Mojca Kumerdej: Pod powierzchnią

– Naprawdę nie idziesz ze mną pływać? – zapytał mnie, gdy po kamieniach schodził do zimnej wody.
– Przecież wiesz, że nie… że nie znoszę pływać – odpowiedziałam mu, tak jak mu odpowiadam za każdym razem, kiedy mnie o to pyta; zupełnie jakby zapomniał albo może jakby nie chciał pamiętać.
Nigdy nie będziesz znał prawdziwej przyczyny. Nigdy ci nie powiem. Do tego, byśmy już trzecie lato, nasze wspólne lato, mogli spędzać sami, żeby nam nikt nie przeszkadzał, potrzebna była ofiara. Tamtego wczesnego lipcowego popołudnia nie dość, że wszystko widziałam, to jeszcze nie zrobiłam nic – i tym samym zrobiłam wszystko. Prawdopodobnie to było przeznaczenie – to, że poszłam z plaży do domu, bo od rana czułam się źle i chciało mi się wymiotować. Może czytałam, a może nie, najpewniej nie robiłam nic, poza tym, że chodziłam po domu i kilka razy wyszłam na balkon. Widziałam was, jak bawiliście się na plaży, ty i mała, z długimi, kręconymi, jasnymi włosami. To nieprawda, że wcale nie pomyślałam o tym, co wydarzyło się później tego popołudnia, że nawet tego nie chciałam. Nigdy specjalnie nie lubiłam dzieci, w ogóle o nich nie myślałam i tylko wydawało mi się, że my dwoje też będziemy jakieś mieli, bo przecież w związku dwojga, którzy się kochają, zazwyczaj tak właśnie się zdarza. Prawdopodobnie nie pomyślałabym o tym poważnie, gdybym nie zauważyła tej kobiety, jak z wyrachowaniem kręci się koło ciebie, jak ci się przymila, jak systematycznie poprawia kosmyk włosów, kiedy z tobą rozmawia, jak jej drżą kąciki ust, zanim wypowie słowo, jak zagryza dolną wargę i jak ją – pozornie mimochodem, a w rzeczywistości podle i z wyrachowaniem – oblizuje, a twoje spojrzenie staje się przy tym wilgotne i skostniałe.
Wiedziałam wtedy, że muszę zacząć działać. W końcu nie była atrakcyjniejsza ode mnie, ale potrafiła wyzwolić wokół siebie jakieś ciepłe pole magnetyczne, czego ja po prostu nie umiem. I tak właśnie się stało. Kiedy pierwszy raz położyłeś rękę na moim brzuchu, wiedziałam, że cię mam, i wtedy zdecydowałam, że będę cię mieć na zawsze, całego i do końca, bez przeszkadzających elementów między nami, które mogłyby zagrażać naszej miłości.
A kiedy urodziła się mała, zmieniłeś się – nie patrzyłeś już na mnie tak jak kiedyś. Już nie jak na kochankę, lecz jak na matkę swojego dziecka. Jak na matkę małej, która z niemowlaka zaczęła stawać się dziewczynką, a później, coraz bardziej – jak zauważałam – małą kobietką. Za każdym razem, kiedy wracałeś do domu, najpierw przytulałeś małą, bawiłeś się jej miodowymi włosami, całowałeś ją w policzki i dopiero potem przychodziła kolej na mnie. A mała przez pierwsze miesiące płakała, niezwykle dużo płakała, tak że już wtedy myślałam, że trzeba by coś zrobić. Każdej nocy budziła mnie rozdzierającym krzykiem, toteż wstawałam i próbowałam ją uciszyć, podczas gdy ty wstawałeś rzadko, bo następnego ranka musiałeś być wyspany – jakby mnie to nie było potrzebne, bo zostawałam z nią w domu, bo się nią opiekowałam. Opiekowałam się twoim dzieckiem. Twoją najukochańszą ukochaną, jak często mawiałeś, przy czym w ogóle nie zauważałeś, że bardzo mnie to rani. Ona doskonale wiedziała, iż jest na pierwszym miejscu, że kochasz ją bardziej niż mnie. Nierzadko w jej dużych, jasnych oczach zauważałam nieżyczliwy uśmieszek, kiedy przytulałeś ją do siebie, a ja obok czekałam na swoją kolej, aż się już sobą znudzicie. Mała umiała być złośliwa; bardzo złośliwa i zła. Wymyślała całkiem nierzeczywiste rzeczy: powiedzmy, że nie dostała potrawy, którą sobie tego dnia zażyczyła albo którą jej dzień wcześniej obiecałam, że dałam jej kilka klapsów, kiedy mnie nie słuchała w centrum handlowym, gdy wyrwała mi się tylko po to, żeby przyciągnąć uwagę innych, i pracownicy szukali jej przez radiowęzeł, a sprzedawczynie razem ze mną biegały i szukały między wieszakami, dopóki nie znaleźli jej w końcu w dziale ze sprzętem sportowym. Śmiała mi się w twarz, jakby mówiła: popatrz, ilu ludzi mnie szukało, wszyscy chcieli mnie znaleźć, włącznie z tobą, niemającą na świecie nikogo, kto by cię kochał najbardziej. I wtedy, w tym momencie, kiedy przyprowadzili ją do mnie, w rzeczywistości nie dałam jej klapsa, tylko ją mocniej złapałam i pogłaskałam po włosach, a ona krzyknęła, jakby ją to bolało – a przecież nie mogło zaboleć, przecież to ja byłam tą, która czuła ból, kiedy mnie, tak jak wiele razy wcześniej, zawstydziła. Wszystkie oczy były zwrócone w moją stronę, jakbym to ja tak źle ją wychowała, jaka ze mnie matka – takie wyrzuty wyczytałam z ich spojrzeń. I ty później, w domu, nie byłeś zły na nią, lecz na mnie, że straciłam ją z oczu, że pozwoliłam, aby twoje dziecko uciekło z bezpiecznych matczynych rąk.
