
kjer bistra vanjga pribobni Savica;
ker srečen veter nji roké podpéra,
čolnič leti, ko v zraki urna tica.
Se ribič po sovražnikih ozéra,
čoln vstavi, kjer je gosta senc temnica.
Ker se mu zdi, de lakota ga grudi,
junaku, kar je v torbici, ponudi.
Želi dat Črtomír mu povračilo,
al v vojski dnarji so bili razdani;
de Staroslav, se spomni, z Bogomilo
mu v skrivnem kraji tovor zláta hrani,
nju poiskati da mu naročilo,
in da mu prstan sámo njima znani,
de bo pri njima storil mu resnico; -
prinesti zláta reče četrtníco.
Po Bogomili prašat mu ukaže:
al gleda svetlo sonce, je še živa,
al so obvárvale jo mokre straže,
al pred sovražniki drugéj se skriva,
in kod narvárniši se pot pokaže,
tje, kjer zdaj draga deklica prebiva?
Pri slapi čakal jutro bo Savice,
vesele ali žalostne novice.
Slap drugo jutro mu grmi v ušesa;
junak premišlja, kak bolj spodej lena
voda razgraja, kak bregove stresa,
in kak pred njo se gôre ziblje stena,
kak skale podkopuje in drevesa,
kak do nebes leti nje jeze pena! -
Tak se zažene, se pozneje ustavi
mladenič, Črtomír pri sebi pravi.
Zbudi ga 'z misel teh mož govorica,
ki bližajo se z blagam obloženi,
spozna koj ribiča poštene lica;
neznan mož pride po stezi zeleni;
talar in štola, znamenja poklica,
povesta mu, de služi Nazareni.
Po meč bi desna se bila stegnila,
v ti priči se prikaže Bogomila.
"O, sem na sŕce moje, Bogomila!
Skrbí je konec, žalosti, nesreče,
se trese od veselja vsaka žila,
kar gledam spet v obličje ti cveteče,
naj brije zdaj okrog viharjov sila,
naj se nebo z oblaki preobleče,
ni meni mar, kar se godi na svéti,
ak smejo srečne te roké objeti."
Iz njega rok izmakne se počasi,
in blizo se na prvi kamen vsede,
in v trdnem, ali vender milem glasi
mladenču vnetmu reče té besede:
"Ne združenja, ločitve zdaj so časi,
šel naj vsak sam bo skoz življenja zmede;
de b' enkrat se sklenile póti naji,
me tukaj vidiš zdaj v samotnem kraji.
Povedat moram ti, de sem kristjana,
malikov zapustila vero krivo,
de je bežala ta, k' ob sonci slana,
de dal krstit je oča glavo sivo,
soseska je Marije službi vdana
v dnu jezera utopila bógnjo Živo.
Kako prišla k resnice sem poglédi,
moj Črtomír! v besedah kratkih zvédi:
Večkrat v otoka sem samotnem kraji,
ko te je ladja nesla preč od mene,
si mislila, al bo ljubezen naji
prešla, ko val, ki veter ga zažene,
al hrepenečih src željé narslaji
ogásil vse bo zemlje hlad zelene,
al mesta ni nikjer, ni zvezde mile,
kjer bi ljubjóče srca se sklenile.
Te misli, ko odšel si v hude boje,
miru mi niso dale več siroti.
V nevarnosti življenje védet tvoje,
zaprte vse do tebe videt póti,
ni védlo kam se djati sŕce moje,
tolažbe nisem najdla v taki zmoti.
Obupala sem skorej tákrat reva;
kak sem želela v noči ti svit dneva!
En dan sem prašat šla po vojske sreči,
al skozi se še ni sklenila z vami;
učil ljudi je mož bogaboječi,
duhovni mož, ki zdaj ga vidiš z nami:
kako nas vstvaril vse je Bog narveči,
kak greh prišel na svet je po Adámi,
kak se je božji sin zato učlovečil,
de bi otel naróde in osrečil.
De pravi Bog se kliče Bog ljubezni,
de ljubi vse ljudi, svoje otroke,
de zemlja, kjer vijó viharji jezni,
je skušnje kraj, de so naš dom visoke
nebesa, de trpljenje in bolezni
z veseljam vred so dar njegove rôke,
de čudno k sebi vód' otroke ljube,
de ne želi nobenega pogube.
