Mitja Čander: Bój

A pośród tej grozy panował zupełnie nieruchomy spokój i ludzie byli zupełnie nieruchomi, trzymali się podłogi, a nikt do tej pory jeszcze nie wymyślił, dlaczego ludzie w takich przypadkach trzymają się przy podłodze tak, że czuć tylko grozę i nie ma już najmniejszego oddechu.
(Peter Božič: Ojca Vincenca śmierć)

Mieszkańcy pewnej wsi w Dolenjskiej zostają załadowani do wagonów dla bydła. Jak zwierzęta na ubój, wszyscy bez różnicy i wyjątku: ci, którzy wcześniej mieli jakąś władzę, ten pozorny przywilej w boju o ocalenie, i ci, którzy już od dawna kłębili się na społecznym dnie. Zjednoczeni w złowieszczym tańcu śmierci, zamknięci w śmierdzących i zapchanych ruchomych celach. Bez podszeptów sumienia i zaleceń od losu. Bowiem los jest jeden i wspólny dla wszystkich: wojna. Zasady życia społecznego, drogowskazy koegzystencji, są już tylko groteskowym wspomnieniem jakiegoś dawno pogrzebanego czasu. Ludzkie ciało nie jest bynajmniej przeznaczone na mieszkanie dla duszy, jego wartość jest nawet mniejsza od worka ziemniaków; jest już tylko dziwacznym, całkowicie bezsensownym kawałkiem materii. Kapryśna siła wyładowuje wieśniaków w obozie daleko od domu, gdzieś na niemieckim Śląsku, skąd – w podobnych wagonach - ci, którzy przeżyli, po zakończeniu wojny wracają do domu. Pokonani, pogryzieni ze strachu i grozy.
Taka jest Ojca Vincenca śmierć (1979) Petra Božiča, przeraźliwie skrajny wariant powieści wiejskiej, daleki od spokojnej idylli, pasterzy na łąkach, czasem okrutnych, ale krzepkich gospodarzy, żywotnych i odważnych chłopów. Wojna – a z hipertrofii zła słynie zwłaszcza Druga Wojna Światowa – roztrzaska każdą próbę idealizacji i mitologizacji. Pozłota odpada na zawsze. Wiejska społeczność jest już tylko niewyraźną masą, całkiem nieodporną na ślepą grę przemocy, a też bez wewnętrznej siły do bohaterstwa czy chociaż zbawiennego męczeństwa. To ostatnie możliwe jest tylko w jednorazowej, indywidualnej śmierci, ale tych śmierci jest w powieści Božiča tyle, że różnią się między sobą już tylko na płaszczyźnie technicznej, po sposobie, w jaki się dokonały. Ze względu na zagęszczenie śmierci i jej różnorodność, powieść ta jest na pewno osobliwością w słoweńskim, częściowo też w szerszym kontekście. Powietrze przesycone jest trupami i przedśmiertnymi drgawkami, ciała klękają i spadają w próżnię.