Niezliczoną ilość razy robiła wszystko, byleby tylko znaleźć się w centrum uwagi. Kiedy przychodzili z wizytą nasi przyjaciele, siadała w fotelu, krzyżowała nogi i wtedy, jak mała kobietka, zadawała gościom dość niezwykłe jak na dziecko pytania, związane również z seksualnością. O, jak ją wszyscy ubóstwiali: to będzie prawdziwa niszczycielka mężczyzn, będzie trzymać ich w szachu, już widać, jaka to bystra istotka, i nad wyraz oczywiste jest, że wyrośnie na prawdziwą piękność. Mądra i ładna – mówili goście, patrząc przy tym na ciebie. Prawdziwa córka swojego ojca – myśleli sobie zapewne – dzięki Bogu, znacznie mniej ma po matce. Ma jego niebieskozielone oczy, jego duże usta i rozbrajający uśmiech, którym może osiągnąć wszystko, jego wyjątkowe zdolności nawiązywania kontaktu… Z pewnością wielu pytało, co we mnie widzisz. Dobrze, teraz, kiedy mamy dziecko, to wiadomo, ale co widziałeś wówczas, gdy ponoć się we mnie zakochałeś? Ludzie przecież zawsze na swój sposób kalkulują i zakochują się w osobach równie pięknych, jak oni sami, zawsze jakoś udaje się im oszacować, dla kogo są za mało ładni, a kto jest ich rzeczywiście wart. Kiedy więc patrzyli na nas, wszyscy na pewno zauważali ten dysonans i myśleli, że może jednak zasługiwałeś na atrakcyjniejszą ode mnie. A przecież żadna kobieta na świecie nie byłaby w stanie kochać cię tak mocno jak ja, żadna nie byłaby w stanie zrobić tego wszystkiego, co zrobiłam ja – włącznie z tym, że w decydującym, fatalnym momencie nie zrobiłam nic.
Wraz z pojawieniem się małej wszystko uległo zmianie. Nie było już naszych niedziel jak kiedyś, gdy do południa wylegiwaliśmy się w łóżku z ogromną, drewnianą tacą na podłodze, obłożoną owocami, pełnoziarnistym chlebem, serem i kawą z kardamonem. Nie, teraz – właśnie kiedy zaczynaliśmy się budzić i przyciągałeś mnie do siebie – zazwyczaj otwierały się drzwi i ona, jeszcze w koszulce nocnej, wpadała do naszej sypialni, wskakiwała na łóżko i cię obejmowała. I to był koniec wszystkiego na tę niedzielę, na ten tydzień. Nasz czas coraz bardzie stawał się czasem małej, ona była tą, która mierzyła rytm naszym porankom i nocom. Nie chciałeś, jak ci kilka razy proponowałam, abyśmy po prostu się zamknęli; nigdy nie wiadomo, kiedy ją coś ugryzie i zakradnie się ze swojego pokoju do naszej sypialni. To jest niedobre, nieludzkie – odpowiadałeś mi – to jeszcze dziecko i potrzebuje nas… Dobrze, dobrze – odpierałam – ale nie zawsze, nie ciągle, kiedy tylko się jej zachce… A co z nami? To nasza córka – patrzyłeś na mnie za każdym razem oburzony, z wymówką, jakbym nie kochała wystarczająco twojego dziecka. Zawsze gdy budziłam się rano, czułam cię obok siebie i zaczynałam dotykać, ze strachem patrzyłam na drzwi, nadstawiałam uszu i pragnęłam nie usłyszeć drobnych kroków skierowanych ku naszej sypialni, nie zobaczyć, jak ugina się klamka u drzwi.