De ustvaril je ljudi vse za nebesa,
kjer glorja njega sije brez oblaka,
oko ni vidlo, slišale ušesa
veselja, ki izvoljene tam čaka,
de spróstenim bo vseh težav telesa
se srečnim izpolnila volja vsaka,
de bodo tamkej božji sklepi mili
té, ki se tukaj ljubijo, sklenili.
Ko šla domú sem z družbo najno v glavi,
me mož, ki je ta uk učil, doide;
prijazno v svoji šegi me pozdravi,
pove, de préd je štet bil med druide,
de preobrnil se je k veri pravi,
de v naše kraje oznanvat jo pride;
ker so vasi bile mu krog neznane,
z menoj iti želi, ker noč postane.
Doma očetu, meni razodeva,
kar prerokváli nékdaj so preroki,
kak, kar grešila sta Adám in Eva,
na križi operó krvi potoki,
popiše nama strah sódnega dneva,
vse čudeže, ki vere so poroki;
kar védet treba je, zloži po vrsti,
ker sva mu vse verjela, naju kŕsti.
Al ena skrb me je morila vedno,
de tí med njimi si, ki Bog jih čŕti;
večkrat sem v sanjah vidla glavo čedno,
bledó ležati na mrtvaškem prti;
sem trepetala zate uro sledno;
de bi nebes ne zgrešil v bridki smrti.
Mož božji mi bolnó srce ozdravi,
ker, de zamóre vse molitev, pravi.
Kolikokratov sem od tod v samoti
klečala, klícala pomoč Marije:
'Zavreči v jezi ga, moj Bog! ne hôti,
ker v zmoti žali te, ne 'z hudobije,
ne daj v oblast sovražni ga togoti,
pred njo naj milost tvoja ga zakrije!'
In čudno te je tisto noč ohranil,
ko ni noben tovarš se smrti ubranil.
Iz spanja svojga, Črtomír! se zbudi,
slovo daj svoji strašni, dolgi zmoti,
po potih se noči temne ne trudi,
ne stavi v bran delj božji se dobroti,
in njene milosti dni ne zamúdi,
de sklenete se enkrat najni póti,
ljubezen brez ločitve de zazóri
po smrti nama tam v nebeškem dvóri."
ČRTOMÍR
"Kak bom povrnil, Bogomila draga!
ljubezen, skrb, kar si trpela zame?
V veselji skorej mi srce omaga,
ki v njemu tvoja ga ljubezen vname,
dokler krvi ne vteče zadnja sraga,
in groba temna noč me ne objame,
ti sužno moje bo življenje celo,
ti gospoduj čez vero, misli, delo.
Kako bi mogel tebi kaj odreči,
storiti tega ne, kar boš želela!
Al zmisli ran, ki jih Valjhuna meči
so stórili, in pšic njegovih strela,
kaj videli krvi smo v Kranji teči,
kristjanov tvojih vse preudari dela,
in mi povej, al ni črt nárbolj jezni
njih Bog, ki kličeš ga Boga ljubezni?"
DUHOVNI
"Po celi zemlji vsem ljudem mir bodi!
tako so peli angelcov glasovi
v višavah pri Mesijesa prihódi;
de smo očeta enega sinovi,
ljudje vsi bratje, bratje vsi naródi,
de ljúbit' mórmo se, prav' uk njegovi.
Valjhun ravna po svoji slepi glavi,
po božji volji ne, duhovni pravi."
ČRTOMIR
"Ljubezni vere, in miru in sprave,
ne branim se je vere Bogomile,
vem, de malike, in njih službo glave
služabnikov njih so na svet rodile,
v njih le spoštvál očetov sem postave;
al zdaj ovrgle so jih vojske sile.
Ak sklene me s teboj krst, Bogomila!
kdaj bo zakóna zveza me sklenila?"
BOGOMILA
"Odločeni so roži kratki dnóvi,
ki pride nanjo pomladanska slana,
al v cvetji jo zapadejo snegovi!
tak mladi deklici, ki zgodnja rana
srce ji gloda, vsmŕti mir njegovi,
le kratka pot je skoz življenje dana;
al je za majhen čas se združit vredno,
de bi ločitve spet se bala vedno?
De bi od smrti rešil te nesrečne,
in tamkej mili Bog v nebeškem raji
z menoj te, dragi! sklenil čase večne,
pustila vnémar sem željé narslaji,
pustila vnémar dni na sveti srečne,
sem odpovedala se zvezi naji; -
je uslišana bila molitev moja. -
Ne smem postati jaz nevesta tvoja.
