»Powiedz coś,« mówi ona, wykręcając rękę z mojej ręki i opierając ją o poduszkę. »Mów.«
»Co mam mówić?« pytam podnosząc głowę.
»Cokolwiek,« mówi. »Mów o pogodzie, polityce, o nas dwojgu. Co chcesz. Tylko mów.«
»Po co?« pytam.
»Tak sobie,« mówi. »Chciałabym cię słyszeć.«
»Słyszeć?« podnoszę brwi.
»Tak,« mówi. »Chciałabym cie raz tak naprawdę do końca usłyszeć. Nie mam pojęcia jaki jesteś, kiedy mówisz.«
»Przecież wiesz, jaki jestem,« mówię.
»Skąd miałabym wiedzieć? pyta. »Skąd niby miałabym to wiedzieć?«
»Przecież ciągle ze sobą rozmawiamy,« mówię.
»Możliwe,« mówi nie odrywając ode mnie wzroku. »Ale i tak chciałabym, żebyś mówił. Chcę, żebyś mówił o mnie, wydobył z siebie słowa... Jakiekolwiek.«
»Mała,« mówię.
»Nie ważne, czy będę cię słuchać,« mówi. »Mogę myśleć, patrzeć w sufit albo zasnąć. Chcę tylko, żebyś mówił. Tylko do mnie.«
»Ach tak,« mówię.
Milczy chwilę, ściaskjąc mnie za palce lewej ręki.
»Powiedz mi, co się potem wydarzy,« mówi.
»Kiedy potem?«
»Potem,« mówi. »Jutro rano, na przykład.«
»Będę w tobie zakochany,« mówię.
»Jutro rano?« pyta.
»Tak,« mówię. »Zakocham się w tobie, patrząc jak śpisz.«
»Jestem ładna, gdy śpię?« pyta.
»Tak,« mówię. »Wyglądasz niewinnie. Zawsze się w tobie zakochuję, kiedy na ciebie śpiącą patrzę.«
»Nie wierzę,« mówi.
»Jak to – nie wierzysz?« pytam podnosząc się na łokciu.
»Czyż to nie jest coś najprawdziwszego? Że ktoś zakochuje się w tobie, patrząc jak śpisz?«
»Być może,« wzrusza ramionami. »Nie zastanawiałam się nad tym.«
»To pomyśl teraz,« mówię. »Pamiętam te bajki, w których... Która to była? Kopciuszek?«
»Śpiąca Królewna,« mówi.
»A tak, racja,« mówię. »Jak możesz nie pamiętać takiej pięknej bajki.«
»Przecież ją pamiętam,« mówię. »Tylko imiona mi jakoś umykają.«
»Tak?« podejrzliwie podnosi lewą brew.
»Naprawdę,« przytakuję. »Śpiąca Królewna kłuje się w palec i zasypia na sto lat. Przychodzi książę, zakochuje się w niej i budzi ją pocałunkiem. Potem żyją długo i szczęśliwie.« Biorę oddech i spogladam w sufit. »Widzisz. Wszystko pamiętam. Tylko te imiona.«
»Zbudzisz mnie pocałunkiem?« pyta.
»Nie,« odpowiadam. »Zostawię cię, żebyś spała dalej.«
»Dlaczego?«
»Żebym mógł cię dalej oglądać,« mówię. »Jak śpisz.«
»A jak już się obudzę?« pyta. »Wtedy też będziesz we mnie zakochany?«
»Nie wiem,« mówię. »Zależy.«
»Od czego?«
»Tak ogólnie,« wzruszam ramionami. »Od spojrzenia. Może oparta na łokciu będziesz się na mnie sarkastycznie patrzeć, tak trochę ironicznie albo dla odmiany delikatnie... Ale jeśli będziesz sarkastyczna, na pewno się zakocham.«
»A jeśli mnie już tu nie będzie?« pyta. »Co potem?«
»Potem będę płakał,« mówię.
»A jeśli cię usłyszę i przyniosę ci chusteczkę?« pytam. »Koronkową, z wyhaftowanymi moimi inicjałami? Co potem?«
»Potem jeszcze bardziej będę w tobie zakochany,« mówię.
»Ale tego nie zrobię.«
»Szkoda,« mówię. »Bo jeśli nie wytrzesz mi łez, powieszę się.«
»Tylko spróbuj,« mówi. »Tylko spróbuj zrobić coś takiego, to ściągnę cię ze sznura i glanem przełożę przez głowę. Chcesz to przeżyć?«
»A nie przyłączyłabyś się do mnie?« pytam czochrając jej włosy nad oczami. »Nawet sobie nie wyobrażasz, jak by było romantycznie, jeśli znaleźliby nas z szyjami na jednym stryczku.«
»Rzeczywiście,« i mimo że w pokoju jest ciemno, widzę cień zainteresowania w jej oczach. »Masz rację. To byłoby szalenie romantyczne. Zrobilibyśmy coś takiego?«
»Jasne,« mówię. »Albo jeszcze coś lepszego.«
»Co?« pyta.