Wszystkim tym niezliczonym bezosobowym śmieciom patrzy w oczy mały An, przyczajony świadek całej tej golgoty. Tępo i niemo. Nie ma czasu na zżywanie się, przeżywanie i odczuwanie. Ciała padają i sztywnieją, a niebezpieczeństwo wciąż od nowa zewsząd przenika. Rytm anonimowych ciosów jest tajemniczy i zupełnie nie do przewidzenia. Poruszać się jak zwierzę, być niewidocznym, gdzieś coś szybko podprowadzić, zatrzymać uderzenie, a przede wszystkim się ukryć. Bowiem w królestwie śmierci, na tym piekielnym świecie, każdy jest sam, bez sprzymierzeńców. Może zwycięska moc gwałtu, jego dalekosiężny triumf tkwi właśnie w tym, że ofiary nie są żadną jednolitą i zjednoczoną w samoobronie wspólnotą. Na samym dnie, na końcowej granicy między życiem a śmiercią, każdy jest już tylko samotnym zwierzęciem, zanurzonym w błocie i zatęchłych oparach - daleko od majestatycznego światła, które opromienia śmiertelny bój bohaterów i świętych, ale też wielkich zdrajców i złoczyńców - kiedy los jednego ludzkiego mikrokosmosu przeradza się w los całej ludzkości. An widzi te ludzkie sylwetki, które w swoim lęku nie wstydzą się już niczego, ani drobnych zdrad i donosów, ani napadów sadyzmu i histerycznego tupania nogami. Ból jest w gruncie rzeczy tak ogromny i wszechogarniający, że nie sięga donikąd; nawet ci, którzy są najbliżej, nie słyszą już jego tyrady. Miłość jest oczywiście w takim świecie całkiem niemożliwą kategorią, złudzeniem, którego nie można sobie wyobrazić. Tu i tam tylko szybkie pieprzenie, pijacka żądza czy kopulacja za kawałek chleba. Tylko dziecko może czasem pozwolić sobie wśród braku zaufania i nienawiści na krótkotrwały impuls czystej uczuciowości i przychylności, ale ono też tylko w stosunku do dzieci, jeszcze nie całkiem pogrążonych w zabagnionej psychologii dorosłych. Ale są to tylko przebłyski. Błoto pada ze wszystkich stron, otępienie to warunek przeżycia.
Wojna u Božiča to oczywiście ponadnaturalna katastrofa, kataklizm, który przekręca i odwraca świat. Ale to jeszcze nie wszystko. Lawina przemocy jest również ciemną siłą, która zdziera ludzkie dusze do zwierzęcych rozmiarów i podziurawione odkłada w sferę ich osamotnienia, skąd nie uda im się nigdy samodzielnie wrosnąć w tkankę bezproblemowych ludzkich stosunków. Ci, którzy u Božiča przeżyli, są ograbieni z optymizmu, dalecy od jakichś żywiołowych alkoholików Charlesa Bukowskiego, samotnicy, o których życiu wciąż jeszcze decyduje przemoc, choć jednak trochę złagodzona w czasie pokoju. Również w małym Anim nieodwracalnie zagnieździ się woń wojennego obłąkania. Stanie się człowiekiem z marginesu, nieprzystosowanym, nieufnym wobec mitów, które trzymają razem społeczność, podejrzewając wszystko o nieznane niebezpieczeństwa, oddając i wymierzając ciosy, uparcie niezniszczalnym w boju o gołe przeżycie. Bój w kręgach agonii jest jego jedynym domem. Zahartowanego bojownika może zdyscyplinować tylko strzał w głowę. Ograbieni nie mają już nic więcej do stracenia.