Zawsze udawało jej się skraść twoją uwagę. Także w moje urodziny. Wszystko dokładnie przygotowałam, wszystko było w najlepszym porządku, a później, kiedy przyszli goście, niektórzy również z dziećmi – tak to jest, kiedy masz urodziny latem i wszyscy cieszą się z grilla rozstawionego w ogrodzie, w którym dzieci mogą się poruszać bez strachu i zagrożenia – mała znowu była w centrum uwagi i zainteresowania. A po tym, jak wręczyli mi prezenty, już za chwilę nie pamiętali, po co tu w ogóle przyszli. Dwukrotnie ci wspominałam, że chciałabym świętować inaczej, nie po południu, w ogrodzie i z tymi wszystkimi dziećmi, ale wieczorem, my dwoje razem, sami, podczas gdy małą oddalibyśmy naszym rodzicom. Za każdym razem byłeś jednak przeciwny, jakby moje urodziny stanowiły święto całej rodziny, i tłumaczyłeś, że rodzice też się obrażą, jeśli ich nie zaprosimy. Ustąpiłam, tylko dlatego że dla ciebie zrobiłabym wszystko, ponieważ kocham cię tak bardzo jak dotychczas nikogo i przede wszystkim tak mocno, jak sama nigdy nie byłam kochana. Ale ty nie wiesz, jak to jest, kiedy kochasz kogoś bardziej, niż on miłuje ciebie, kiedy wiesz, że jego dotyk i uścisk mogą kogoś innego ściskać mocniej, podczas gdy ty jesteś gotowy dać mu wszystko, co masz, i zrobić cokolwiek, aby dać mu także to, czego nie masz. Właśnie to uczyniłam dla ciebie ja i pierwszy raz w życiu wzięłam sobie to, co znaczy dla mnie najwięcej, a co na moich oczach już piąty rok mi umykało.
Mała tego lata miała cztery i pół roku. Lato było bardzo gorące, takie, z jakiego niegdyś bardzo bym się cieszyła, jak, powiedzmy, lata przed urodzeniem małej, które spędzaliśmy nad Adriatykiem, sami. Wraz z jej pojawieniem się na świecie zaczęły się jakieś wakacje rodzinne, z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi. Para, z którą spędzaliśmy lipiec przed trzema laty, także miała dziecko – które jednak dawno już dzieckiem nie było. Dziewczyna liczyła piętnaście wiosen, była wysoka i smukła, trochę wyższa ode mnie, i odznaczała się tak idealną skórą, jaką mogą mieć tylko wyjątkowe nastolatki. Myślisz, że nie zauważyłam, jak rozciągała swoje młode, długie, jeszcze nie do końca rozwinięte ciało niczym puma, jak przygryzała i wydymała wargi, kiedy o coś ją pytałeś, i na pozór bez żadnego zainteresowania, a naprawdę całkowicie zakochana, rozmawiała z tobą? Tylko o tym myślałam, kiedy obserwowałam was z daleka, nie słysząc słów i widząc tylko mowę ciał, która wydawała się jasna i jednoznaczna: bardzo się sobie podobamy. Wiem, że nie śmiałbyś niczego zrobić, miała tylko piętnaście lat, była córką naszych przyjaciół, tylko dziesięć lat starszą od twojej córki. A kiedy obserwowałam tę istotę, przyszłą kobietę, którą – gdybyś ją spotkał za kilka lat, może trzy, i w innych okolicznościach – z pewnością byś dotknął i nie poprzestałbyś tylko na głupich rozmowach z nią (o czym na Boga, można rozmawiać z nastolatką, jeśli rozmowa nie jest tylko wymówką dla przebywania z nią, dokładnie w takiej mierze, w jakiej pozwala przyzwoitość?), coraz bardziej odkrywałam w niej małą.
Prawdopodobnie to było przeznaczenie – to, że w tamto lipcowe południe wstałam z plaży i poszłam do domu nad brzegiem. Nie przypominam sobie dokładnie, co wtedy robiłam, zapewne nic szczególnego, poza tym, że kilka razy wyszłam na taras i obserwowałam, jak rozmawiasz z piętnastolatką i jednocześnie bawisz się z małą. Kiedy spojrzałam następny raz, lepiłeś ze swoją morską księżniczką zamki z piasku. Byliście sami, za naszymi przyjaciółmi z plaży odeszła w cień także tamta dziewczyna.