»Moglibyśmy kupić porcelanowe naczynie w kształcie serca,« mówię. »Potem podcięlibyśmy sobie żyły i razem się do niej wykrwawili. Co o tym myślisz?«
»A potem krew by skrzepła i ktoś wydobyłby ją i postawił na nasz grób? To jest coś!« mówi głosem jakby schodziła do półświatka. »W kształcie serca. Szaleństwo!«
»Tak,« mówię w lekkim zamyśleniu.
»Wiesz, co by było też niesamowicie piękne?« mówi po chwili, pochylając się nade mną.
»Co?« pytam.
»«Jeżeli poszlibyśmy na skrzyżowanie kolejowe i położylibyśmy się każdy na oddzielnym torze,« mówi. »Wzięlibyśmy się za ręce i czekalibyśmy na pociąg. Jak by nas doszczętnie rozdarło, zostałyby tylko nasze złączone ręce. To by było dopiero legendarne, wyobrażasz sobie?«
»No rzeczywiście,« mówię. »Zróbmy to.«
Znów chwilę milczy.
»Jak myślisz, co się zaraz potem wydarzy?« pyta po chwili.
»Wszyscy będą o nas mówić,« mówię. »Wolałabym więcej.«
»Całkiem możliwe, że ustanowią nasz kult,« mówię.
»Tak,« podłapie. »I potem wszyscy będą robić tak jak my.«
»Autorytety będą się łapać za głowy,« mówi.
»Rodzice oszaleją ze zmartwienia,« mówi.
»I socjologowie. I psychiatrzy. I wiara.«
»Cały świat stanie na głowie,« przytakuje ona. »I pół wszechświata.«
»Wyobrażasz sobie kupę gazet, piszących o nas?« wspominam.
»I zdjęcia,« wylicza. »I grzebanie w przeszłości. I świadectwa.«
»Tak naraz wszyscy sobie przypomną, że nas znali,« mówię. »Zawsze tak jest w takich przypadkach.«
»Według mnie byłby to przecudowny temat na tragedię« zgłasza z naciąganą manierą zawodowcy.
»I do zdjęć,« dodaję swoje.
»Potem wejdziemy do filmów,« mówi.
»Tak.«
»I do szkół,« wylicza.
»To też.«
»I do kanonu,« mówi.
»Do historii,« dodaję.
»Na pewno.«
»Cały świat będzie nas znał.«
»I wszechświat.«
»I wieczność. Wyobrażasz sobie, wieczność!«
»Tak.«
Zamilknie.
»Tak,« mówi cicho po chwili. »Życie pełne będzie naszej śmierci. Wszędzie naokoło będziemy tylko my. Ale w rzeczywistości nie będzie nas nigdzie.«
»Co masz na myśli – nigdzie,« pytam.
»Tak po prostu,« mówi. »Nie będzie nas.«
»Czemu nas nie będzie?« pytam.
»Dlaczego,« mówi. »Dlaczegóż. A dlatego. Bo będzie tak jak zawsze. Obudzisz się, ubierzesz, wypijesz ze mną kawę, zabierzesz mi ostatniego papierosa i pójdziesz sobie. Tak jak za każdym razem, odejdziesz. Do niej.«
»Nie odejdę,« próbuję nieudolnie skłamać.
»Weź przestań,« mówi. »Daruj sobie. Dlaczego miałbyś tego nie zrobić? Dlaczego właśnie ta środa miałaby być tą, w którą nie chciałbyś być z nią? Możesz mi powiedzieć dlaczego? Według mnie nie możesz.«
»Mogę,«
»No, dlaczego,« pyta.
»Dlatego, bo zakocham się w tobie,« mówię.
W toni nocy rozbłyska chwilowy uśmiech.
»Oj, mały,« mówi i litościwie poklepuje mnie po policzku. »Przynajmniej wobec siebie bądź szczery, jeśli już nie możesz powiedzieć prawdy. Przecież wiesz, że już od dawna wiem o wszystkim. Dlaczego mi tak mówisz, mały.«
»Ale to prawda.« mówię. »Zobaczysz.«
Obraca się na plecy i zawiesza wzrok na suficie.
»Już i tak zbyt wiele widzę.« mówi.
