Pierwsza noc
…najpierw patrzyłem na nią od tyłu, miała ładną szyję, od razu ją poznałem, Sonja, tak, Sonja, drobne wypukłości kręgów szyjnych i włosy, które opadają na kark i ustępują kościstym wyrostkom, niżej łopatki i rowek kręgosłupa, a kiedy schodzę niżej, jestem już przekonany, że po drugiej stronie jest jej twarz, ma zamknięte oczy, nie trzeba, żebym się pochylił przez jej na boku leżące ciało, bardzo dobrze wiem, jak śpi, jak ma lekko rozchylone usta, jak oddycha i jak co jakiś czas drga, mięsień na twarzy jej pulsuje, jednak nie w strachu, nie w ciężkiej sennej marze, ale przyjemnie, tak po prostu, bardziej w błogim śnie, jedną rękę ma pod policzkiem, dłoń otworzoną i położoną na policzek, w zasadzie głowę ma położoną na dłoni, drugą rękę ma między nogami, z dłonią na udzie, tuż pod owłosionym rowkiem, wiem, nie muszę patrzeć, lepiej pójdę dalej, w dół wzdłuż kręgosłupa, gdzie podnoszą się bułeczki pośladków, gdzie ma na lewej stronie, to jest strona, która teraz, gdy leży na boku, patrzy w górę, w kierunku sufitu, tak, sufit też tu jest, czarny, nie, czerwony, momentami czarny, momentami czerwony, tak, i na lewej stronie, tam, gdzie kręgosłup rozszerza się w bułeczkę tyłeczka, ma czarną kropkę, pieprzyk, diabelskie, boże znamię, dużą czarną kropkę, kropka jest wielkości opuszka palca, po tej kropce mógłbym zidentyfikować jej ciało, kropka składa się z dwóch kropek, które są tak blisko siebie, że są tylko jedną kropką, dlatego kropka nie ma prawidłowego kształtu, jest w kształcie ósemki, w gruncie rzeczy, przy odrobinie fantazji, w kształcie serca, tak, serca, wiele razy mówiła mi, że kropka jej przeszkadza, jak ci przeszkadza, skoro jest na tyłku, przecież jej nie widzisz, tak, ale kiedy oglądam się w lustrze, widzę ją, nie pieprz, a jak często oglądasz się w lustrze, częściej niż myślisz, częściej, bardzo często, i dlatego mi przeszkadza, jest coraz większa, wiesz, co chciałabym na Nowy Rok, na gwiazdkę, na Wielkanoc, na pierwszego maja, chciałabym tatuaż, ładny tatuaż, który zakryłby moją czarną kropkę, może jakiegoś baranka, skorpionka albo słowo, jakąś ładną myśl, na przykład kocham cię albo coś innego, jakiś szyfr, tajemniczy znak, numer domu, w którym mieszkamy, tego pragnę, tego pragnę, ja też pragnę, czego? pragnę między twoje pośladki, i idę, czarną otchłań, staram się w nią wwąchać, rozczarowanie, brak tego powabnego, charakterystycznego zapachu jej narządów płciowych, jakiś inny zapach, moczu i pleśni i kurzu, co mnie dziwi, wyłączam węch, tylko wzrok, kakaowa kreseczka, szczelinka, rowek, który wilgotnie się rozszerza, a na środku oko, drobne różowawe oko, które niczego nie widzi, które wszystko czuje, jestem mikroskopem, myślę sobie, widzę komórkę, wici, które oplatają jądro, i później znów w dół, zsuwam się po wilgotnych włoskach, schodzę do kolan, całkiem je odkryłem, ubranie odleciało jak spłoszona mewa, spoglądam w górę, na drugą stronę jej ciała, jak za róg, ze strachem, wstydząc się, spoglądam spod jej brzucha w górę, rzeczywiście ma jedną dłoń pod policzkiem, a drugą położoną na udo między nogami, tuż pod owłosioną szparką, schodzę jeszcze niżej, jeszcze niżej, do palca od nogi, jest czerwony, polakierowany, ma twarz i usta, i język, i wije się, jej palec wije się, ile razy siedziałem tak przy jej nogach i patrzyłem, jak śpi, spała w najlepsze, najspokojniej i poruszała wargami, delikatnie je otwierała i zamykała, jakby mówiła nieznane słowa, nieznane myśli, czasem jakieś zrozumiałem, czasem jakieś chciałem zrozumieć, kocham cię, nikt nie będzie cię kochał tak jak ja, czasem łapałem ją za palec, bawiłem się z nią, szczypałem ją, a potem patrzyłem, jak drgała jej twarz, jak poruszała biodrami i cicho jęczała, podpełznąłem wyżej, dotknąłem jej brzucha swoim, odwróciłem ją na plecy, nie broniła się, nigdy się nie broniła, nigdy przed nikim się nie broniła, ręka, której