Są tematy ściśle powiązane z życiem, które wydają się łatwe do podsumowania w kilku skromnych stwierdzeniach. Jednym z takich tematów jest dzieciństwo. Co więcej, możliwe, że ten najwcześniejszy etap życia człowieka zajmuje pierwsze miejsce wśród jego obszarów dzięki swojej pozornej uniwersalności, powszechności i bezproblemowości. Jasny i dający się określić w kilku dobrze wymierzonych zdaniach. Trochę wyraźniejszy niż miłość, śmierć, bóg, zaangażowanie społeczne czy inne problemy, na które natrafiamy w naszej chwilowej teraźniejszości.
Ale co powiedzieć o dzieciństwie? Że jest w historii każdego człowieka bez względu na okoliczności, analogicznie do mitologicznego początku świata? Że okres dzieciństwa to współuczestnictwo w tajemnicy obecności świata, którą później dystans i rozum poniosą na kraj widnokręgu? Że to mała wieczność, bez śmierci, tego poniżenia i nieuniknionej klęski? I że w tym rajskim ogrodzie już gdzieś przyczajony pełznie wąż, który na progu jakiejś dojrzałości ukąsi śmiercionośnym poznaniem?
Wszystkie te ostre obrazy, pełne nostalgii za bezpowrotnie minionym, niewątpliwie wciąż są prawdziwe. Lecz właśnie z powodu tego, że sprawdzają się dla wszystkich dzieci we wszystkich czasach i miejscach, wydaje się, że coś ukrywają i że to, co odrzucają kilkoma gwałtownymi ruchami, może właśnie być istotne, decydujące...
...niekończące się kamienne schody, gęsty zapach wielkiej wody, którą jest morze, pokój, a w nim tapety, które nocą ożywają i stają się najpiękniejszym kinem na świecie, królestwo słodyczy, które z siostrą skrywamy pod łóżkiem, noworoczna choinka, która się świeci, podczas gdy na zewnątrz jest biało, biało, lawina głosów, rąk i twarzy w małej szkole na Pobrzeżu, ciocia, której recytuję nazwiska jakichś prezydentów, a babcia jest ze mnie dumna, jej kogel-mogel, niesamowita wystawa jabłek, na którą docieramy przeprawiając się z dziadkiem przez Drawę, niedzielne kukiełki, biała dama w Slawii, zielony trawnik stadionu w Ogrodzie Ludowym, dżungla na terenie budowy w Hoczach, stryj Wiktor, który zawiezie mnie motorowerem na Księżyc, ale najpierw u Iwana w piwnicy szukamy czarownicy, czereśnia, która rodzi owoce wcześniej niż wszystkie inne, Parkl, który strasznie hałasuje łańcuchami i święty Mikołaj, który przynosi czekoladę i pomarańcze, Bożo, którego chcę zrzucić ze stołka, przykryte zwłoki ojca Bosztjana przy ulicy, której się później zawsze trochę boję, ale i tak przechodzę przez nią poza przejściem dla pieszych, ojciec, który się wścieka, bo nasz los nie wygrał, chociaż powiedzieli, ze wygrywają praktycznie wszystkie, ciocia Mica, która grozi Iwanowi, że będzie się smażył w piekle, a on się z niej tylko zuchwale śmieje, wielkie sale centrum klinicznego, siateczka na głowie i karmelki, które mi życzliwa ciocia wkłada do ust, plac do jazdy na nartach na podwórku, który Iwan polewa wodą, żeby było bardziej ślisko, prababcia, która się tylko śmieje, pije wino i je kiełbaski, a w szafie ma zamknięte nieskończenie stare kielichy, mama, która mnie uczy czytać u Marii w kuchni, rolada, którą otrzymujemy, kiedy zostajemy przyjęci do pionierów, Iwan, który ani drgnął, kiedy mu powiedziałem, że jest Dzień Republiki i że jestem już pionierem, płot, który w soboty naprawiam z dziadkiem, jego