»Co widzisz?« pytam.
»Wystarczająco,« mówi. »Zbyt dużo, wszystko. Tyle rzeczy dostrzegam, że znam każdy ich detal. Wszystko jest zwyczajne i wszystko to to samo. Widzę na przykład to, że nic się nie dzieje. Nic się nie zmiena. Wszystko jest takie, jakie było przez cały ten czas. Wszystko.«
»Śmierć nie jest taka sama,« mówię.
»Jest,« mówi. »I ona jest identyczna.«
»Nie może być taka sama,« protestuję.
»Jak to nie może?« pyta. »Co się może zmieniać? Teraz jest ładniejsza niż wcześniej? Brzydsza? Przyjemna albo i nie?«
»Nic z tych rzeczy.«
»Nie może być aka sama,« powtarzam.
»Ale jest,« mówi. »Teraz na przykład rozmawiamy sobie o niej. Okej, to co innego. Ale tylko to. Wszystko inne jest takie jak wcześniej, dzisiaj, rok temu, każdego dnia. Mówisz, że to nieprawda.«
Milczę. I ona zamilknie.
»Wiesz co,« mówi po chwili. »Ja...«
»Co?« pytam.
Patrzy tak na mnie kilka minut nieruchomo. Nagle otwiera usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale w połowie drogi się rozmyśliła i opuściła powieki.
»Nic,« mówi zawieszając nos za moje ucho.
»Powiedz,« odsuwam się i spoglądam jej w oczy.
»A, nic takiego,« mówi i znów ucieka wzrokiem.
»Powiedz,« upieram się. »Proszę.«
»To nic,« powtarza. »To znaczy – nic ważnego. Mało ważny, głupi pomysł. Coś zupełnie banalnego. Właściwie to już nie pamiętam, co chciałam powiedzieć. Zapomnij o tym.«
»Jesteś pewna?« pytam.
»Tak,« mówię. »Wierz mi.«
Pochyla się nade mną i całuje mnie w usta.
»Na dobranoc,« mówi i odsuwa wargi dokładnie w momencie, kiedy próbuję je zatrzymać. »Śpij dobrze, mały.«
»Ty też.«
»Tak.«
Wsuwa swój nos pod mój obojczyk i zamyka oczy. Sam jeszcze chwlę czuwam patrząc w sufit. Kiedy słyszę jej spokojny, jednostajny oddech, postanawiam oddychać za nią. Kładę jej rękę w pasie i tak zostajemy aż do rana. Przez cały ten czas długie czarne cienie stapiają się z nieruchomą ciszą. Właściwie w ogóle nie potrafimy ze soba rozmawiać.
Przekład: Marlena Gruda
Źródło: Čas kratke godbe. Antologija slovenske kratke zgodbe, izbral T. Virk, Ljubljana 1998.
»Povej kaj,« reče ona, ko izvije roko iz moje in jo nasloni na blazino. »Govori.«
»Kaj naj govorim?« vprašam in dvignem glavo.
»Karkoli,« reče. »Govori o vremenu, politiki, naju dveh. Kar hočeš. Samo govori.«
»Zakaj?« vprašam.
»Kar tako,« reče. »Rada bi te slišala.«
»Slišala?« dvignem obrvi.
»Ja,« reče. »Rada bi te enkrat zares, popolnoma slišala. Nimam pojma, kakšen si, ko govoriš.«
»Pa saj veš, kakšen sem,« rečem.
»Kako naj vem?« vpraša. »Kako na svetu naj to vem?«
»Pa saj se kar naprej pogovarjava,« rečem.
»Mogoče,« reče in me pogleda. »Ampak vseeno bi rada, da govoriš. Hočem, da govoriš o meni, se malo prazniš z besedami ... Karkoli.«
»Mala,« rečem.
»Sploh ni pomembno, ali te bom poslušala,« reče. »Lahko da bom razmišljala, ali gledala v strop, ali zaspala. Hočem samo, da govoriš. sAmo meni.«
»Aja,« rečem.
Za hip umolkne in me stisne čez prste leve roke.
»Govori mi o tem, kar se bo zgodilo potem,« reče.
»Kdaj potem?« vprašam.
»Potem,« reče. »Jurio zjutraj, recimo.«
»Zaljubljen bom vate,« reče.
»Jutri zjutraj?« vpraša.
»Ja,« rečem. »Zaljubil se bom vate, ko te bom gledal, kako spiš.«
»Sem lepa, kadar spim?« vpraša.
»Ja,« rečem. »Nedolžna si videti. Vedno se zaljubim vate, kadar te gledam, kako spiš.«
»Ne verjamem,« reče.