dłoń miała położoną na udo, zsunęła się na drugą stronę, dłoń przy twarzy się rozluźniła, odwróciłem ją, jakbym otwierał okładkę książki i wpatrzyłem się w jej zawartość, piersi patrzyły na mnie ze zdziwieniem, ale ona wciąż miała zamknięte oczy i wargi układała w nieznane słowa, zbliżyłem się, do włosków w nosie, do krostki nad ustami, do jej oddechu, szeptania, chciałem zrozumieć jej cichy oddech, który pulsował, zapadał się w głębię i później powoli, niczym kolumna, podnosił się, z powrotem w moją twarz, nie chciała otworzyć oczu, chociaż była przebudzona, wiem, przebudzona jak wąż, sokół, rekin w kraciastej marynarce i z krawatem, przebudzona i wymagająca, pod skórą, pod spodem, pod krostką, wewnątrz nozdrzy, przeplecionych włoskami, w pajęczym gnieździe, czułem jej energię, kiedy wargi coraz bardziej się poruszały, w coraz bardziej okrągłych słowach, chwyciłem ją za szyję, żeby ją uspokoić, spowolnić, żebym mógł przeczytać z jej warg, słowo, myśl, pragnienie, jednak nie, coraz szybciej i szybciej, coraz mocniej i mocniej, jakby chciała uciec, rozbić, ściec jak woda na drugą stronę, i leżałem na niej, ciałem uspokajałem jej ciało, które zmieniło się w wargi, w trzęsące się wargi, jej nogi pod moim brzuchem zaczęły układać się w słowa, wiadomość, wierciły się na wszystkie strony i ja je przyciskałem, chciałem je uspokoić, tylko uspokoić, nic innego, wargi, pępek, nogi, jej różowawą szczelinę, która chwytała mnie i gryzła, szczypała w uda, pod brzuchem, a ja leżałem na niej i starałem się zatrzymać jej galop, coś tam powiedziałem, ale nie było głosu, coś krzyknąłem, ale nie było krzyku, jeszcze bardziej ją ścisnąłem, palce wokół szyi, jak wokół nadgarstka, niewiarygodne, jak moje ręce przylegają do jej szyi, cienkiej jak szkło, jak szyja gołębicy, i ona drga, uderza, biodrami, nogami, na wszystkie strony, chce uciec, jej usta, tuż przy moich, poruszają się i oczy, wciąż jeszcze zamknięte, udają, że są spokojne, że śpią, a wewnątrz burza, w każdej części ciała sztorm, uderzam biodrami i ją przykuwam, czuję, jak ją przybiłem, przebiłem, na drugiej stronie miednicy wyjrzałem na zewnątrz i zaryłem jeszcze głębiej, jeszcze bliżej dna, przez pościel, materac, przez parkiet do ziemi, nawet nie jęknęła, tylko zatrzepotała kilka razy, jak motyl, którego przypinasz pinezką do deski przez kruche ciało, tylko zatrzepotała nogami, zwarte i rozwarte, i zwarte, i znów rozwarte, a ja jeszcze mocniej chwyciłem ją za szyje, tylko po to, żeby ją uspokoić, żeby łatwiej odczytać z jej warg słowo, wiadomość, myśl, ścisnąłem, ścisnąłem, aż zsiniała, aż napęczniała, jak dynia, jak zgniła śliwka, oczy jej wyskoczyły, rozsadziło jej powieki i bryzgnęło we mnie, a ja nie pozwoliłem, o, nie, nie oszukasz mnie, o nie, i ściskałem ją i ściskałem, a wargi wciąż jeszcze migotały i układały się w nieznane słowa, powiedz, powiedz mi, wyraźnie mi powiedz! pytałem je i ściskałem jej szyję, aż dłonie weszły mi w jej żyły na szyi, i mięśnie rąk złączyły się na jej szyi, staliśmy się jednym ciałem, a właśnie tego nie chciałem, chciałem być swój, i sam, a jednocześnie chciałem wiedzieć, co mi szepcze, w co układają się jej wargi, co ma mi do powiedzenia, do zarzucenia, i ściskałem i ściskałem, a ona nabrzmiewała i nabrzmiewała, już zielona, już niebieska, czerwona, może czarna, od czasu do czasu, jakby traciła świadomość, coraz większa i większa, moich rąk już nie było, jej nabrzmiałe ciało wciągnęło je w siebie, do łokci, do szyi, dusiłem się, powiedz, powiedz! powiedz!!! krzyczałem i ściskałem i ściskałem, dopóki nie pękło i nie rozbryzgnęło się wokół mnie w drobnych czerwonych kropkach, tylko wargi pozostały w jednym kawałku i przykleiły się do moich oczu i powiedziały mi: zabij mnie, proszę, zabij mnie, tylko tego pragnę…
Źródło: Vinko Möderndorfer, Miłości Sinobrodego, Wydawnictwo Międzymorze, Gdańsk 2005, s. 127-131.