Kiedy po raz ostatni popatrzyłam przez okno, zobaczyłam twoje opalone ciało leżące pod otwartym parasolem. Mała bawiła się w piasku obok ciebie. Nadmuchany gumowy delfin, którego zostawiła nad samym brzegiem morza, zaczął przesuwać się z powodu przypływu. Mała to zauważyła. Kiedy delfina zaczęła oblewać woda i pierwsza silniejsza fala zaczęła go zabierać, pobiegła za nim. Wyszłam na taras i w tym samym momencie zapragnęłam dokładnie tego, co zaczęło się dziać. Ty jeszcze spałeś, mała szła za delfinem i próbowała go pochwycić, podczas gdy on coraz bardziej się jej wyślizgiwał. Wiedziałam: mój jeden krzyk, jeden głośny krzyk by cię obudził, skoczyłbyś za małą, złapał ją i wyciągnął z morskiej piany, która słono pieniła się na jej ciele. W tym momencie widziałam okazję, żeby wszystko było znowu tak jak kiedyś. Ja i ty, sami, a między nami nikogo, kto mierzyłby rytm naszych godzin, dni, nocy, naszych lat w przyszłości. Nagle wszystko wokół mnie jakby się zatrzymało, zginęły dźwięki, a światło stało się oślepiająco białe. Z przymkniętymi oczami obserwowałam scenę i wydaje mi się, że nic wówczas nie czułam. Żadnego bólu, żadnego strachu – tylko obserwowałam to, o czym jednocześnie myślałam. W pewnym momencie mała chwyciła płetwy delfina, a wielka fala z całą mocą wyrwała jej z rąk nadmuchiwane zwierzę, tak że bezsilnie je puściła. Widziałam jej rączki, które próbowały go złapać, a potem – jak zaczęło ją wciągać w głębinę… Dalej już nie obserwowałam. Obróciłam się i weszłam do domu, nalałam sobie kieliszek koniaku i padłam na łóżko. Zmrużyłam oczy, a świat przede mną i za mną pogrążył się w ciemnościach. Zapadłam w sen bez snu. I kiedy później, po kilku godzinach, poczułam na skórze dotyk czyjejś ręki i spojrzałam w wilgotne oczy naszej przyjaciółki, wiedziałam, że to się naprawdę stało. Że historia dobiegła końca. Mała… – objęła mnie i mocno przycisnęła do siebie. Małej już nie ma… – kobieta wybuchła płaczem. Wstałam, odurzona koniakiem i zapewne też jakimś dziwnym snem, po czym spojrzałam na ciebie, jak okryty piaskowobiałym pledem siedzisz w fotelu w salonie i ściskasz w objęciach małego dmuchanego delfina. Przy tobie siedział nasz przyjaciel, zaś na kanapie obok jego piętnastoletnia córka, która pierwszy raz w życiu widziała śmierć. W domu było kilkoro ludzi, potem przyszli policjanci i koroner. Znalazła ją dziewczyna. Kiedy po obiedzie wróciła na plażę, zobaczyła na powierzchni ciało małej, z twarzą obróconą w kierunku dna. Jak szalony skoczyłeś w morze i próbowałeś ożywić swoją morską księżniczkę, która już odpłynęła ku innym morzom, oceanom, rzekom i jeziorom. Tak, mam wrażenie, że chociaż pochowaliśmy jej ciało, to jakoś rozlała się w podziemne wody. Czasem nawet mi się zdaje, że przypominam sobie, jak w momencie gdy ostatkiem sił próbowała objąć delfina, napotkała moje spojrzenie i zauważyła, że wszystko wi111 działam, ale nie ruszyłam, by jej pomóc. Że po prostu pozwoliłam jej umrzeć.
Nie, żebym po jej śmierci nie czuła się źle; w końcu mała była moją córką. Ale przez tych kilka długich miesięcy najgorzej czułam się z twojego powodu, zarzucałeś sobie bowiem, że jesteś winien jej śmierci, ale przecież skąd miałeś wiedzieć, co może się przytrafić – zasnąłeś na plaży w nieodpowiednim momencie, tylko na pół godziny. Żal miałeś także do mnie, do matki swojego dziecka, którego nie uchroniłeś przed śmiercią. Ja byłam dla ciebie czuła, bardzo czuła i wyrozumiała, tłumaczyłam ci, pocieszałam cię, że to był wypadek, że nie jesteś winny, że tak się stało. Myślę, że jej śmierć przywiązała cię do mnie na zawsze, chociaż jednocześnie wiem, że to, co do mnie czujesz, to nie tyle miłość, ile raczej poczucie winy.
Kiedyś, przez moment, wydało mi się, że zwątpiłeś we mnie i dlatego spytałeś: przecież ty też ją bardzo kochałaś, czyż nie? Oczywiście – odpowiedziałam – była naszym dzieckiem. Pamiętam twoje spojrzenie, jakbyś nie był zadowolony z odpowiedzi i chciał usłyszeć jeszcze coś więcej…
I objęłam cię, bardzo mocno się do ciebie przytuliłam, a potem powoli, czule zaczęłam się z tobą kochać. Było niedzielne przedpołudnie i nic nie mogło nam przeszkodzić.
Śmierć małej cię zmieniła, jesteś wrażliwszy i łagodniejszy, nie oglądasz się za innymi kobietami i dziewczynami. Kiedy mi ostrożnie wspominasz, że chciałbyś, abyśmy mieli jeszcze jedno dziecko, smutno odwracam się na bok i odpowiadam: przecież wiesz, że nie mogę, to za bardzo boli. Głaszczesz mnie i pocałunkiem dajesz mi do zrozumienia, że mnie rozumiesz. A nie rozumiesz. Nigdy nie dowiesz się prawdy, że nie znoszę pływać, bo wydaje mi się, że kiedy tylko weszłabym do wody, poczułabym na skórze jej miękkie, miodowe włosy, że jej rączki objęłyby mnie i z całą siłą pociągnęły pod powierzchnię.