»Kako – ne verjameš?« vprašam in se dvignem na komolec. »Kaj ni to nekaj najbolj resničnega? Da se nekdo zaljubi vate, kadar te gleda, kako spiš?«
»Mogoče,« skomigne. »Nisem še razmišljala o tem.«
»Pa pomisli zdaj,« rečem. »Spomnim se tiste pravljice, ko ... No, katera je že bila? Pelelka?«
»Trnuljčica,« reče.
»Pa res,« rečem. »Pozabil sem.«
»Sram te bodi,« reče. »Kako moreš pozabiti tako lepo pravljico.«
»Saj se je spominjam,« rečem. »Samo imena mi bežijo.«
»Aja?« nezaupljivo dvigne levo obrv.
»Res,« prikimam. »Poglej: Trnuljčica se zbode v prst in zaspi za sto let. Potem pride princ, se zaljubi vanjo in jo zbudi s poljubom. Potem živita dolgo srečno ter imata kup otrok.« Zajamem sapo in pogledam v strop. »Vidoš. Vsega se še spomnim. sAmo imena – to je tisto.«
»Me boš zbudil s poljubom?« vpraša.
»Ne,« odkimam. »Pustil te bom spati.«
»Zakaj?«
»Da te bom lahko dlje gledal,« rečem. »Kako spiš.«
»Pa če bom že budna?« vpraša. »Boš potem tudi zaljubljen vame?«
»Ne vem,« rečem. »Odvisno.«
»Od česa?«
»Tako,« skomignem. »Od pogleda. Mogoče se boš naslanjala na komolec in me gledala, takole malo posmehljivo ali za spremembo nežno ... No, če boš posmehljiva, se bom gotovo zaljubil.«
»In če me ne bo več tukaj?« vpraša. »Kaj pa potem?«
»Potem bom jokal,« rečem.
»In če te bom slišala in ti prinesla trobček?« vpraša. »Čipkast, izvezen z mojim monogramom? Kaj pa potem?«
»Potem bom še bolj zaljubljen vate,« rečem.
»Ampak tega ne bom storila, veš.«
»Škoda,« rečem. »Kajti če mi ne boš obrisala solz, se bom obesil.«
»Samo poskusi,« reče. »Samo poskusi kaj takega, pa te bom snela z vrvi in te z bulerjem po glavi. A hočeš to doživeti? A?«
»A ne bi še ti prišla zraven?« vprašam in ji kuštram lase nad očmi. »Sploh si ne moreš predstavljati, kako romantično bi bilo, če bi naju našli z vratovoma v isti zanki.«
»Pa res,« reče, in kljub temu da je v sobi tema, vidim sj zanimanja v njenih očeh. »Prav imaš. To bi bila blazna romantika. A bi naredila nekaj podobnega?«
»Lahko,« rečem. »Ali pa še kaj boljšega.«
»Kaj?« vpraša.
»Lahko bi kupila porcelanasto posodo v obliki srca,« rečem. »Potem bi si prerezala žile in družno izkrvavela tja noter. Kaj praviš?«
»In potem bi se kri strdila in drugi bi jo zvrnili ven in nama jo postavili na grob? Mega!« reče z glasom, ki zrcali prehajanje v element. »V obliki srca. Noro!«
»Ja,« rečem in se malo zamislim.
»Veš, kaj bi bilo tudi blazno lepo?« reče čez nekaj hipov in se skloni nadme.
»Kaj?« vprašam.
»Če bi šla na železniško križišče in se ulegla vsa na svoj tir,« reče. »Prijela bi se za roke in čakala na vlak. Ko bi naju potem totalno raztrgalo, bi osali samo najini roki, ki se trdno držita. To bi bilo naravnost legendarno, si predstavljaš?«
»Pa res,« rečem. »Narediva to.«
Spet malo pomolči.
»Kaj misliš, da bo prva stvar, ki se bo potem zgodila?« vpraša čez nekaj hipov.
»Vsi bodo govorili o naju,« rečem.
»Vsaj to,« reče. »Raje več.«
»Čisto mogoče, da bojo ustanovili najin kult,« rečem.
»Ja,« zgrabi. »In potem nama bodo vsi sledili.«
»Avtoritete bo bolela glava,« rečem.
»Starši bodo znoreli od skrbi,« reče.
»Pa sociologi. Pa psihiatri. Pa vera.«
»Ves svet se bo obrnil na glavo,« prikima ona. »Pa pol vesolja.«
»Si predstavljaš vso grmado časopisov, ki bodo pisali o naju?« se spomnim.