Bogú sem večno čistost obljubila,
in Jezusu, in materi Mariji;
kar doživela let bom še števila
v željá bridkosti, v upa rajskem siji,
nobena me ne bo premogla sila,
bila de svojemu, svetá Mesiji,
nebeškemu bi ženinu nezvesta,
nikdár ne morem tvoja bit nevesta!" -
Duhovni reče med besede take:
"Zakóna sreče ta uživát ne more,
kdor dela mojim, tvojim je enake
predrznil v časa se seját razore,
druid sem z zmoto jaz slepil rojake,
ak bi ne bil dajal tvoj meč podpore,
kdaj vgásnila bila bi kriva vera,
bi vdova ne bila žen marsiktéra!
Tvoj pot je v Oglej, de položil nate
roké bo patriarh, ak duh te žene,
ko si pogubljal jih, oteti brate,
duhovnega te storil bo, ko mene.
V deželah jutra čakajo bogate
te žetve, ne zamúdi je nobene,
le hitro v Oglej, tje do patriarha,
de posvetí te mašnika, duš varha."
ČRTOMIR
"Prav praviš, de ne smem jaz upat sreče,
ki vedno je in bo sovražna meni:
dosegel oča zmage ni sloveče,
končal življenje v vojski je zgubljeni,
odšla je mati komej sponam ječe,
že davno jo pokriva grob zeleni.
Osrečit hoče me ljubezen sladka,
al, kak sladkost bila je njena kratka!
V deželi koj trobente glas zapoje,
od Bogomile drage mene loči,
junaško bíli smo z Valjhunam boje,
vesele zmage dan nam ne napoči,
pomóril meč je vse tovarše moje,
beg je moj up, gojzd je moj dom pričjoči.
Nespametna bila bi z mano zveza,
ki me preganja vedno sreče jeza."
BOGOMILA
"Ljubezni prave ne pozna, kdor méni,
de ugásniti jo more sreče jeza;
gorela v čistem, v večnem bo plaméni
zdaj, in ko mi odpade trupla peza;
v zakoni vender brani sad mi njeni
vživáti z Bogam trdniši zaveza.
Odkrila se bo tebi unstran groba
ljubezni moje čistost in zvestoba.
De bodo znani božji jim obéti,
jih oznanvat pojdi v slovenske mesta;
kar dni odločenih mi bo na svéti,
Bogú in tebi bom ostala zvesta,
v nebesih čákala bom pri očeti
čez majhen čas deviška te nevesta,
dokler žalujejo po teb' otete
krdela, prideš k meni v mesta svete."
Izmed oblakov sonce zdaj zasije,
in mavrica na bledo Bogomilo
lepote svoje čisti svit izlije,
nebeški zor obda obličje milo;
jok, ki v oči mu sili, komej skrije,
de ni nebo nad njim se odklenilo,
de je na sveti, komej si verjame,
tak Črtomíra ta pogled prevzame.
Ko je minul, kar misli, de bo v sili
zlatá mu treba, si od mož ga vzame;
dar ribču da, njim, ki so ga nosili.
"Kar Staroslav zlatá še hrani zame,
daj ga sirotam," reče Bogomili,
se bliža ji, presrčno jo objame,
molče poda desnico ji k slovesi,
solzé stojijo v vsakem mu očesi.
"O čakaj, mi dopolni prošnjo eno!
préd ko se lóčva," Bogomila pravi,
"de mi v skrbeh ne bo srce utopljeno,
de lóžej se bridkosti v bran postavi,
préd, ko greš v Oglej čez goró zeleno,
se pričo mene odpovej zmotnjavi,
dokler te posveti krst, se zamúdi,
vodá je blizo, in duhovni tudi."
Molče v to prošnjo Črtomír dovoli,
z duhovnim bliža slapu se Savice,
molitve svete mašnik, on z njim moli,
v imeni kŕsti ga svete Trojice.
So na kolenah, kar jih je okoli,
se od veselja svet' obraz device,
ki je bila podpora vere krive,
je opravljála službo bógnje Žive.
Razlagajo, ko pride v Akvilejo,
mu svete pisma proste zmote vsake;
postane mašnik, v prsih umrjejo
nekdanji upi; med svoje rojake
Slovence gre, in dálej čez njih mejo,
do smrti tam preganja zmot oblake. -
Domú je Bogomila šla k očeti,
nič več se nista videla na sveti.