Czasem śni mi się, że morze unosi ją na niebieskim delfinie, a ja biegnę za nią, innym zaś razem oczami duszy widzę, jak mała wraz z delfinem łapią mnie i ciągną na dno morza. Z takich snów wciąż budzę się w strasznym bólu, który trzyma mnie w nieruchomym kurczu, podczas gdy ledwo oddycham i serce mi wali – wali nie jak jedno, ale jakbym z biciem swojego serca słyszała jeszcze drugie, trochę przyspieszone bicie mniejszego serca. Nigdy cię w takich chwilach nie budzę. Czekam, aż mi przejdzie, idę do łazienki i biorę prysznic. Potem wracam, kładę się obok ciebie i mocno, bardzo mocno, z niezmierną miłością całuję cię i mocno przytulam się do ciebie.

Źródło: Mojca Kumerdej "Fragma"; Beletrina, Ljubljana 2003.

Przekład: Agata Rutkowska

Opowiadanie ukazało się w książce Noc w Lublanie. Angologia współczesnej krótkiej prozy słoweńskiej wydanej nakładem Wydawnictwa Międzymorze.

Mojca Kumerdej: Pod gladino

“Res ne greš z mano plavat?” me je vprašal, medtem ko se je po jezerskem produ spuščal v hladno vodo.
“Saj veš, da ne … da plavanja ne maram,” sem mu odvrnila, kot mu odvrnem vsakič, ko me vpraša; kot da bi pozabil, ali pa to pač počne zato, ker se noče spomniti.
Nikoli ne boš zvedel pravega razloga. Nikoli ti ne bom povedala. Za to, da že tretje poletje, najino skupno poletje, preživljava sama, ne da bi naju kdorkoli motil, je bila potrebna žrtev. Tistega julijskega zgodnjega popoldneva ne le, da sem videla vse, ampak nisem storila nič – in s tem storila vse. Verjetno je bila usoda – to, da sem s plaže odšla v hišo, ker me je od jutra obhajala slabost in me je sililo na bruhanje. Morda sem brala, morda tudi ne, verjetno nisem počela nič, razen tega, da sem postopala po hiši in nekajkrat odšla na teraso. Videla sem vaju, kako sta se igrala na plaži, ti in mala z dolgimi, skodranimi svetlimi lasmi. Ni res, da nisem pomislila na to, kar se je zgodilo kasneje tistega popoldneva, da si tega nisem celo želela. Nikoli mi ni bilo posebno do otrok, o njih sploh nisem razmišljala in le zdelo se mi je, da bova tudi midva imela kakega – zato pač, ker se v zvezi dveh, ki se imata rada, to navadno zgodi. Verjetno nanj niti ne bi resno pomislila, če ne bi opazila tiste ženske, kako preračunljivo se smuka okrog tebe, se ti dobrika, si načrtno popravlja pramen las, kadar govori s tabo, kako se ji zatresejo kotički ustnic, preden izreče besedo, kako zagrize v spodnjo ustnico in si jo – na videz mimogrede, v resnici pa podlo in preračunljivo – oblizne in kako tvoj pogled ob tem postaja vlažen in zamrznjen.
Tedaj sem vedela, da moram ukrepati. Ne nazadnje je bila privlačnejša od mene in imela je sposobnost, da okrog sebe sproži nekakšno toplo magnetno polje, česar jaz preprosto ne znam. In tako se je pač zgodilo. Ko si prvič položil roko na moj trebuh, sem vedela, da te imam, in tedaj sem se odločila, da te imam za zmerom, celega in povsem, brez vmesnih, motečih elementov, ki bi lahko ogrozili najino ljubezen.