»Pa fotografije,« našteva. »Pa brskanje po ozadju. Pa pričevanja.«
»Kar naenkrat se bodo vsi spomnili, da so naju poznali,« rečem. »To se v takih primerih vedno zgodi.«
»Po mojem bi bil to krasen motiv za tragedijo,« predlaga v poklicno deformirani maniri.
»Pa za slike tudi,« pripomnim po svoji lastni.
»Potem bova priošla tudi v filme,« reče.
»Ja.«
»Pa v šole,« našteva.
»Tudi, ja.«
»Pa v izročilo,« reče.
»V čas,« jo dopolnim.
»Gotovo.«
»Ves svet bo vedel za naju.«
»Pa vesolje.«
»Pa večnost. Si predstavljaš, večnost!«
»Ja.«
Obmolkneva.
»Ja,« tiho reče čez čas. »Življenje bo polno najine smrti. Vsepovsod bova samo midva. Ampak v resnici naju ne bo nokjer.«
»Kako to misliš – nikjer?« vprašam.
»Tako,« reče. »Ne bo naju.«
»Zakaj ne?« vprašam.
»Zakaj,« reče. »Zakaj neki. Zato pač. Ker bo tako, kot je vedno. Zbudil se boš, se oblekel, spil z mano kavo, mi ukradel zadnjo cigareto in odšel. Tako kot vsakič, boš odšel. K njej.«
»Ne bom,« se šibko poskusim zlagati.
»Daj no,« reče. »Daj no. Zakaj neki ne bi? Zakaj bi bila ravno ta sreda tista, ko ne bi bil rad z njo? A mi lahko poveš, zakaj? Po mojem ne moreš.«
»Lahko,« rečem.
»No, zakaj,« vpraša.
»Zato. ker se bom zaljubil vate,« rečem.
»Skozi noč ji zažari hipen smehljaj.
»Joj, mali,« reče in me pomilovalno potreplja po licu. »Bodi iskren vsaj s sabo, če že meni ne moreš govoriti resnice. Saj veš, da mi je že zdavnaj vse jasno. Zakaj mi to govoriš, mali.«
»Ampak to je res,« rečem. »Boš videla.«
Obrne se na hrbet in se zastrmi v strop.
»Že taki preveč vidim,« reče.
»Kaj vidiš?« vprašam.
»Dovolj,« reče. »Preveč. Vse. Toliko stvari videvam, da poznam vska njihov detalj. Vse je domače in vse je isto. Vidim na promer to, da se preprosto nič ne dogaja. Nič se ne spreminja. Vse je tako, kot je bilo že ves čas. Vse.«
»Smrt ni ista,« rečem.
»Je,« reče. »Tudi ona je ista.«
»Ne more biti,« ugovarjam.
»Kako da ne?« vpraša. »Kaj se mogoče spreminja? Je zdaj lepša, kot je bila prej? Grša? Prijazna ali ne? Nič od tega.«
»Ne more biti ista,« ponovim.
»Pa je,« reče. »Zdaj se pač pogovarjava o njej. Okej, to je drugače. Ampak edino to. Drugo pa je tako kot včeraj, danes, lani, vse dni. Boš rekel, da ni res?«
Molčim. Tudi ona obmolkne.
»Veš kaj,« reče čez čas. »Jaz ...«
»Kaj?« vprašam.
Nekaj hipov me nepremično gleda. Hlastno odpre usta, da bi nekaj rekla, vendar si na pol poti premisli in povesi veke.
»Nič,« reče in mi zakoplje noc za uho.
»Povej,« vztrajam. »Prosim.«
»Nič ni,« ponovi. »Mislim – nič pomembnega. Majhna, butasta ideja. Nekaj totalno trivialnega. Pravzaprav se več ne spomnim, kaj sem hotela reči. Pozabi.«
»Si prepričana?« vprašam.
»Ja,« reče. »Verjemi.«
Skloni se nadme in me poljubi na usta.
»Za lahko noč,« reče in umakne ustnice, ravno ko hlastnnem za njimi. »Lepo spi, mali.«
»Ti tudi.«
»Ja.«
Zakoplje mi noc pod ključnico in zapre oči. Sam še malo bedim in gledam v strop. Ko zaslišim njeno mirno, enakomerno dihanje, ji sklenem slediti. Položim ji roko okrog pasu in tako ostaneva do jutra. Dolge črne sence se stapljajo z nepremično tišino ves ta čas. Pravzaprav se sploh ne znava pogovarjati.
Vir: Čas kratke godbe. Antologija slovenske kratke zgodbe, izbral T. Virk, Ljubljana 1998.