Przekład: Ewa Ziewiec

Mitja Čander: Boj

In sredi te groze je bil čisto negiben mir in ljudje so bili čisto negibni, držali so se bolj tal in nihče doslej še ni izvedel, zakaj se ljudje v takih primerih držijo tako pri tleh, da je čutiti samo grozo in še najmanjšega diha ni več.
(Peter Božič: Očeta Vincenca smrt)

Prebivalci neke dolenjske vasi so naloženi na živinske vagone. Kot klavna živina, vsi brez razlik in izjem: tisti, ki so prej posedovali nekakšno moč, navidezni privilegij v boju za samoohranitev, in oni, ki so že od nekdaj gomazeli po socialnem dnu. Združeni v zloveščem mrtvaškem plesu, zaprti v smrdeče in natlačene premikajoče se celice. Brez udarnih glasov in priporočil usode. Kajti usoda je ena sama in vseobsežna: vojna. Nekakšna pravila družebnega življenja, smerokazi koeksistence, so le še groteskna reminiscenca nekega davno potopljenega časa. Človeško telo ni posvečeno domovanje duše, kja pa, njegova vrednost je celo manjša od vreče krompirja; je le še čudaški, popolnoma nesmiselni kos materije. Vaščane odloži muhasta sila v taborišču daleč od doma, nekje v nemški Šleziji, od koder se preživeli po koncu vojne – v podobnih vagonih – vračajo domov. Poraženi, razjedeni od strahov in groze.
Takšna je Božičeva Očeta Vincenca smrt (1979), nekakšna skrajno črna različica vaškega romana, daleč od spokojne idile, pastircev na jasah, občasno krutih, a klenih gospodarjev, trdoživih in srčnih bajtarjev. Vojna – in druga svetovna vojna še posebej slovi po hipertrofiji zla – razprši sleherno možnost idealizacije in mitizacije. Pozlata odpade za vselej. Vaška skupnost je le še nerazločna gmota, povsem neodporna na slepo igro nasilja, pa tudi brez notranje moči za junaštvo, herojstvo ali vsaj zveličano mučeništvo. Slednje je možno le v enkratni, posamični smrti, teh smrti pa je v Božičevem romanu toliko, da se med seboj razlikujejo le še po tehnični plati, po načinu, kako se dogodijo. Po gostoti in raznoterih načinih smrti je ta roman gotovo posebnost v slovenskem, deloma tudi v širšem kontekstu. Zrak je nasičen od trupel in predsmrtnih trzavic, telesa klecajo in padajo v prazno.
Vsem tem neštetim brezosebnih smrtim zre v oči mali An, pritajena priča cele kalvarije. Topo in nemo. Ni časa za vživljanje, podoživljanje in čustvovanje. Telesa padajo in ledenijo, a nevarnost vselej znova preži od vsepovsod. Ritem anonimnih udarcev je neznan in docela neprevidljiv. Gibati se kot žival, biti neopazen, kje kaj na hitro izmakniti, prestreči udarec in se predvsem potuhniti. Kajti v kraljesvtu smrti, v tem peklenskem svetu, ja vsak sam, brez zaveznikov. Morda je triumfalna moč nasilja, njegovo daljsežno zmagovanje prav v tem, da žrtve niso kaka enovita in v samoobrambi združena skupnost. Na dnu, na skrajni meji med življenjem in smrtjo je vsak le še samotna žival, pogreznjena v blato in zatohle sparine, daleč od veličasne svetlobe, ki obseva smrtni boj junakov in svetnikov, pa tudi velikih izdajalcev in zločincev, ko se usoda nekega človeškega mikrokozmosa razmahne v usodo vsega človeštva. An vidi te človeške silhuete, ki se v svoji splašenosti ne sramujejo več ničesar, ne drobnih izdajstev in ovaduštev, ne sadističnih izpadov in histeričnih cepetanj. Bolečina je pravzaprav tako velikanska in vseobsežna, da ne seže nikamor, še najbljižji ne slišijo več njenega nagovora. Ljubezen je seveda v takem svetu povsem nemogoča kategorija, nepredstavljiva utvara. Tu in tam le kak hiter fuk, pijanska sla ali kopernenje po kosu kruha. Le otrok zmore sredi nezaupanja in sovraštva kdaj bežen impulz čiste prizadetosti in naklonjenosti, a tudi on le do otrok, še ne docela pogreznjenih v zamočvirjeno psihologijo odraslih. A tudi to so zgolj pobliski. Blato pada z vseh strani, otopelost je pogoj preživetja.
Vojna je v Božičevem primeru vsekakor nadnaravna katastrofa, kataklizma, ki zavrtinči in usodno prekucne svet. A to še ni vse. Plaz nasilja je tudi tista temna sila, ki postrga človeške duše do animaličnosti in jih nato preluknjane odloži v kroge njihovih osamljenosti, od koder se ne zmorejo nikoli več samodejno vpeti v tkivo neproblematičnih človeških odnosov. Božičevi preživelci so oropani optimizma, daleč od radoživne zapitosti marginalcev kakega Charlesa Bukowskega, osamelci, katerih življenja še vedno temeljno določa nasilje, pa čeprav nekoliko blazirano v mirodobnem času. Tudi v malega Ana se neodpravljivo naseli vonj vojne norosti. Ostal bo marginalec, neprilagojenec, nezaupljiv do mitov, ki držijo skupaj občestvo, vseskozi prežeč na neznane nevarnosti, vračajoč in zadajajoč udarce, trdovratno neuničljiv v bojevanju za golo preživetje. Boj v krogih agonije je njegovo edino domovanje. Prekaljenega bojevnika lahko disciplinira le strel v glavo. Oropani ne morejo ničesar več izgubiti.