sklep z meblami, w którym z siostrą, kiedy nie ma klientów, ścigamy się na taboretach, wielka książka bajek z całego świata, którą dała mi ciocia Darinka i którą później czytam na nowym balkonie przez całe wakacje, stryjek Iwo, który na zabawie słusznie tłucze jakiegoś myśliwego, pierwszy i najważniejszy dyplom szachowy, dom, który uznaję za opuszczony, więc go obrabowujemy, aż nas później w szkole szuka policja, błoto, w którym się dla żartu biję z Bosztjanem i starsi chłopcy, którzy się z nas śmieją jak głupi, boisko do piłki nożnej, które staje się moim drugim domem, Miran, z którym się zaprzyjaźniam, chociaż mieszka przy potoku, gdzie rządzi inna banda chłopców, i już o siódmej rano chodzimy na zbiórki pionierów, Marko, który ma najwięcej sprawności harcerskich, a i tak rozmazuje marmoladę na czasopiśmie Mikiego, aż się Bożo wścieka i prawie nam już nie chce ich pożyczać, boisko do gry w kule, na którym ścieramy się z więźniami, których ojciec nazywa chłopcami, ale nie rozumiem, dlaczego w ich drużynie piłki nożnej nie będzie grał Janez, który bodajże uciekł... jeszcze i jeszcze, bez ładu i składu skądś się odrywa, bez zdecydowanych linii i powiązań, mętnie, a jednocześnie jasno...
Czy wszystkie te obrazy i skojarzenia, które serwuje moja bezkształtna pamięć, są tylko podstępnym argumentem nadętego ego, podsycaniem iluzji, że przeżyłem coś wyjątkowego i że anonimowość tłumu właściwie nic dla mnie nie znaczy? Że się na nią nie zgadzam nawet w przeszłości, w czasie początku, który de facto zginął i nie może mi właściwie do niczego więcej służyć? Czy jest to tylko jeszcze jedna głupia gra chorego subiektywizmu czy może też skryta aluzja, że bogactwo indywidualnych głosów jest naprawdę bezgraniczne i że to właśnie te nasze historie, opowiadane pod wspólnym prowizorycznym parasolem, są prawdziwymi czarami, które nas przekonują, że walka jeszcze nie jest przegrana i że jeszcze wszystko jest możliwe...
Źródło: Mitja Čander "Pokrajine proze" Litera, Ljubljana 2006.
Przekład: Ewa Ziewiec
So teme, tesno povezane z življenjem, o katerih se zdi, da se jih da neizpodbitno označiti z nekaj skopimi ugotovitvami. Ena takih je otroštvo. Še več, morebiti je ta nazgodnejša doba v človekovem življenju na prvem mestu med življenjskimi območji po svoji navidezni univerzalnosti, splošnostiin neproblematičnosti. Jasno vidljiva in opredeljiva z nekaj dobro odmerjenimi stavki. Nekako bolj na dlani kot ljubezen, smrt, bog, socialni angažma in druge dileme, ob katere zadevamov svoji trenutni sedanjosti.
In kaj reči o otroštvu? Da je v slehernikovi osebni zgodovini ne glede na okoliščine analogno mitskim začetkom ob stvarjenju sveta? Da je čas otroštva obdobje soudeležbe v srivnostni prisotnosti sveta, ki jo kasneje distanca in razum odplavita na rob vidnega polja? Da je to mala večnost, brez smrti, tega ponižanja in neizbežnog poraza? In da se v tem rajskem vrtu že nekje pritajeno plazi kača, ki bo na pragu nekakšne zrelosti usekala s smrtnosnim spoznanjem?
Vse te ostre črte, polne nostalgije po nepreklicno minulem, brez dvoma držijo. A prav zaradi svoje veljavnosti za vse otroke v vseh časih in prostorih se zdi, da nekaj prikrivajo in da je to, kar odpravijo z nekaj vehementnimi gibi, morebiti celo tisto bistevno, odločilno...