A ko se je rodila mala, si se spremenil, zlasti me nisi več gledal tako kot nekoč. Nič več kot ljubico, ampak kot mater svojega otroka. Kot mater male, ki je iz dojenčka začela postajati deklica in nato vse bolj, sem opazila, mala ženskica. Vsakič, ko si se vrnil domov, si k sebi najprej stisnil malo, se poigral z njenimi medenimi lasmi, jo poljubil na lica in šele nato sem prišla na vrsto jaz. In mala je prve mesece jokala, nepopisno veliko je jokala, da sem že tedaj razmišljala, da bi bilo treba nekaj ukreniti. Vse noči me je zbujala s predirnim kričanjem, da sem vstajala in jo poskušala utišati, medtem ko si ti vstajal redko, ker si moral biti naslednje jutro naspan, meni pa, kot da to ni bilo treba, ker sem z njo ostajala doma. Zato, da sem zanjo skrbela. Da sem skrbela za tvojega otroka. Za tvojo najljubšo ljubico, kot si pogosto dejal, in ob tem sploh opazil nisi, da me je zabolelo. Prav dobro je vedela, da je na prvem mestu, da jo imaš raje kot mene. Neredko sem v njenih velikih svetlih očeh opazila privoščljiv nasmešek, ko si jo stisnil k sebi, jaz pa sem ob strani čakala, da pridem na vrsto po tem, ko se bosta vidva naveličala drug drugega. Mala je znala biti hudobna, zelo hudobna in privoščljiva. Izmišljevala si je povsem neresnične stvari: denimo to, da ni dobila hrane, ki si jo je tisti dan zaželela ali ki sem ji jo dan prej obljubila, pa da sem jo nekajkrat klofnila, ko me v nakupovalnem centru ni ubogala, ko se mi je iztrgala iz rok, samo zato, da bi vzbudila pozornost, in so jo uslužbenci nato iskali po zvočniku in so prodajalke z mano vred brskale in šarile med obešalniki, dokler je niso končno našli na oddelku s športno opremo. Smejala se mi je v obraz, češ, poglej, koliko ljudi me je iskalo, vsi so si me želeli najti, vključno s tabo, ki na svetu nimaš nikogar, ki bi te imel najraje. In tedaj, v tistem trenutku, ko so jo pripeljali k meni, je v resnici nisem klofnila, ampak sem jo le močneje prijela in oplazila po lasišču, ona pa je zakričala, kot bi jo bolelo; a je ni, jaz sem bila tista, ki sem čutila bolečino, ker me je, tako kot mnogokrat poprej, osramotila; vse oči so bile obrnjene vame, kako da sem jo tako slabo vzgojila, kakšna mati da sem in podobno sem brala iz njihovih pogledov. In ti nato, doma, nisi bil besen nanjo, ampak name, ker sem jo izpustila izpred oči, ker sem dopustila, da se je tvoj otrok iztrgal iz varnih materinih rok.
Neštetokrat je to počela, le da bi bila v središču pozornosti. Ko so prišli na obisk prijatelji, je sedla na fotelj, prekrižala nogi in nato kot mala ženskica gostom postavljala za otroka precej neobičajna vprašanja, povezana tudi s spolnostjo. O, kako so jo vsi oboževali, ta bo prava uničevalka moških, držala jih bo v šahu, že zdaj se vidi, kako bistra je, in vrh vsega je jasno, da bo prava lepotica. Pametna in lepa, so gostje govorili in ob tem pogledovali proti tebi. Prava hčerka svojega očeta, so si gotovo mislili, hvala bogu, bolj malo ima po materi. Ima njegove modrozelene oči, njegove velike ustnice in razorožujoč nasmeh, s katerim lahko doseže vse, njegove izjemne spretnosti sporazumevanja … Gotovo se je marsikdo vprašal, kaj da vidiš na meni. Dobro, zdaj že, ko imava otroka, ampak kaj si videl tedaj, ko naj bi se po vsej verjetnosti zaljubil vame. Ljudje vedno nekako preračunavajo in se zaljubljajo v sebi podobno lepe ljudi, nekako vedno precenijo, za koga so premalo lepi in privlačni in kdo je tisti, ki ni vreden njih. Ko pa so gledali naju, so verjetno opazili in si mislili, da bi si morda zaslužil privlačnejšo od mene. A nobena na svetu te ne bi bila zmožna ljubiti tako močno kot jaz, nobena ne bi bila zmožna storiti tega, kar sem storila jaz – prav s tem, da v odločilnem, usodnem trenutku nisem napravila ničesar.
S prihodom male se je vse spremenilo. Ni bilo več najinih nedelj kot nekdaj, ko sva do poldneva poležavala v postelji, z ogromnim lesenim pladnjem na tleh, obloženim s sadjem, polnozrnatim kruhom, sirom in kavo s kardamomom. Ne, ravno ko sva se začela zbujati in si me privil k sebi, so se navadno odprla vrata in v spalni srajčki je stekla k nama, skočila na posteljo in te objela. In vsega je bilo konec za tisto nedeljo, za tisti teden. Najin čas je vse bolj postajal čas male, ona je bila tista, ki je merila ritem najinim jutrom in nočem. Nisi hotel, kot sem ti nekoč predlagala, da se preprosto zakleneva; nikoli ne veš, kdaj jo bo pičilo in se bo iz svoje sobe priplazila v najino spalnico. To ni dobro, ni človeško, si mi odgovarjal, otrok je še in naju potrebuje … Že, že, sem ti dejala, a ne vselej, kadar se ji zahoče … kaj pa midva? Najina hči je, si me vsakič grdo pogledal, očitajoče, kot da nimam dovolj rada tvojega otroka. Vselej, ko sem se zjutraj zbudila, te začutila ob sebi in se te začela dotikati, sem s strahom pogledovala proti vratom, prisluškovala in si želela, da ne bi zaslišala drobcenih korakov v smeri proti najini spalnici in se kljuka na vratih ne bi upognila.