Przekład: Tomasz Łukaszewicz
Prva noč
…najprej sem jo gledal od zadaj, imela je lep vrat, takoj sem ga prepoznal, Sonja, ja, Sonja, drobne vzbokline vretenc in pa lasje, ki ji padajo po tilniku in se umikajo koščenim izrastkom, potem niže lopatici in jarek hrbtenice, ko pa se spuščam niže, sem že prepričan, na drugi strani je njen obraz, ima zaprte oči, ni treba, da se nagnem čez njeno, na boku ležeče telo, zelo dobro vem, kako spi, kako ima rahlo priprte ustnice, kako diha in kako vsake toliko časa trzne, mišica na licu ji utripne, vendar ne v strahu, ne v težki mori sna, pač pa prijazno, kar tako, bolj iz ugodja nad spanjem, eno roko ima pod licem, dlan odprto in položeno na lice, pravzaprav ima glavo položeno na dlan, drugo roko ima med nogama, z dlanjo na stegnu, tik pod kosmatkasto brazdico, vem, ni mi treba pogledati, raje grem naprej, navzdol ob hrbtenici, kjer se hlebčka ritnic dvigneta, kjer ima na levi strani, to je stran, ki zdaj, ko leži na boku, gleda navzgor, proti stropu, ja, tudi strop je tu, črn, ne, rdeč, včasih črn, včasih rdeč, ja, in na levi strani, tam, kjer se hrbtenica razširi v ritni hlebček, ima črno piko, materino, hudičevo, božje znamenje, veliko črno piko, pika je velika kot blazinica mezinca, po tej piki bi lahko identificiral njeno truplo, pika je sestavljena iz dveh pik, ki sta tako skupaj, da sta ena sama pika, zato pika nima pravilne oblike, je v obliki osmice, pravzaprav, z malo domišljije, v obliki srca, ja, srca, večkrat mi je rekla, da jo pika moti, kako te moti, če je pa na riti, saj je ne vidiš, ja, ampak, kadar pogledam v ogledalo, jo pa vidim, ne ga srat, kolikokrat se pa gledaš v ogledalo, večkrat kot si misliš, večkrat, mnogokrat, in zato me moti, vedno večja je, veš, kaj si želim za novo leto, za božič, za veliko noč, za prvi maj, želim si tetovažo, lepo tetovažo, ki bi zakrila mojo črno piko, mogoče kakšno jagnje, škorpijončka ali pa besedo, kakšno lepo misel, naprimer rada te imam ali pa kaj drugega, kakšno šifro, skrivni znak, številko hiše, kjer stanujeva, to si želim, to si želim, in jaz si tudi želim, kaj? želim si med tvoji ritnici, in grem, črno brezno, poskušam zavonjati vanj, razočaranje, brez tistega dražestnega, značilnega vonja njenega spola, nekakšen drug vonj, po scanju in plesni in prahu, kar me preseneti, izključim vonjave, samo pogled, kakavna črtica, špranjica, jarček, ki se vlažno razširi, na sredi njega pa oko, drobno rožnato oko, ki ničesar ne vidi, ki vse čuti, mikroskop sem, si mislim, vidim celice, migetalke, ki opletajo okoli jedra, in potem spet navzdol, zdrsnem po vlažnem drstišču, se spustim do kolen, čisto sem jo odkril, odeja je odletela kot splašen galeb, pogledam navzgor, na drugo stran njenega telesa, kot okrog vogala, boječe, sramežljivo se zazrem ob njenem trebuhu navzgor, res ima eno dlan pod licem in drugo položeno na stegno med nogama, tik pod kosmatkasto brazdico, spuščam se še niže, še niže, do palca na nogi, rdeč je, lakiran, ima obraz in usta in jezik in miga, njen palec miga, kolikokrat sem takole sedel ob njenih nogah in jo gledal, kako spi, spala je najlepše, najbolj spokojno in premikala je ustnice, rahlo jih je odpirala in zapirala, kot da govori neznane besede, neznane misli, včasih sem kakšno razumel, včasih sem kakšno hotel razumeti, rada te imam, nihče te ne bo imel tako rad kot jaz, včasih sem jo zagrabil za palec, igral sem se z njo, uščipnil sem jo in potem gledal, kako je trznila z obrazom, kako je zamencala z boki in tiho zajamrala, splazil sem se više, dotaknil sem se njenega trebuha s svojim, obrnil sem jo na hrbet, ni se upirala, nikoli se ni upirala, nikomur se ni nikoli upirala, roka, ki jo je imela z dlanjo položeno na stegno, je zdrsnila