...neskončne kamnite stopnice, gosti vonj velike vode, ki je morje, soba in v njej tapete, ki ponoči oživijo in postanejo najlepši kino na svetu, kraljestvo sladkarij, ki jih s sestro skrivava pod posteljo, novoletna jelka, ki žari, in zunaj je belo, belo, plaz glasov, rok in obrazov v mali šoli na Pobrežju, teta, ki ji odrecitiram imena nekih predsednikov, in je baboca ponosna name, njen šato, neznanska razstava jabolk, na katero morava z dedkom čez Dravo , nedeljske lutke, bela dama v Slaviji, zeleni travnik stadiona v Ljudskem vrtu, pragozd gradbišča v Hočah, stric Viktor, ki me bo z mopedom odpeljal na Luno, za začetek pa iščeva čarovnice v Ivanovi kleti, češnja, ki rodi prej kot vse druge, Parkl, ki strašljivo ropota z verigami, in Miklavž, ki prinese čokolade in pomaranče, Božo, ki ga hočem zvrniti s stola, prekrito truplo Boštjanovega očeta ob cesti, ki se je potem vedno malo bojim, a jo vseeno prečkam izven prehoda, oče, ki se razjoče, ker naša srečka ni zadela, češrav so rekli, da zadanejo prav vse, teta Mica, ki grozi Ivanu, da se bo cvrl v peklu, in se ji on samo prešerno smeje, velike sobane kliničnega centra, mreža na glavi in karamele, ki mi jih prijazna teta polaga v usta, smučišče na dvorišču, ki ga Ivan polije z vodo, da bo bolj ledeno, prababica, ki se samo smeji, pije vino in je klobase ter ima v omari zaprte neskončno stare kelihe, mama, ki me v Marini kuhinji uči brati, rolada, ki jo dobimo, ko smo sprejeti med pionirje, Ivan, ki ne trzne, ko mu povem, da je Dan republike in da sem že pionir, ograja, ki jo na vikendu popravljava z dedkom, njegova trgovina s pohištvom, v akteri se s sestro, ko v njej ni strank, preganjava na štokerljih, velika knjiga pravljic s celega sveta, ki mi jo da teta Darinka in jo potem berem na novem balkonu cele počitnice, stric Ivo, ki na veselici pravično premlati nekega lovca, prava in največja šahovska diploma, hiša, za katero trdim, da je zapuščena in jo izropamo, da nas potem po šoli išče policija, blato, po katerem se za hec ravsava z Boštjanom, in starejši fantje, ki se nama bedasto režijo, nogometno igrišče, ki postane mój drugi dom, Miran, s katerim postaneva prijatelja, čeprav živi ob potoku, kjer domuje druga deška banda, potem hodiva že ob sedmih zjutraj na sestanke pionirske organizacije, Marko, ki ima največ taborniških veščin, a vseeno z marmelado zamaže Mikijev zabavnik, da se Božo jezi in nam jih skoraj več noče posojati, balinišče, kjer se spopadamo z zaporniki, ki jim oče pravi fantje, potem ne razumem, zakaj ne bo za njihovo nogometno ekipo igral Janez, ki je bojda na nekakšnem begu... še in še, vsevprek se od nekod lušči, brez trdnih linij in povezav, motno in jasno hkrati...
So vse te podobe in asociacije, ki jih servira moj amorfni spomin, zgolj zviti argument nadutega ega, gorivo iluzije, da sem doživel nekaj posebnega in da mi anonimnost množice ne pomeni prav nič? Da nanjo ne pristajam niti za nazaj, za čas začetka, ki je de facto izginil in mi ne more prav nič več koristiti? Je to le še ena bedna igra razbolenega subjektivizma ali pač skriti namig, da je bogastvo individualnih glasov zares brezmejno in da so naše zgodbe, pripovedovane pod skupnim provizoričnim dežnikom, tista resnična čarovnija, ki nas prepričuje, da bitka še ni izgubljena in da je morebiti še vse mogoče...
Vir: Mitja Čander "Pokrajine proze" Litera, Ljubljana 2006.