Vedno ji je uspelo ukrasti pozornost. Tudi ob mojih rojstnih dnevih. Vse sem natančno pripravila, se lepo uredila, vse je bilo v najlepšem redu, a potem, ko so prišli ljudje, nekateri tudi s svojimi otroki – tako je, če imaš rojstni dan poleti in se vsi razveselijo žara, postavljenega na vrtu, kjer se otroci lahko gibljejo brez strahu in nevarnosti –, je bila mala spet v središču pozornosti in zanimanja. In ko so mi izročili darila, so že v naslednjem trenutku pozabili, zakaj so sploh prišli. Dvakrat sem ti omenila, da si želim praznovati drugače, ne popoldne, na vrtu in z vsemi tistimi otroki, ampak zvečer, midva skupaj, sama, malo pa bi dala najinim staršem. Obakrat si bil proti, češ da je moj rojstni dan praznik vse družine in da bosta užaljena tudi najina starša, če ju ne povabiva. Popustila sem, samo zato, ker bi zate napravila vse, ker te ljubim tako zelo močno, kot doslej nisem nikogar, in predvsem močno tako, kot nikoli nisem bila ljubljena. Ampak ti ne veš, kako je, če nekoga ljubiš bolj kot on ljubi tebe, če veš, da lahko njegov dotik in stisk nekoga drugega stisneta močneje, medtem ko si mu ti pripravljen dati vse, kar imaš, in najti, napraviti karkoli, da bi mu dal tudi tisto, česar nimaš. In natanko to sem storila zate jaz in si enkrat v življenju vzela tisto, kar mi pomeni največ in mi je pred očmi že peto leto uhajalo.
Mala je bila tisto poletje stara štiri leta in pol. Bilo je zelo vroče poletje, takšno, kakršnega bi se nekdaj neizmerno veselila, kot denimo poletij pred malinim rojstvom, ki sva jih preživljala na Jadranu, sama. Z njenim prihodom pa so se začele nekakšne družinske počitnice, z najinimi prijatelji in njihovimi otroki. Par, s katerim sva preživljala julij pred tremi leti, je prav tako imel otroka, ki pa to že davno ni bil več. Stara je bila petnajst let, visoka in sloka, celo malenkost višja od mene in s tako popolno kožo, kot jo imajo lahko le nekatere najstnice. Misliš, da nisem opazila, kako se je kot puma raztegovala s svojim mladim, dolgim in ne še docela razvitim telesom, kako je predla in šobila ustnice, kadar si jo kaj vprašal, in se je na videz brez posebnega zanimanja, v resnici pa povsem zaljubljena pogovarjala s tabo? O čem neki le, sem razmišljala, kadar sem vaju opazovala z razdalje, da nisem slišala besed in sem videla le govorico telesa, ki je bila nedvoumna in jasna: zelo sva si všeč. Vem, da si ne bi upal storiti ničesar, imela je le petnajst let, bila je hči najinih prijateljev, le desetletje starejša od tvoje hčere. A ko sem opazovala to bitje, nastajajočo žensko, ki bi se je že čez nekaj let, morda tri, in v drugačnem okolju zagotovo dotaknil in ne bi ostajal več le pri neumnih pogovorih z njo – o čem neki, lepo te prosim, se je mogoče pogovarjati z najstnico, če le ni pogovor izgovor za to, da si lahko z njo, natanko tako in toliko, kot to dopuščajo pravila dostojnosti –, sem v njej vse bolj odkrivala malo.
Verjetno je bila usoda – to, da sem tistega julijskega opoldneva vstala in s plaže odšla v hišo nad obalo. Ne spominjam se natanko, kaj sem tedaj počela, verjetno nič posebnega, razen da sem nekajkrat stopila na teraso in te opazovala, kako si se pogovarjal s petnajstletnico in se medtem igral z malo. Ko sem naslednjič pogledala, sta s tvojo morsko princeso iz mivke gnetla nekakšne gradiče. Bila sta sama, za najinima prijateljema se je s plaže v senco umaknilo tudi dekle.