na drugo stran, dlan ob licu se je razpustila, obrnil sem jo, kot da bi odprl platnico knjige in se zazrl v njeno sred, joški sta me pogledali začudeno, a ona je imela še vedno zaprte oči in ustnice je oblikovala v neznane besede, spustil sem se bliže, do dlačic v nosu, do mozolja nad ustnico, do njenega diha, šepetanja, hotel sem razumeti njeno tiho dihanje, ki je utripalo, se spuščalo v globino in se potem počasi, kot steber, dvigalo navzgor, nazaj v moj obraz, ni hotela odpreti oči, čeprav je bila budna, vem, budna kot kača, sokol, morski pes v karirastem suknjiču in s kravato, budna in zahtevajoča, pod kožo, zadaj za mozoljem, znotraj nosne votline, prepredene z dlakami, v pajkovem gnezdu, čutil sem njeno energijo, ko so se ustnice vedno bolj premikale, v vedno bolj okroglih besedah, zgrabil sem jo za vrat, da bi jih umiril, upočasnil, da bi lahko prebral z njenih ust, besedo, misel, željo, vendar ne, vedno hitreje in hitreje, vedno močneje in močneje, kot da bi mi hotela pobegniti, razbiti, steči kot voda na drugo stran, in sem ležal na njej, s telesom sem umirjal njeno telo, ki se je spremenilo v ustnice, v trzajoče ustnice, njene noge so pod mojim trebuhom začele oblikovati besede, sporočilo, vrtele so se na vse strani in jaz sem ji pritiskal navzdol, hotel sem jih umiriti, samo umiriti, nič drugega, ustnice, popek, noge, njeno rožnato špranjico, ki je hlastala in me grizla, ščipala v stegna, pod trebuh, jaz pa sem ležal na njej in poskušal ustaviti njen galop, nekaj sem tudi rekel, pa ni bilo glasu, nekaj sem zakričal, pa ni bilo krika, še bolj sem jo stisnil, prsti okrog vratu, kot okrog zapestja, neverjetno, kako se prilegajo moje roke okrog njenega vratu, tankega kot steklo, kot vrat golobice, in ona trzne, sune, z boki, z nogama, na vse strani, hoče pobegniti, njena usta, tik ob mojih, pa se premikajo in oči, še vedno zaprte, pretvarjajo se, da so spokojne, da spijo, znotraj pa vihar, v vsakem delu telesa neurje, sunem z boki in jo prikujem, čutim, kako sem jo pribil skoz in skoz, na drugi strani medenice sem pogledal ven in se zaril še globlje, še bolj na dno, skozi posteljnino, žimnico, skoz parket do zemlje, niti javknila ni, samo trepnila nekajkrat, kot metulj, ki ga z buciko pripneš na desko skoz krhko telo, samo trepnila z nogama, narazen in skupaj in narazen in spet skupaj, jaz pa sem jo še bolj zagrabil za vrat, samo zato, da bi jo umiril, da bi lažje prebral z njenih ustnic besedo, sporočilo, misel, stisnil, stisnil, stisnil sem, da je pomodrela, da se je napihnila, kot buča, kot gnila sliva, oči so ji skočile ven, razneslo je veke in brizgnilo je vame, jaz pa se nisem dal, o, ne, ne boš me pretentala, o, ne, in sem stiskal in stiskal, ustnice pa so še vedno migotale in oblikovale neznane besede, povej, povej mi, razločno mi povej! sem jih spraševal in stiskal njen vrat, da so mi dlani vstopile v njene vratne žile, in mišice v rokah so se spojile z njenimi na vratu, postajala sva eno telo in prav tega nisem hotel, hotel sem biti svoj, in sam, hkrati pa sem hotel razumeti, kaj mi šepeta, kaj mi oblikuje z ustnicami, kaj mi ima povedati, očitati, in sem stiskal in stiskal in ona se je napihovala in napihovala, zdaj zelena zdaj modra, rdeča, mogoče črna, od časa do časa, kot da zgublja zavest, vedno večja in večja, mojih rok ni bilo več, njeno nabreklo meso jih je potegnilo vase, do komolcev, do vratu, dušil sem se, povej, povej! povej!!! sem kričal in stiskal in stiskal dokler ni počilo in razneslo vse okoli mene v drobnih rdečih pikah, samo ustnice so ostale v enem kosu in se prilepile na moje oči in mi rekle: ubij me, prosim, ubij me, samo to si želim…
Vir: Vinko Möderndorfer, Ljubezni Sinjebradca, DZS, Ljubljana 2005.