Ko sem skozi okno pogledala poslednjič, sem videla tvoje zagorelo telo, ki je ležalo pod razpetim senčnikom. Mala se je igrala na mivki poleg tebe. Napihnjen plastični delfin, ki sta ga pustila na mivki ob morskem robu, se je zaradi plime začel premikati. Mala je to opazila. Ko je delfina začelo oblivati morje in ga je prvi močnejši val začel odnašati, je stekla za njim. Stopila sem na teraso in si v tistem trenutku zaželela natanko to, kar se je začelo dogajati. Ti si še vedno spal, mala je stopicljala za delfinom in ga poskušala pograbiti, medtem ko se ji je ta spolzko vse bolj izmikal. Vedela sem: en moj krik, en sam močan klic bi te prebudil, skočil bi za malo, jo pograbil in jo iztrgal iz morske pene, ki se je slano mehurila na njenem telesu. V tistem trenutku sem videla priložnost, da bo vse spet tako, kot je bilo nekoč. Jaz in ti, sama, in med nama nihče, ki bi meril ritem najinih ur, dnevov, noči, najinih let v prihodnosti. Zdelo se mi je, da se je vse okoli mene ustavilo, izginili so zvoki in svetloba je bila oslepljujoče bela. S priprtimi očmi sem opazovala prizor in zdi se mi, da nisem čutila ničesar. Nobene bolečine, nikakršnega strahu, opazovala sem le to, kar sem sproti mislila. Mala se je v enem trenutku oklenila delfinovih ročajastih plavuti, nato pa ji je velik val z vso močjo iztrgal iz rok napihnjeno žival, da jo je nemočno spustila. Videla sem njene ročice, ki so se ga poskušale okleniti, in nato, kako jo je začelo vleči v globino … Naprej nisem več opazovala. Obrnila sem se in odšla v hišo, si natočila kozarec konjaka in padla na posteljo. Zamižala sem in svet pred menoj in za mano se je stemnil. Padla sem v sen brez sna. In ko sem nato, čez nekaj časa, začutila roko in zagledala vodene oči najine prijateljice, sem vedela, da se je zgodilo. Da je zgodba končana. Mala, me je objela in me močno stisnila k sebi. Male ni več, je ženska bruhnila v jok. Vstala sem, omotična od konjaka in verjetno čudnega spanca, in zagledala tebe, kako si ogrnjen v peščeno belo pregrinjalo sedel na fotelju dnevne sobe in v naročju stiskal malega napihnjenega delfina. Ob tebi je sedel najin prijatelj, na kavču poleg pa njegova petnajstletna hči, ki je prvič v življenju videla smrt. V hiši je bilo še nekaj ljudi, nato so prišli policaji in mrliški oglednik. Našla jo je dekle. Ko se je po kosilu vrnila na plažo, je na gladini zagledala malino telo, z obrazom, obrnjenim proti dnu. Kot blazen, menda, si skočil v morje in poskušal oživiti svojo morsko princeso, ki pa je že odplavala v druga morja, oceane, reke in jezera. Ja, zdi se mi, da četudi smo njeno telo pokopali, se je nekako razlila v zemeljsko vodovje. Včasih se mi celo zazdi, da se spomnim, kako se je v trenutku, ko se je s poslednjimi močmi poskušala oprijeti delfina, srečala z mojim pogledom, da je videla, da sem vse opazovala, ne da bi ji pomagala. Da sem jo preprosto pustila umreti.
Saj ne, da mi po njeni smrti ni bilo hudo; ne nazadnje, mala je bila tudi moja hči. A tistih nekaj dolgih mesecev mi je bilo najhuje zaradi tebe, ki si si očital njeno smrt, ker si, kot se pač lahko zgodi, v nepravem trenutku le za pol ure na plaži zaspal. In krivdo si čutil tudi do mene, do matere svojega otroka, ki ga nisi obvaroval pred smrtjo. Jaz sem bila do tebe ljubeča, zelo ljubeča in razumevajoča, prigovarjala sem ti, te tolažila, da je bila nesreča, da nisi kriv, da se je pač tako zgodilo. Zdi se mi, da je njena smrt postala tvoja dokončna zaveza do mene, četudi hkrati vem, da to, kar do mene čutiš, ni toliko ljubezen, ampak bolj občutek krivde.
Nekoč, za trenutek, se mi zdi, si podvomil o meni in me vprašal: Pa saj si jo tudi ti imela zelo rada, mar ne? Seveda, sem odgovorila, bila je najin otrok. Spomnim se tvojega pogleda, kot da z odgovorom ne bi bil zadovoljen in bi si želel slišati še nekaj več …
In sem te objela, zelo močno sem se privila k tebi in se začela počasi in nežno s tabo ljubiti. Bilo je nedeljsko dopoldne in nič naju ni moglo zmotiti.
Z malino smrtjo si se spremenil, bolj ranljiv si in mehak in ne spogleduješ se več z drugimi ženskami in dekleti. Kadar mi previdno omeniš, da si želiš, da bi imela še enega, drugega otroka, se žalostno obrnem vstran in odvrnem: saj veš, da ne morem, preveč je boleče. Pobožaš me in mi daš s poljubom vedeti, da me razumeš. A me ne. Nikoli ne boš zvedel resnice, da ne maram plavanja zato, ker se mi zdi, da bi, čim bi se potopila v vodo, na koži začutila njene mehke, medene lase, da bi se me oklenile njene ročice in me z vso silo zvlekle pod gladino.
Včasih sanjam, kako jo na modrem delfinu odnaša morje in stečem za njo, drugič spet, kako me v vodi z delfinom zagrabita in me potegneta na morsko dno. Iz takšnih sanj se vselej zbudim v grozljivi bolečini, ki me v negibnem krču vklepa, medtem ko komaj diham in mi razbija srce, a ne kot eno samo, ampak ob zvoku svojega srca slišim še eno, malce pospešeno bitje manjšega srca. Nikoli te ne zbudim. Počakam, da mine, odidem v kopalnico in se stuširam. Nato se vrnem, ležem poleg tebe in te močno, zelo močno z neizmerno ljubeznijo poljubim in se tesno stisnem k tebi.

Vir: Mojca Kumerdej "Fragma"; Beletrina, Ljubljana 2003.